Stewardesa pozwała Southwest Airlines. Jej mąż zmarł na COVID-19. "Nie dbano o dystans"

Świat
Stewardesa pozwała Southwest Airlines. Jej mąż zmarł na COVID-19. "Nie dbano o dystans"
Wikimedia.org/Tomás Del Coro
Carol Madden dołączyła do Southwest w wieku 64 lat, wcześniej zajmowała się handlem nieruchomościami i usługami prawnymi. - Zostać stewardesą to było moje marzenie - powiedziała

Pochodząca z Nowego Jorku Carol Madden, która pracowała w Southwest Airlines od 2016 r., domaga się ponad 3 mln dolarów odszkodowania za zaniedbania, jakie jej zdaniem, linia lotniczej popełniła podczas szkoleń związanych z epidemią. 69-latka uważa, że przez to zakaziła się koronawirusem, a od niej jej mąż, który miesiąc później zmarł na COVID-19.

Pochodząca z Nowego Jorku 69-letnia Carol Madden i jej 73-letni mąż Bill, który przywiózł ją do domu z jednodniowego szkolenia na międzynarodowym lotnisku Baltimore-Washington, zachorowali po kilku dniach później, a testy potwierdziły, że są zakażeni koronawirusem.

 

ZOBACZ: Francja: 1500 euro grzywny za nieprzestrzeganie obowiązkowej kwarantanny po przylocie


Mężczyzna zmarł kilka tygodni później w szpitalu w York w Pensylwanii, dostał zapalenia płuc wywołanego COVID-19, co zostało wymienione jako główna przyczyna śmierci - wynika z pozwu złożonego w sądzie okręgowym w Maryland. 

 

"Mąż nadal by żył"

 

Madden powiedziała dziennikowi "USA Today", że jest przekonana, iż jej mąż nadal by żył, "gdyby Southwest stosowało te same protokoły bezpieczeństwa dla pracowników, co w przypadku pasażerów".

 

- Czyścili siedzenia. Czyścili otwory wentylacyjne. Czyścili pasy. Każdy punkt dotyku został wyczyszczony. Nie zrobili tego na moim szkoleniu w zeszłym roku - powiedziała gazecie.

 

ZOBACZ: Linie lotnicze mają dosyć lockdownu. Organizują loty donikąd

- Uwielbiam moje linie lotnicze, ale oni tego nie odwzajemnili - dodał Madden.

 

Southwest: roszczenia nie podlegają zaskarżeniu  

 

Linia lotnicza złożyła wniosek o oddalenie sprawy. Firma wyraziła współczucie dla Madden i innych osób, które straciły bliskich na skutek koronawirusa, ale twierdził, że ​​obwinianie jej za śmierć jest "niesłuszne".

 

Przewoźnik zapewnił, że jest zobowiązany do zapewnienia swoim pracownikom "możliwie bezpiecznego środowiska pracy", ale obowiązek zachowania ostrożności nie obejmuje małżonków ani innych osób w gospodarstwie domowym.

 

ZOBACZ: Paszporty szczepionkowe. Jest decyzja Parlamentu Europejskiego

 

Southwest ocenił też, że nie ma sposobu, ustalić, gdzie i kiedy Madden rzeczywiście zakaziła się koronawirusem. "Roszczenia przedstawione w skardze odzwierciedlają zrozumiałą emocjonalną reakcję na druzgocącą stratę, ale nie podlegają zaskarżeniu zgodnie z prawem" - przekazała linia lotnicza.

 

Na szkoleniu nie czyszczono sprzętu 

 

Stewardesy i instruktorzy nie byli przed lub w trakcie całodziennego szkolenia badani pod kątem objawów COVID-19. Nie byli również pytani o możliwe narażenie na chorobę - stwierdzono w pozwie. Wynika z niego również, że na szkoleniu zakrywanie ust i nosa maskami było wprawdzie wymagane, ale nie zapewniono środków do dezynfekcji rąk, a sprzęt używany podczas treningu nie był czyszczony między kolejnymi użyciami. Dotyczy to przede wszystkim manekina wielkości człowieka o imieniu Bob, którego wykorzystywano do treningu samoobrony. Ponadto nikt nie dbał o zapewnienie dystansu społecznego.

 

Po informacji o złożeniu pozwu rzecznik Southwest Brad Hawkins wydał oświadczenie. Wyraził w nim współczucie dla Madden, ale podkreślał, że  "dobre samopoczucie pracowników i pasażerów jest jej bezkompromisowym priorytetem linii od początku pandemii".

 

ZOBACZ: Weszli do samolotu, w którym wszyscy byli "zdrowi". Wyszli zakażeni koronawirusem

 

- Southwest podjęło wzmocnione środki w celu czyszczenia i konserwacji samolotów, lotnisk i centrów pracy oraz postępuje zgodnie ze wszystkimi wytycznymi dotyczącymi powiadamiania o zagrożeniu epidemicznym - powiedział Hawkins w rozmowie z "USA Today". 

 

"Smutek i samotność musiałam schować pod mundur"

 

Madden dołączyła do Southwest w wieku 64 lat, wcześniej zajmowała się handlem nieruchomościami i usługami prawnymi. - Zostać stewardesą to było moje marzenie - powiedziała. Nazywała zmarłego męża, emerytowanego pracownika kolei, "Mężczyzną o złotym sercu". - Nie ma nic i nikogo, kto mógłby mi go zastąpić - stwierdziła.

 

Kobieta po śmierci męża wzięła urlop, ale wróciła już do lotów. - Musiałem odłożyć swój smutek, moją samotność. Musiałam schować je pod mundur - powiedziała wdowa. 

grz/ sgo//USA Today/New York Post/Polsatnews.pl
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie