"Przeżyliśmy niezwykły dramat". 20 lat od katastrofy Concorde, w której zginęły 18-letnie Polki

Świat
"Przeżyliśmy niezwykły dramat". 20 lat od katastrofy Concorde, w której zginęły 18-letnie Polki
Flickr/ERIC SALARD/CC BY-SA 2.0/Zdj. ilustracyjne
Concorde rozbił się chwilę po starcie

25 lipca 2000 r. w pobliżu hotelu i restauracji na obrzeżach miasteczka Gonesse pod Paryżem spadł Concorde linii Air France. Zginęło 113 osób, w tym dwie Polki pracujące w hotelu. Za kilka dni miały wrócić do kraju. - Przeżyliśmy niezwykły dramat - opowiada właścicielka hotelu.

Rozpędzający się na pasie startowym lotniska Charles’a de Gaulle’a samolot Concorde, który miał lecieć do Nowego Jorku, najechał z dużą prędkością (ok. 300 km/h) kołem na pasek metalu - element konstrukcyjny silnika, który odpadł ze startującego wcześniej samolotu linii lotniczych Continental Airlines.


Spowodowało to pęknięcie opony, której resztki uderzyły w zbiornik paliwa, powodując eksplozję. Samolot wzbił się w powietrze i po chwili rozbił w pobliżu hotelu i restauracji.

 

ZOBACZ: Chwile grozy na pokładzie samolotu. Amerykański myśliwiec mógł spowodować katastrofę


Dramat rozegrał się w dwie minuty. O 16:42:21 kapitan wydał rozkaz startu. Ostatni zapis "czarnej skrzynki" zarejestrowano o 16:44:31.


Ostatnie słowa dowódcy samolotu, 11 sekund przed katastrofą, brzmiały: "Za późno. Nie ma czasu".


Zginęło 113 osób - 100 pasażerów samolotu, dziewięć osób załogi oraz cztery osoby znajdujące się w hotelu, w tym dwie Polki.


96 ofiar pochodziło z Niemiec. Zginęli także obywatele Francji, Danii, Algierii, Austrii, Indii oraz USA.

 

 

"Czterdzieści minut później wszyscy by zginęli"


W 20. rocznicę katastrofy portal 9news.com.au o tragicznych wspomnieniach rozmawiał z właścicielką hotelu.


Michèle Fricheteau wspomina, że rozmawiała ze swoim asystentem, kiedy usłyszała potworny hałas. Pas startowy lotniska znajdował się niecałe 10 km od hotelu.


- Powiedziałam Frankowi: "duży dziś hałas z Concorde", ale nawet nie skończyłam zdania, kiedy w hotelu nastąpiła straszna eksplozja - mówi.

 


Tego dnia część personelu wróciła do domu wcześniej, a dwa autobusy wypełnione młodymi muzykami, którzy mieli zatrzymać się w hotelu, utknęły na drodze.

 

ZOBACZ: Zamiast sprzątać po katastrofie boeinga, "irańskie służby okradały ciała"


- To było niesłychane szczęście. Czterdzieści minut później wszyscy by zginęli - podsumowuje kobieta.


Właścicielka hotelu twierdzi, że uratował ją cienki drewniany blat w recepcji i jej "bardzo niski" wzrost. Jej twarz i ramiona były jednak mocno poparzone.


Michèle Fricheteau pamięta, że krzyczała do asystenta, by uciekał przez okno. Sama próbowała znaleźć pracownice. - Frank powiedział: nie dasz rady. Więc też uciekłam przez okno - wspomina.

 


Pobiegli do sąsiedniego hotelu. Temperatura po eksplozji była tak wielka, że części budynków stopiły się ze sobą. - Słyszałam spadające część samolotu - mówi właścicielka hotelu.


- Ciągle powtarzałam: "musimy znaleźć dziewczyny, musimy znaleźć dziewczyny" - opowiada. - Dopiero lekarz powiedział mi: "proszę pani, nikt nie ocalał". Nagle zrozumiałam, że nie mogę im pomóc - dodaje.

 

Za kilka dni miały wrócić do Polski


Jedna z pracownic, samotna matka, podjęła pracę w hotelu, by utrzymać dwoje dzieci. Druga, właśnie skończyła szkołę. Na dzień przed katastrofą rozpoczęła letnią pracę w hotelu.


- Przyjechała 24 lipca, zmarła 25 lipca - powiedziała Fricheteau.


W katastrofie zginęły także dwie 18-letnie uczennice z Polski. To był ich ostatni tydzień wakacyjnych praktyk w hotelu. Za kilka dni miały wrócić kraju.

 


Właścicielka hotelu wspomina, że dziewczyny chciały pójść po prezenty dla rodziny, ale kiepsko się poczuły i stwierdziły, że zrobią to następnego dnia.

 

ZOBACZ: Katastrofa samolotu na Ukrainie. Są ofiary


Po katastrofie Michèle Fricheteau wraz z rodziną przeprowadziła się do Nowej Kaledonii, by zacząć nowe życie. Utrzymywała kontakt z rodzinami ofiar katastrofy.


W 20. rocznicę katastrofy zaplanowali zjazd we Francji. Miało się odbyć także oficjalne nabożeństwo żałobne w Gonesse. Ze względu na pandemię przełożyli spotkanie na przyszły rok.


- Przeżyliśmy niezwykły dramat - mówi 66-letnia dziś właścicielka hotelu. - Teraz jest w porządku. Nauczyliśmy się z tym żyć - dodaje.

 

prz/msl/ 9news.com.au

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze