Henryk Wujec dla polsatnews.pl: Uważaliśmy się za działaczy związkowych, a nie jakichś polityków

Polska

Celem naszego przystąpienia do obrad Okrągłego Stołu było to, by "Solidarność" była legalna - powiedział po 30 latach od częściowo wolnych wyborów Henryk Wujec, działacz demokratycznej opozycji w PRL. - To było dramatyczne. Nikt nie chciał kandydować - przypomniał rozpoczęcie dwumiesięcznej kampanii wyborczej. - Zdarzały się pomyłki. Kilku kandydatów dostało plakat z innym nazwiskiem - dodał.

Rafał Miżejewski: - W 1989 roku brał Pan udział w obradach Okrągłego Stołu. To Aleksander Kwaśniewski zaproponował całkowicie wolne wybory do Senatu. Czy rzeczywiście była to niekonsultowana z partią szarża młodego polityka?
 

Henryk Wujec: - Nie nazwałbym tego szarżą. Prezydent Kwaśniewski wśród działaczy PZPR lepiej rozumiał nastroje społeczne z kilku powodów. Był młodszy, nie unikał kontaktów ze społeczeństwem. Był ministrem ds. sportu i młodzieży. Zachowywał się w sposób naturalny. Mój syn, który wtedy kończył liceum i nie interesował się polityką mówił: "Kwaśniewski to całkiem sensowny gość. Zna się na sporcie".

Ten pomysł, żeby Senat był w pełni demokratycznie wybrany, odpowiadał "Solidarności", bo był swego rodzaju papierkiem lakmusowym. Wtedy też strona rządowa wymyśliła koncepcję prezydenta o dużych uprawnieniach. To dawało im poczucie bezpieczeństwa, że w razie czego prezydent będzie miał silny wpływ na aparat państwa. Jednak dla ludzi "Solidarności" stolik polityczny nie był najważniejszy, tylko ten związkowy. Celem naszego przystąpienia do obrad Okrągłego Stołu było to, żeby "Solidarność" była legalna i tak też się stało, 17 kwietnia Solidarność została zarejestrowana.

 

Jak wyglądała pańska kampania poprzedzająca wybory 4 czerwca’89?
 

Zaraz po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu spadła na nas wiadomość, że musimy przygotować kampanię wyborczą w ciągu dwóch miesięcy. Zebraliśmy się wtedy jako władze "Solidarności" w kościele Dzieciątka Jezus na Żoliborzu na początku kwietnia, żeby zdecydować jak działamy. Wtedy padło pytanie ze strony Lecha Wałęsy i  Jacka Kuronia , kto będzie kandydować. To było dramatyczne. Nikt nie chciał kandydować. Uważaliśmy się za działaczy związkowych, a nie jakichś polityków. Odbyła się ostra dyskusja, że to jest moment kluczowy dla Polski. Wówczas podjąłem decyzję, że będę kandydować. Wcale się nie rwałem do tego. Musieliśmy jeździć, docierać do ludzi. Trudno było zgromadzić ludzi, ale korzystaliśmy ze wsparcia Kościoła. Po mszy ksiądz zapowiadał, że odbędzie się na placu spotkanie z kandydatami "Solidarności" na posłów i senatorów. Ludzie byli zdziwieni, że mogą w ogóle zadawać pytania i domagać się czegokolwiek. Duża rolę odegrały też plakaty z Wałęsą.

  

Kto wpadł na pomysł fotograficznej sesji z Wałęsą?


Adam Michnik wpadł na to, żeby znakiem charakterystycznym kampanii był Wałęsa. W Polsce przecież każdy wiedział jak Lechu wygląda. Oprawę plastyczną tych plakatów przygotował Andrzej Wajda. Pierwotnie to miało wyglądać tak, że kolejni kandydaci, przechodząc przez bramę Stoczni Gdańskiej, robią sobie zdjęcie z Wałęsą. Ja byłem sekretarzem Komitetu Obywatelskiego "Solidarność" i organizacyjnie za to odpowiadałem. Żeby każdy z kandydatów, który przyjechał wtedy do Gdańska w odpowiedniej kolejności się ustawił do zdjęcia. Trzeba było też uważać, żeby dobrze podpisać każde zdjęcie, bo przecież nie znaliśmy się wszyscy tak dobrze. Przy tej próbie zdjęciowej zrobiła się taka kotłowanina, że zdecydowaliśmy, że idziemy do sali BHP i tam zrobiliśmy sesję. Zdarzały się niestety pomyłki. Kilku kandydatów dostało plakat z innym nazwiskiem.

 

Jak obóz władzy zareagował na wynik wyborów? 6 czerwca Kiszczek i Ciosek spotkali się z Geremkiem i Mazowieckim. Na tym spotkaniu miało paść hasło, że "władze znajdują się pod silnym naciskiem unieważnienia wyborów". Braliście taki scenariusz pod uwagę?
 

Wiele osób obawiało się, że wybory będą sfałszowane. Mieliśmy w pamięci przecież rok 1946 i sfałszowanie referendum. Pamiętajmy, że została przekreślona przez wyborców lista krajowa. Oznaczało to, że zabrakło posłów  do Sejmu. Ta lista nie miała rezerwy, jej skreślenie  oznaczało, że nie będzie wystarczającej liczby posłów, których zgodnie z konstytucją powinno być 460, a zatem wybory będą nieważne. Władza mogła z tego pretekstu skorzystać i unieważnić wybory. Rada Państwa podjęła wtedy decyzję, że w okręgach, w których nie ma 65 proc. posłów gwarantowanych dla PZPR, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, można zgłosić kandydatów, żeby w drugiej turze pełny skład Sejmu był wybrany. W PZPR nie było powszechnego przekonania, że wybory należy uznać. Utrata władzy dla nich nie była przecież przyjemną sprawą.

 

"Opozycja wywodząca się z pnia KOR-owskiego rozumowała racjonalnie”. To słowa Mieczysława Rakowskiego po wyborach. Jak pan je odebrał?
 

To właśnie od Komitetu Obrony Robotników, a dokładnie od "Robotnika" wyszedł pomysł, że tym, czym można rozwalić komunizm od środka, są wolne związki zawodowe. Autorytet działaczy KOR-owskich był w "Solidarności" duży. Ich wpływ na późniejsze decyzje - istotny. W stanie wojennym władze szykowały proces przeciwko KOR o próbę obalenia ustroju przemocą. Lista tych, którzy usiądą przy Okrągłym Stole była przygotowywana w styczniu 1989 roku. Generał Jaruzelski pod wpływem raportów SB stwierdził, że przy tym stole nie może usiąść Jacek Kuroń i Adam Michnik, bo według władzy byli wrogami ustroju. Wtedy Wałęsa powiedział, że Okrągły Stół ma być z Kuroniem i Michnikiem albo w ogóle go nie będzie i Jaruzelski ustąpił.

 

Koncepcja "wasz prezydent, nasz premier" była inicjatywą wyłącznie środowiska Gazety Wyborczej, czy miała poparcie całej opozycji?


To był dobry, lapidarny pomysł Michnika, który oddawał istotę sprawy. W odpowiedzi Tadeusz Mazowiecki opublikował w Tygodniku Solidarność  tekst, w którym pomysł ten skrytykował. Niezależny  od tego  był też pomysł Wałęsy, trochę inspirowany przez Jarka  Kaczyńskiego, żeby złamać ten front PRON-owski (Patriotyczny Rych Odrodzenia Narodowego - red.), w którym były PZPR, ZSL i SD, i dogadać się tylko z ZSL i SD. To było sławne zdjęcie, na którym Lech Wałęsa prezentuje się z szefem ZSL Romanem Malinowskim i Jerzym Jóźwiakiem z SD. Konsekwencją tego był pomysł, żeby to Lech Wałęsa został premierem, ale na Klubie Parlamentarnym OKP Wałęsa powiedział, że to za wcześnie, że on będzie w rezerwie i zaproponował, żeby kandydatem był Tadeusz Mazowiecki. Mazowiecki, który wcześniej opublikował ten krytyczny tekst na temat rządu Solidarnościowego, po propozycji Wałęsy jednak sprawę przemyślał i zgodził się być premierem. Myślę, że wygrane wybory 4 czerwca spowodowały, że  w różnych środowiskach  myślano  o przejęciu rządów przez Solidarność.

 

Tadeusz Mazowiecki uważał też, że największą słabością "Solidarności" był brak programu ekonomicznego.
 

To prawda. My poszliśmy do wyborów jako ruch solidarnościowy, który będzie kontrolował władzę w ich reformach. Była przecież próba premiera Rakowskiego wprowadzenia rynkowej gospodarki, ale doprowadziło to do szalonej inflacji . W naszym programie domagaliśmy się po prostu kontroli i tzw. dodatku drożyźnianego. Oznaczało to, że jeśli ceny będą rosły, to wtedy musimy odpowiednio zwiększać płace pracowników, żeby nie tracili. Oczywiście, to nie był żaden program gospodarczy, tylko obrona interesów ludzi. Miał rację Mazowiecki. Programu na uzdrowienie gospodarki, która była w katastrofalnym stanie nie było i dlatego, kiedy Mazowiecki tworzył rząd, szukał kandydata na ministra finansów i nikt w obozie "Solidarności" nie chciał się podjąć tego zadania. Jedyny, który podjął wyzwanie był Leszek Balcerowicz. On w stanie wojennym założył zespół, który pracował nad reformą gospodarki. Przygotowywali program na wypadek ewentualnych zmian w kraju. Leszek Balcerowicz powiedział, że musi mieć jeszcze sprzyjającego ministra ds. społecznych i wskazał na Jacka Kuronia.

Rafał Miżejewski/hlk/ Polsat News, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze