"Interwencja": musieli zagazować stado 1200 gęsi. Mają żal do weterynarzy

Polska
"Interwencja": musieli zagazować stado 1200 gęsi. Mają żal do weterynarzy
Interwencja
Zagazowano im 1200 gęsi. Teraz nie stać ich na podręczniki dla dzieci

Państwo Wińscy ze wsi Korczówka koło Białej Podlaskiej musieli zagazować stado 1200 gęsi. Na założenie hodowli wzięli kredyt, który teraz z trudem spłacają dzięki pracom dorywczym. Jest jednak im tak ciężko, że nie starczyło m.in. na podręczniki dla dzieci. Stado zagazowano z powodu ptasiej grypy, odszkodowania niestety odmówiono. Materiał "Interwencji".

Państwo Piotr i Krystyna Wińscy mieszkają w niewielkiej wsi Korczówka na południowym Podlasiu. Sześćdziesięcioletni mężczyzna i jego o dwanaście lat młodsza żona zajmują się rolnictwem. Mają 4,5 hektara ziemi. W pracy pomagają im nastoletni synowie.

 

- Weszliśmy w taki program Agencji Restrukturyzacji Rolnictwa, umożliwili nam modernizację obory. Zrobiliśmy wodę, poidła automatyczne, automatyczną linię paszową i weszliśmy w produkcję gęsi, po raz pierwszy – opowiada Piotr Wiński.

 

- Cały czas się chodzi, dzień i noc, przy małych. Później przy dużych też się chodzi cały czas: żeby się nie podziobały, żeby się nie podusiły. Czyli robota na okrągło – dodaje Krystyna Wińska.

 

Wideo: zagazowano im 1200 gęsi. Teraz nie stać ich na podręczniki dla dzieci

 

Szło zgodnie z planem. Do czasu

Chociaż pracy było sporo, to hodowcy nie zniechęcali się, bo wszystko szło zgodnie z planem. Do czasu.

 

ZOBACZ: Zbiera na leczenie dzieci, odwdzięczając się przetworami. Sanepid chce ją ukarać

 

- To już były duże gęsi, miały od 4,5 do 6 kilogramów. Kręciły się w kółko, niektóre i biegały, że to coś jest nienormalnego. I w internecie żona sprawdziła, że to są objawy ptasiej grypy. Przyjechały dwie panie z weterynarii, by zrobić sekcje. To już do soboty padło ponad dwadzieścia sztuk – wspomina pan Piotr.

 

- Zostali oni objęci przymusowym ubojem w związku z wykryciem ogniska ptasiej grypy. W ten sposób doszło do całkowitego wybicia stada gęsi, które jest ich głównym, a wydaje mi się, że nawet jedynym źródłem utrzymania – mówi adwokat Tomasz Gabryelczyk.

 

- Ja zostałam potraktowana jak nie człowiek, wyśmiano mnie. Była taka pani z weterynarii, bardzo "miła", która się śmiała, że ja płaczę. Zostałam płaczką, płaczką po gęsiach. Ja przy nich chodziłam dzień, noc, cały czas z nimi byłam. A później musiałam je zagazować. Do tej pory jeszcze się z tego nie pozbierałam – zaznacza pani Krystyna.

 

- Do dzisiaj źle się czuję, ponieważ pierwszy raz to robiliśmy. Te wszystkie nakazane, bioasekuracyjne warunki spełnialiśmy, inne także – twierdzi pan Piotr.

 

ZOBACZ: "Interwencja": znęcał się nad niepełnosprawnym intelektualnie. Napastnik chodzi wolny

 

Ale inspekcja weterynaryjna była innego zdania. Z protokołu sporządzonego podczas sekcji wynikało, że to hodowcy są pośrednio odpowiedzialni za zakażenie stada.

Mają żal do weterynarzy

- Były po prostu złe warunki utrzymywania zwierząt i niespełnienie wymagań, o których mówi rozporządzenie wojewody. Od podstawowych rzeczy, takich jak szczelność budynku, poprzez karmienie zielonką z pobliskich łąk, gdzie teren jest podmokły i przebywają tam ptaki dzikie, które mogą przenosić wysoce zjadliwą grypę ptaków. Nie mówiąc o warunkach higienicznych, które łagodnie mówiąc, nie były najlepsze – informuje Paweł Piotrowski, lubelski wojewódzki lekarz weterynarii.

 

Państwo Wińscy mają żal do weterynarzy o to, że ci chociaż wytykali hodowcom braki w bioasekuracji, to sami nie przestrzegają jej przepisów. I twierdzą, że mają na to dowody.

 

- Jak był obornik dołowany i utylizowany? Powinien być w dół wrzucony, powinien być tam przykryty folią szczelnie. Zabrakło im folii, ale nikt się tym nie przejął, że jest odkryty. Ptaki zganialiśmy, żeby na tym nie siadały, no bo to rozniosą – mówi pan Piotr. Na dowód pokazuje fotografie.

Małżeństwo tonie w długach

- W tej chwili jesteśmy winni około 60 tysięcy złotych: wylęgarni, firmy z paszą, bankowi. To wszystko było na kredyt robione. Mieliśmy nadzieję, że jak to pójdzie, to z czasem jakoś będziemy żyć – dodaje pan Piotr.

 

Małżeństwo otrzymało od inspekcji nagrodę za pomoc weterynarzom w wysokości 15 tysięcy złotych, ale to pokryło tylko część długów. Obecnie, żeby przeżyć, państwo Wińscy muszą pracować dorywczo. Dlatego o wypłatę odszkodowania zamierzają walczyć w sądzie.

 

- Przykro mi, ale powiem. Dwaj synowie poszli do szkoły bez książek. Nie stać nas było. Nie widzę przyszłości, jeśli nie zapłacimy. Nie wiem, co będzie. To jest naprawdę sytuacja bez wyjścia – przyznaje Piotr Wiński.

msl / Interwencja
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie