Wezwali kobietę na testy na koronawirusa. Musiała wrócić taksówką i zapłacić 600 zł

Polska
Wezwali kobietę na testy na koronawirusa. Musiała wrócić taksówką i zapłacić 600 zł
Zdj. ilustracyjne, fot. Polsat News
Pani Sylwii nie zaoferowano transportu z Gdańska do jej domu w Ustce. Musiała zamówić taksówkę

Mieszkanka Ustki wróciła do Polski z Niemiec tuż przed wprowadzeniem kwarantanny dla przyjezdnych zza granicy. Miała gorączkę, więc wezwano ją, by poddała się testowi na obecność koronawirusa. Karetkę wysłano po nią dopiero, gdy stanowczo się o to upomniała. W drodze powrotnej z Gdańska musiała pokonać ponad 150 km taksówką, za którą zapłaciła. Na wynik testu czekała tydzień. 

Pani Sylwia przyjechała z Niemiec do Polski 14 marca. Od kilku dni miała objawy podobne do grypy, dlatego dzień przed podróżą skontaktowała się z Sanepidem.

 

ZOBACZ: Nowe ograniczenia w związku z epidemią? Konferencja premiera

 

- Poinformowano mnie, że na granicy zaopiekują się mną służby zdrowia. Przed dotarciem do granicy zadzwoniłam, że za jakieś pół godziny będę w Polsce. Pan odbierający ode mnie telefon, zapytał się, czy mam gorączkę, po czym stwierdził, że jeżeli nie, to mam udać się do domu i dać znać, jak tylko będę na miejscu - mówiła "Głosowi Koszalińskiemu".

 

Pani Sylwia: powiedziano mi, że za karetkę słono bym zapłaciła

 

Kobiecie polecono, aby przyjechała do gdańskiego szpitala zakaźnego, gdzie miała poddać się testowi na koronawirusa. Jednak nie zaproponowano jej bezpiecznego sposobu dotarcia do placówki. - Po dwóch godzinach, łaskawie, wysłano karetkę transportową - powiedziała.

 

Po wykonaniu testu lekarz miał polecić pani Sylwii, aby do domu wróciła na własną rękę. Według jej relacji, w szpitalu dowiedziała się, że za karetkę "słono by zapłaciła".

 

ZOBACZ: Wysyłał maski ochronne do Chin, dziś organizuje pomoc w Częstochowie

 

- Nie mając pewności, czy mogę zarazić, zostawiono mnie samej sobie. Do domu musiałam wrócić taksówką na własny koszt - wspomina. Tamtego dnia płatnym przewozem pokonała 152 kilometrów, za co zapłaciła 600 złotych.

 

- Tak traktują ludzi. Nie mając wyniku testu, nie zainteresują się, czy człowieka stać powrót. W tym wszystkim straszne jest, że czekam na wynik testu już tydzień! Nie mam pojęcia, czy test nie zaginął, nie wiem czy nie zarażam - mówiła w sobotę, dzień przed tym, jak dowiedziała się, że jest zdrowa.

 

Na Pomorzu jest już karetka zawożąca na testy

 

Zdaniem Henryki Kisiel, zastępcy Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Słupsku, dyspozytor szpitala musi zabezpieczyć takiej osobie powrót do domu wytypowanym transportem-karetką w sytuacji, gdy nie ma szans na powrót własnym środkiem lokomocji.

 

- Obecnie nie odnotowujemy takich sygnałów - zapewniła Kisiel.

 

ZOBACZ: W Radomiu zmarł 79-latek. Miał koronawirusa

 

Na Pomorzu wyznaczono karetkę, która zawozi osoby mogące być zakażone koronawirusem do szpitala zakaźnego na konsultacje, a potem ich odwozi. Stało się to jednak po tym, jak z problemem powrotu z Gdańska zmierzyła się pani Sylwia.

 

Polsatnews.pl zapytał o szczegóły sprawy zarówno Powiatową, jak i Wojewódzką Stację Sanitarno-Epidemiologiczną. Czekamy na odpowiedź.

wka/ "Głos Koszaliński", polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze