Szumowski: nie wykluczamy przedłużenia stanu zagrożenia epidemicznego

Polska
Szumowski: nie wykluczamy przedłużenia stanu zagrożenia epidemicznego
PAP/ Radek Pietruszka
Minister zdrowia nie wyklucza możliwości przedłużenia okresu społecznej kwarantanny

- Pod koniec tego tygodnia lub na początku przyszłego trzeba będzie podjąć decyzję w sprawie stanu zagrożenia epidemicznego. Nie wykluczamy przedłużenia okresu społecznej kwarantanny - powiedział w środę minister zdrowia, Łukasz Szumowski.

Od weekendu w Polsce obowiązuje stan zagrożenia epidemicznego - odwołane zostały imprezy masowe, zawieszono zajęcia na uczelniach, w przedszkolach i szkołach. Nieczynne są muzea, kina, restauracje i bary. Zamknięto granice dla cudzoziemców i zawieszono międzynarodowe pasażerskie połączenia lotnicze i kolejowe.

 

W Radiu Zet Szumowski był pytany o to, czy rząd przewiduje przedłużenie okresu społecznej kwarantanny.

 

- Pod koniec tygodnia, na początku przyszłego, trzeba będzie tę decyzję pewnie podjąć - odpowiedział.

 

ZOBACZ: Łukasz Szumowski o zdrowiu ministrów

 

Dopytywany, dodał, że rząd nie wyklucza przedłużenia tego okresu.

 

- Jeśli zwiększa się liczba chorych, to trzeba wtedy reagować zaostrzając środki - stwierdził.

 

Do tej pory potwierdzono w Polsce 246 przypadków zakażeń koronawirusem. Pięć osób zakażonych zmarło. 

 

"WHO przespało przygotowania do epidemii koronawirusa"

 

Szumowski był pytany, czy rząd nie przespał przygotowań do epidemii koronawirusa. Jak zapewnił, rząd rozpoczął odpowiednie przygotowania, odkąd wiadomo było, że epidemia wybuchła w Chinach.

 

- WHO i OECD mówiły wtedy, że prawdopodobieństwo zawleczenia tej epidemii do Europy jest bardzo niskie lub niskie. Zaczęliśmy bardzo intensywne działania, kiedy wirus pojawił się w Europie i nadal prognozy WHO i OECD były bardzo uspokajające. Pomimo to zaczęliśmy działać, były wydawane instrukcje sanepidu - podkreślił.

 

ZOBACZ: Gdy odwołujesz imprezę przez koronawirusa. Na co możesz liczyć?

 

Dopytywany, czy w takim razie Światowa Organizacja Zdrowia przespała nadejście epidemii, stwierdził, że tak. - WHO później za to zresztą przeprosiła, że ich komunikaty, które powinny być wykładnikiem, mogły być mylące - zauważył.

 

"Mieliśmy więcej czasu niż inne kraje"

 

- Mieliśmy więcej czasu niż inne kraje, stąd mieliśmy czas, żeby zareagować gwałtowniej niż w innych krajach. Jako pierwsi w Polsce wprowadziliśmy bardzo radykalne działania, które teraz dopiero wprowadzają Francja i Hiszpania. Oni to robią, jak mają tysiące zarażonych - powiedział.

 

Przypomniał, że w Polsce rząd zdecydował o zamknięciu szkół, granic i ograniczeniu dużych skupisk ludzkich.

 

Na pytanie, dlaczego wykonuje się u nas tak mało testów na obecność koronawirusa, odparł, że pod tym względem nie odbiegamy znacząco od innych krajów. Wskazał, że do tej pory wykonano w Polsce ok. 8 tys. testów, a ich liczba będzie teraz szybciej rosnąć.

 

- Wykonujemy teraz badania wszystkim osobom z bezpośredniego kontaktu (z osobą, u której stwierdzono zakażenie - red.) po to, by potwierdzić lub wykluczyć możliwość zakażenia. W żadnym kraju na świecie nikt nie wykonuje testów wszystkich obywateli, bo to zajęłoby wszystkie siły i środki każdego systemu diagnostycznego, a po drugie niewiele by wniosło, przynajmniej na początku epidemii. Im więcej chorych, tym więcej testów - zaznaczył.

 

ZOBACZ: Szczepionka przeciw koronawirusowi. Rozpoczynają się testy na ludziach

 

Na uwagę dziennikarza, że w Niemczech szeroka diagnostyka przynosi efekty, bo odsetek osób zmarłych wynosi 0,14 proc., oświadczył, że diagnostyka nie zmienia śmiertelności.

 

- Jest wyłącznie informacją epidemiczną. Od tego, czy mamy test dodatni czy ujemny nie zmienia się nasze postępowanie terapeutyczne. Niemcy akurat mają dziesięciokrotnie mniejszą śmiertelność, bo inaczej raportują. U nas mielibyśmy jednego pacjenta zmarłego mniej, bo pacjent zmarł na zatrzymanie krążenia, a nie na koronawirusa. Tutaj Niemcy by zakodowali to jako inną przyczynę śmierci - zauważył.

 

"To pewna obawa lokalna"

 

Szumowski odniósł się też do sytuacji w Łomży, gdzie mieszkańcy i szpital sprzeciwiali się przekształceniu go w jednoimienny szpital zakaźny, a pracująca w szpitalu była posłanka PiS Bernadeta Krynicka mówiła, że placówka jest zupełnie nieprzygotowana na przyjmowanie pacjentów z koronawirusem.

 

- To jest pewna obawa lokalna, lokalne przepychanki pomiędzy dwoma częściami jednego województwa. Szpital jest wieloprofilowy, ma trzydzieści kilka respiratorów na 400 łóżek. To znaczy, że baza łóżkowa i baza wspomagania oddechu - to są najważniejsze funkcje w leczeniu COVID-19 - jest tam dostępna. Zostało wysłane do szpitala 1000 maseczek, 1000 kombinezonów i odpowiednia liczba gogli. To są bardzo konkretne działania - stwierdził.

 

Dodał, że w promieniu 30 km od Łomży są trzy inne szpitale, które przyjmują pacjentów z okolicy. - Rozumiem zaniepokojenie ludzi w Łomży, że tam jest szpital (zakaźny - red.), ale gdzieś musi być. Zresztą w Białymstoku też jest powołany decyzją wojewody szpital jednoimienny, w związku z czym i w Łomży i w Białymstoku mamy dwa szpitale, żeby nie było takich regionalnych wojen - zaznaczył.

 

ZOBACZ: Szpital w Łomży. Pracownicy nie odpuszczają, dyrektor rozkłada ręce

 

Mówiąc o Krynickiej, stwierdził, że z jej strony padły słowa karygodne, że ktoś chce kosztem Łomży oszczędzić Białystok. - To jest wstyd, że ktoś, kto wie jak wygląda zarządzanie szpitalem i państwem, mówi takie rzeczy. To jest sianie paniki, podsycanie antagonizmów pomiędzy ludźmi, którzy boją się - ocenił.

 

W nagraniu zamieszczonym na Facebooku Krynicka stwierdziła, że przekształcenie szpitala w Łomży w szpital zakaźny jest wynikiem decyzji wojewody podlaskiego podjętej pod naciskiem lekarzy z Białegostoku.

 

W poniedziałek Krynicka została zawieszona w prawach członka PiS. 

ac/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze