"Mój mózg odrzuca to, że odeszli". Żona Koby'ego Bryanta o żałobie

Świat
"Mój mózg odrzuca to, że odeszli". Żona Koby'ego Bryanta o żałobie
AP
Pogrzeb Kobe'ego Bryanta odbędzie się 24 lutego

"Mój mózg odrzuca to, że Kobe i Gigi odeszli. Nie mogę przetwarzać obu tych informacji w tym samym czasie. To tak, jakbym próbowała pogodzić się ze śmiercią Kobego, ale moje ciało odmawia zaakceptowania, że Gigi nigdy nie wróci" - tak o śmierci męża i córki napisała w mediach społecznościowych żona zmarłego koszykarza, Vanessa Bryant.

Do katastrofy helikoptera Sikorsky S-76B doszło 26 stycznia w Calabasas, 65 km na północny-zachód od Los Angeles.

 

Maszyną podróżował pięciokrotny mistrz ligi NBA z Los Angeles Lakers (2000-2002, 2009-2010) i dwukrotny mistrz olimpijski z reprezentacją USA (2008 i 2012) Kobe Bryant. W katastrofie zginęła również jego 13-letnia córka Gianna oraz siedmioro innych pasażerów.

 

Trwają przygotowania do pogrzebu wszystkich ofiar katastrofy. Ich pożegnanie odbędzie się 24 lutego w hali Staples Center w LA. To właśnie w niej swoje spotkania dla Los Angeles Lakers rozgrywał Bryant.

 

"Jestem wściekła, że ich straciłam"

 

W poniedziałek emocjami towarzyszącymi żałobie podzieliła się żona koszykarza.

 

"Niechętnie przelewam swoje uczucia na słowa. Mój mózg odrzuca to, że Kobe i Gigi odeszli. Nie mogę przetwarzać obu tych informacji w tym samym czasie. To tak, jakbym próbowała pogodzić się ze śmiercią Kobego, ale moje ciało odmawia zaakceptowania, że Gigi nigdy do mnie nie wróci.

 

ZOBACZ: Paulo Coehlo pisał z Kobe Bryantem książkę. Fani apelują, by ją dokończył

 

Dlaczego mam się obudzić następnego dnia, skoro moja córeczka nie ma takiej okazji?! Jestem taka wściekła. Miała przed sobą tyle życia. Po tym zdałam sobie sprawę, że muszę być silna i trwać dla moich trzech córek. Jestem wściekła, że straciłam Kobego i Gigi, ale jednocześnie jestem wdzięczna, że nadal jestem z Natalią, Bianką i Capri. Wiem, że to, co czuję, jest normalne, że to część żałoby.

 

Chciałam tylko podzielić się tym z wami i tymi, którzy doświadczyli podobnej straty. Tak bardzo chciałabym, by Kobe i Gigi tu byli, by ten koszmar się skończył. Modlę się za wszystkie ofiary tej tragedii i proszę was, byście robili to samo" - napisała Vanessa Bryant. 

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 

I’ve been reluctant to put my feelings into words. My brain refuses to accept that both Kobe and Gigi are gone. I can’t process both at the same time. It’s like I’m trying to process Kobe being gone but my body refuses to accept my Gigi will never come back to me. It feels wrong. Why should I be able to wake up another day when my baby girl isn’t being able to have that opportunity?! I’m so mad. She had so much life to live. Then I realize I need to be strong and be here for my 3 daughters. Mad I’m not with Kobe and Gigi but thankful I’m here with Natalia, Bianka and Capri. I know what I’m feeling is normal. It’s part of the grieving process. I just wanted to share in case there’s anyone out there that’s experienced a loss like this. God I wish they were here and this nightmare would be over. Praying for all of the victims of this horrible tragedy. Please continue to pray for all.

Post udostępniony przez Vanessa Bryant 🦋 (@vanessabryant)

 

Nowe fakty w sprawie katastrofy

 

Dziennikarze "The New York Times" odtworzyli przebieg wydarzeń z 26 stycznia. Pomogli im w tym świadkowie, rodzina i współpracownicy Bryanta.

 

Wiadomo już, że nie znaleziono przyczyn technicznych, które mogłyby doprowadzić do wypadku: "oba silniki były w dobrym stanie, pracowały aż do momentu uderzenia w zbocze góry. Nie było też żadnych innych śladów uszkodzeń helikoptera od tych, które powstają w momencie wypadku" - podał szef Narodowego Wydziału Bezpieczeństwa Transportu.

 

ZOBACZ: Kobe Bryant i jego żona ze specjalną umową. Dotyczyła lotów helikopterem

 

Śledczy z tej agencji federalnej zapowiedzieli, że przygotowanie pełnego raportu "może zająć nawet rok".

 

Pilot maszyny, 50-letni Ara Zobayan, miał przelatanych ponad 8000 godzin. Regularnie podróżował z Kobe Bryantem.

 

W dniu śmierci byli na mszy

 

Zanim Kobe Bryant i jego córka Gianna pojechali na lotnisko w Orange County, około 7:00 rano pojawili się na pierwszej porannej mszy w kościele w Newport Beach znajdującym się niedaleko ich domu. Przyjęli tam komunię.

 

Nie musieli się spieszyć - mecz trenowanej przez Bryanta drużyny koszykarskiej "Lady Mambas" zaczynał się dopiero o godzinie dwunastej w południe.

 

100-kilometrowy lot nie miał zająć więcej niż 45 minut. Pilot i reszta pasażerów byli gotowi do wylotu od 9 rano. Wszystko odbywało się rutynowo - ustalili śledczy. Wyjątkiem była zalegająca nad miastem mgła.

 

Lecieli nad niebezpiecznym terenem

 

Lecieli z prędkością ok. 270 km/h. Z powodu zachmurzenia, helikopter skierowano nad San Fernando Valley, potem pilot miał lecieć wzdłuż autostrady 101. To niebezpieczny teren, który gwałtownie wznosi się i opada. Zobayan miał poprosić kontrolerów, by śledzili lot i udzielali rad.

 

ZOBACZ: Ostatnie chwile przed tragedią. Nagranie z helikoptera, którym leciał Kobe Bryant

 

Nad lotniskiem w Glendale helikopter wykonał pięć okrążeń. Maszyna musiała oczekiwać na pozwolenie, aby wylądować. Kontrolerzy zwrócili w tym czasie uwagę na jej zbyt niską wysokość. O 9:45 pilot Zobayan poinformował o jej wznoszeniu. W ciągu 36 sekund zyskał kilkadziesiąt metrów.

 

Następnie śmigłowiec zwrócił się w lewo i wykonał ostre zejście. Wtedy doszło do zderzenia z ziemią. Do miejsca przeznaczenia, hali "Mamba Academy", brakowało jeszcze około pięciu minut lotu.

ac/hlk/ Polsat Sport, interia.pl, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze