"Na wolność wychodzi się przez te kominy". Wspomnienia byłych więźniów obozu Auschwitz

Polska
"Na wolność wychodzi się przez te kominy". Wspomnienia byłych więźniów obozu Auschwitz
Reuters
W poniedziałek przypada 75. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau

- Rozebrali nas do naga, zaprowadzili na męski lager, do więźniów-fryzjerów, i wszystkim kobietom golili głowy. To było coś potwornego. Takich tragicznych chwil pamiętam cała masę – wspominała Walentyna Nikodem, która w 1942 r. trafiła do Auschwitz. Równie traumatycznymi wspomnieniami podzielił się Bogdan Bartnikowski. Obóz, do którego trafił jako 12-latek, kojarzy mu się z "masowym mordem".

Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiar. Niemcy przywieźli ich ponad 1,1 mln. Zgładzili co najmniej 1 mln, z czego ok. 100 tys. jako więźniów obozu. Nie mniej niż 900 tys. zabili w komorach gazowych tuż po przywiezieniu.

 

Według historyków z Muzeum Auschwitz do początku 1942 r. Niemcy deportowali do obozu wyłącznie Żydów przywożonych w stosunkowo niedużej liczbie razem z innymi więźniami, głównie Polakami, którzy wówczas stanowili większość osadzonych.

 

Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiarPolsat News/ MARCIN ZAWADZKI
Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiar
Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiarPolsat News/ MARCIN ZAWADZKI
Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiar
Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiarPolsat News/ MARCIN ZAWADZKI
Żydzi stanowili największą grupę deportowanych do Auschwitz oraz jego ofiar

 

"Zobaczyłem dwa wysokie kominy, z których buchał płomień na kilka metrów"

 

Bogdan Bartnikowski urodził się w 1932 r. w Warszawie. Był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. Służył jako łącznik.

 

Po opanowaniu w sierpniu 1944 r. dzielnicy Ochota, gdzie mieszkał, przez brygadę RONA (Rosyjska Narodowa Armia Wyzwoleńcza), znajdującą się pod niemiecką komendą, został wypędzony wraz z matką z domu i skierowany do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd oboje zostali deportowani do Auschwitz.

 

ZOBACZ: 75. rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz. Plan uroczystości, zaproszeni goście

 

- To była noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Pociąg zatrzymał się na rampie w Birkenau i otworzyły się drzwi wagonu. Błysnęło na nas światło z reflektorów. Zobaczyłem esesmanów z bronią skierowaną na nas. Więźniowie zaczęli nas wyciągać z wagonów; po prostu wyrzucać na pobocze. Kiedy stanąłem obok wagonu zobaczyłem esesmanów, dachy baraków obozu męskiego, a dalej dwa wysokie kominy, z których buchał płomień na kilka metrów. To był mój pierwszy widok zapamiętany z Birkenau – wspominał.

 

Na drugi dzień przyszły więźniarki. - Zaczęły sporządzać listę, dokumentację obozową. Nadawano nam numery. Na nasze naiwne pytania, dlaczego tu jesteśmy, kiedy wyjdziemy na wolność, niektóre się tylko śmiały i mówiły: "Na wolność? Na wolność, to się stąd wychodzi tylko przez te kominy. Innej drogi nie ma – powiedział Bogdan Bartnikowski.

 

"Byliśmy zagubionymi dziećmi. Dużo dawała wieczorna modlitwa"

 

12-latek był więziony przez Niemców w Auschwitz II-Birkenau, początkowo w bloku dziecięcym obozu kobiecego, a następnie w części obozu męskiego.

 

- Przeżyłem dzięki kontaktowi z dorosłymi więźniami Polakami, którzy nas pocieszali i próbowali się nami wszystkimi trochę opiekować. Byliśmy dziećmi, zagubionymi w tej sytuacji. Pomagała głęboka wiara w to, że kiedyś stamtąd wyjdziemy. Dużo dawała w tamtym okresie codzienna, wieczorna modlitwa – mówił.

 

Bartnikowski, gdy dziś wspomina obóz Auschwitz-Birkenau, to pierwszym jego skojarzeniem jest masowy mord. - Masowe mordowanie ludzi, którzy niczego niczym nie zawinili. I moim wielkim marzeniem jest, aby nigdy dzieci nie musiały patrzeć na świat przez obozowe druty – powiedział. 

 

Bartnikowski przeżył piekło. Po wojnie został dziennikarzem

 

Wraz z innymi byłymi więźniami Bartnikowski rokrocznie uczestniczy w rocznicy wyzwolenia.

 

- Za każdym razem w Auschwitz-Birkenau odnawiają się moje dziecięce przeżycia, pamięć o tym co się tu działo. Jest jednak we mnie, w moich koleżankach i kolegach obozowych, świadomość, że nasza obecność i nasze słowa są współczesności bardzo potrzebne, aby wszyscy pamiętali o tym, co tu strasznego się wydarzyło – stwierdził.

 

ZOBACZ: W Jerozolimie było więcej polityków niż ocalonych z Holokaustu

 

Bartnikowski 11 stycznia 1945 r. został wraz z matką przeniesiony przez Niemców do Berlina-Blankenburga, gdzie znajdowało się komando robocze obozu Sachsenhausen.

 

Do wyzwolenia w dniu 22 kwietnia 1945 r. pracował przy odgruzowaniu miasta. Po wojnie powrócił wraz z matką do Warszawy. Ukończył szkołę, odbył służbę wojskową, a następnie pracował jako dziennikarz. Jest autorem książek o losach polskich dzieci w latach wojny.

 

"Te wszystkie rzeczy wydarzyły się w środku podobno cywilizowanej Europy"

 

Walentyna Nikodem urodziła się w 1922 r. w Łodzi. W Auschwitz przebywała od lipca 1942 r. do jesieni 1944 r. Później przeniesiona została do podobozu w Dreźnie, należącym do kompleksu obozowego Flossenburg. Zbiegła podczas jego ewakuacji w kwietniu 1945 r. i ukrywała się do wyzwolenia. Po wojnie zamieszkała na Górnym Śląsku.

 

- Wracam do Oświęcimia; muszę wracać, bo tam zginęła moja mama. Niemcy w Łodzi zabili mojego ojca, nawet nie wiem, gdzie. Brata zabili w Niemczech. Te wszystkie straszne rzeczy wydarzyły się w środku Europy, podobno cywilizowanej – powiedziała Walentyna Nikodem, była więźniarka Auschwitz.

 

W przededniu wojny Walentyna Nikodem była gimnazjalistką w Łodzi. Podczas okupacji jej rodzice, a także ona sama, zaangażowali się w ruch oporu. Z matką zostały aresztowane przez Niemców w maju 1941 r. W lipcu 1942 r. deportowano je do Auschwitz.

 

- Pierwszy dzień utkwił mi w pamięci. Lipiec 1942 r. Po półtorarocznym pobycie w więzieniu, wywieźli mnie do tego Oświęcimia. Po wyjściu z pociągu zobaczyłam szpaler gestapowców z psami i karabinami. Strasznie krzyczeli: "Los! Los!". To zrobiło to na mnie okropne wrażenie, ale to było jeszcze nic – wspominała po latach.

 

"Otworzyła się brama i wpadł tłum różnych stworów"

 

Gdy trafiła z matką do obozu, nie istniał jeszcze obóz kobiecy w Birkenau. Były w Auschwitz, odgrodzone wysokim murem od mężczyzn.

 

- Przed godziną 6. wrzucili nas do nowo wybudowanego bloku. Było w nim klepisko i trochę słomy. Nagle otwiera się brama i wpada tłum różnych stworów. Potwornie krzyczały. Ubrane nie wiadomo w co; jakieś spodnie, jakieś czapki, każda przewiązana sznurkiem, na którym wisiała miska. Pomyślałam, że to dom wariatów albo piekło – opowiadała.

 

ZOBACZ: Muzułmanie i Żydzi spotkali się w Auschwitz. Mocne słowa saudyjskiego duchownego

 

Później Walentyna dowiedziała się, że to były słowackie więźniarki. Były ubrane w mundury jeńców sowieckich zgładzonych wcześniej przez Niemców. Walczyły o łyk herbaty. W pomieszczeniu stał kocioł z nią.

 

"Jak któraś się potknęła, esesman łapał ją za szyję i wrzucał do rowu"

 

- Te przeżycia z pierwszego dnia były potworne. Potem, każdego dnia, było ich jeszcze więcej – podkreśliła.

 

Pewnego dnia więźniarkom ogolono głowy. Niemcy przewieźli kobiety do Auschwitz II-Birkenau. Tam pracowały przy utwardzaniu drogi.

 

- Tu nastąpiło najgorsze dla mnie przeżycie. Rozebrali nas do naga, zaprowadzili na męski lager, do więźniów-fryzjerów, i wszystkim kobietom, od lat 10 do 80, golili głowy. To było coś potwornego, upokarzającego. Takich tragicznych chwil pamiętam cała masę – powiedziała.

 

Walentyna Nikodem zapamiętała, że któregoś dnia w grudniu Niemcy kazali kobietom wyjść nago o 4 rano. - Mówili, że odwszawiają nasz blok. O godz. 4 otworzyli bramę i między dwoma kordonami esesmanów kazali nam czwórkami biegiem przechodzić. Jak któraś się potknęła, albo nie była w stanie iść szybko, to esesman, który zawsze miał laskę przy sobie, za szyję ją łapał i wrzucał do rowu - mówiła.

 

- Te rowy nie były takie jak teraz; były głębokie. Gdy człowiek wpadł w to błoto, nie był w stanie wyjść. Potem szło komando i trupy ładowało na wózki. Jedna trzecia kobiet została w tym błocie. Ja zdołałam przebiec, choć byłam po tyfusie. W padającym śniegu z deszczem stałyśmy do 16 – wspominała.

 

Walentyna Nikodem walczyła o Polskę także po wojnie

 

Mama Walentyny zmarła po trzech miesiącach pobytu w Auschwitz. - Nie zmarła w błocie. Zasnęła na pryczy – mówiła była więźniarka.

 

Wiedziała już wówczas, że musi przeżyć. - Byłam w domu najstarszym z czworga dzieci. Zostało rodzeństwo. Stale myślałam, co się z nimi dzieje. Zabrali je do niemieckiego domu dziecka. Jedno wywieźli na zniemczenie. Przy życiu trzymała mnie wiara, że je wszystkie uratuję – podkreśliła.

 

Walentyna Nikodem po wojnie odnalazła część bliskich. Nie było jej łatwo. - Komuniści nie oddali mieszkania. Pięć lat się tułałam. Mieszkałam w garażu – dodała.

 

Była więźniarka często spotyka się z młodymi, by opowiedzieć im swoją historię. - Mam dużo spotkań z niemiecką młodzieżą. Mówię im, co robili ich dziadkowie. Mówię im: u was nikt nie powie wam tego, co ja. Oni słuchają, a potem dziękują. I znowu mnie zapraszają, bym im dalej opowiadała – stwierdziła. 

 

ZOBACZ: "Wesele, a nie uroczystość uczczenia ofiar Holokaustu". Hofman o obchodach w Jerozolimie

 

Według "Encyklopedii Solidarności", Nikodem w stanie wojennym zaangażowała się w kolportaż pism podziemnych, m.in. biuletynu śląsko-dąbrowskiej Solidarności i Solidarności Walczącej. W grudniu 1983 r. została zatrzymana na 24 godziny przez milicję. W 1989 r. zaangażowała się w kampanię przed wyborami 4 czerwca.

 

W 2016 r. znalazła się w gronie byłych więźniów, którzy spotkali się z papieżem Franciszkiem, pielgrzymującym do Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau. Walentyna Nikodem została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

"Z wagonów wyszli żywi, a umarłych wyniesiono"

 

W transporcie do KL Auschwitz obecnie 94-letni Stanisław Zalewski, prezes Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, znalazł się 5 października 1943 r. Był to największy transport więźniów Pawiaka, liczący około 1500 mężczyzn i kobiet.

 

Jak opowiadał, "sam przyjazd do Auschwitz wyglądał bardzo ponuro, bo przyjechali tam w nocy".

 

- Pochmurna noc i księżyc wysuwający się od czasu do czasu zza chmur, a z wagonów wyszli żywi, a umarłych wyniesiono. I tak kolumna pieszych i tych, co umarli, niesionych na plecach, szła do miejsca, gdzie był napis "Arbeit Macht Frei". Ja jako młody chłopiec, bo miałem wtedy 18 lat, nie zdawałem sobie sprawy, co oznacza ten napis (...) dopiero później okazało się, co oznaczają te słowa - wspominał.

 

Zalewski w Auschwitz był zatrudniony przy rozładunku wagonów, bo obóz cały czas się rozbudowywał. Jak mówił, dźwigał 50-kilogramowe worki z cementem.

 

- Był sznurek więźniów, każdy dostawał worek, musiał zanieść na określone miejsce. Kto upadał pod ciężarem, to już się więcej nie podnosił, bo albo nie mógł, albo po prostu był dobijany - podkreślił.

 

"Krzyk tych kobiet słyszę do dzisiaj"

 

Były więzień przywoływał kilka momentów w Auschwitz, które utkwiły mu w pamięci.

 

- Któregoś dnia przyjechał pociąg z wagonami, tak zwanymi pulmanami, to były ichnie super wagony, obecnie Intercity, z których wysiedli dobrze ubrani Żydzi. Im mówiono, jak się później dowiedziałem z literatury, że jadą do pracy na Wschód. Ale my, więźniowie, stojąc przed barakiem, bo nie wolno było wtedy wychodzić, wiedzieliśmy, co się z nimi stanie. I teraz takie zderzenie - ludzi idących spokojnie i nas, którzy wiemy, jaka będzie ich dalsza kolej, jak dojdą tam, do tego miejsca - wspominał.

 

ZOBACZ: "Nowa interpretacja Armii Czerwonej i nowy obraz Rosji". Komentarze do wystąpienia Putina

 

Drugi obrazek, który zapamiętał, to wożenie do krematorium. - Obok naszego baraku był barak, gdzie lokowano więźniów niezdolnych do pracy. Oczywiście ci więźniowie byli z czasem dostarczani do komór gazowych i spalani w krematorium. Kiedyś zrobiono zbiórkę tego baraku, gdzie były kobiety. To był listopad. Kazano kobietom się rozbierać do naga, podjeżdżały samochody ciężarowe i ładowano te kobiety jak jakiś ładunek, towar, następnie zamykano i samochody jechały wiadomo w jakim kierunku, prosto do krematorium. Krzyk tych kobiet słyszę jeszcze do dzisiaj - mówił ze wzruszeniem.

 

Były więzień: podczas kolacji wywoływano więźniów, którzy potem szli prościutko do komory gazowej

 

Zalewski zapamiętał także selekcje indywidualne, które odbywały się w obozie.

 

- Po kolacji dostawało się kromkę chleba malutką, byle co, była zbiórka wszystkich w danym baraku w dwuszeregu i przychodził zarządzający tym barakiem, z reguły z formacji SS, był tam także pisarz blokowy. I ten z formacji SS, tak zwany Blockfuehrer, szedł i przyglądał się więźniom. Jeżeli zobaczył kogoś, który już wiadomo, że jego dni albo miesiące są policzone, pokazywał tylko kijkiem, a pisarz spisywał numer więźnia. Ci więźniowie jedli kolację i później wywoływano tych, których ten esesman wskazał, ustawiano ich w szereg i prościutko w kierunku komory gazowej do krematorium - opowiadał.

 

Pytany, co było najgorszego w Auschwitz, stwierdził: - Dla mnie najgorszym był nie głód, nie to, że nas zmuszano do niewolniczej pracy, ale to, że nas pozbawiono człowieczeństwa".

 

- My nie byliśmy ludźmi, traktowano nas jak coś takiego niepotrzebnego, zbędnego, które trzeba wykorzystać maksymalnie, a później zgładzić. Tak jak jakieś stworzenia inne. I to było najgorsze - mówił. 

 

"Ludzkość nie wyciągnęła wniosków"

 

Zalewski uznał, że po 75 latach od wyzwolenia obozu najważniejsze jest to, żeby ta tragedia się więcej nie powtórzyła.

 

ZOBACZ: "Bramy piekła zostały zniszczone zbyt późno". Światowe Forum Holokaustu w Jerozolimie

 

- Według mnie ludzkość nie wyciągnęła wniosków z tego, co się wydarzyło w XX wieku w obozach. W dalszym ciągu w innych częściach świata ludzie w imię własnych ambicji czy też jakichś dążeń ideologicznych dokonują zbrojnych aktów przemocy i to pochłania tysiące ludzi, i to ma znamiona ludobójstwa - ocenił.

 

Ponad milion więźniów Auschwitz

 

Pierwszą śmiertelną ofiarą Auschwitz był polski Żyd Dawid Wongczewski, deportowany 20 czerwca z więzienia w Wiśniczu Nowym. Po ucieczce 6 lipca 1940 r. Polaka Tadeusza Wiejowskiego, Niemcy przeprowadzili karny apel, który trwał 20 godzin. Wongczewski, wcześniej katowany w więzieniu, zmarł w nocy z 6 na 7 lipca.

 

Od 1942 r. w wyniku włączenia KL Auschwitz do procesu masowej zagłady Żydów, liczba deportowanych do obozu zaczęła gwałtownie wzrastać. W 1942 r. przywieziono około 197 tys. Żydów, w 1943 r. około 270 tys., a w 1944 r. ponad 600 tys. – łącznie blisko 1,1 mln. Spośród nich wybrano jako zdolnych do pracy około 200 tys. osób i osadzono w obozie.

 

300 tys. Żydów z Polski przywieziono do Oświęcimia

 

Najliczniejszą grupę Żydów deportowanych do Auschwitz stanowili obywatele Węgier, państwa sojuszniczego Rzeszy. Od maja do lipca 1944 r. do obozu przywieziono ich ok. 430 tys.

 

Organizacją transportów kierował oficer SS Adolf Eichmann. W 1960 r. został ujęty przez wywiad izraelski w Argentynie i po procesie stracony dwa lata później w Jerozolimie.

 

Drugą pod względem liczebności była społeczność żydowska z terenów II Rzeczypospolitej. Szacowana jest na ok. 300 tys. osób.

wka/ PAP, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze