"Byłem ciężko ranny. Mogłem włożyć rękę do brzucha". Weteran wojenny opowiada o misjach

Polska
"Byłem ciężko ranny. Mogłem włożyć rękę do brzucha". Weteran wojenny opowiada o misjach
Archiwum Tomasza Kloca
Tomasz Kloc podczas jednej z misji poza granicami Polski

- O śmierci myślałem w chwili wypadku. Niektóre rany wyglądały bardzo groźnie. Mogłem włożyć sobie rękę do brzucha. W nodze, na udzie miałem strzępy ubrania pomieszane z ciałem. Straciłem czucie - mówi w rozmowie z polsatnews.pl Tomasz Kloc, weteran wojenny, prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju.

Kloc brał udział w dwóch misjach: w Libanie (13 miesięcy) w latach 1999/2000 oraz w Iraku w 2003 roku (4,5 miesiąca).

 

- Na drugim wyjeździe zostałem ciężko ranny. Wybuchła mina-pułapka. Jechaliśmy wojskowym Starem. Siedziałem na fotelu pasażera. Kierowca miał lekkie urazy. Dzięki temu udało mu się tak wyprowadzić ciężarówkę, że obyło się bez wywrócenia. Byłem poważnie ranny, nieprzytomny. Miałem zranione udo, pachwinę, brzuch, łokieć, nadgarstek, uszkodzone oczy, twarz. Wojskowi lekarze naliczyli 70 proc. uszczerbku na zdrowiu - opowiada.

 

Po operacjach ratujących życie w szpitalu amerykańskim w Bagdadzie został ewakuowany do bazy w Niemczech. Potem, przez blisko dwa lata dochodził do siebie w Polsce.

 

- Miałem 7 operacji, na przykład wyciągania odłamków. Najważniejsza w powrocie do sprawności była systematyczna rehabilitacja - wylicza Kloc.

 

"Niepotrzebna, przypadkowa śmierć"

 

Miesiąc przed wypadkiem weterana zginął jego kolega, oficer z jednostki.

 

- Jechał samochodem z bazy A do bazy B. Jego patrol został ostrzelany przez rebeliantów. Zginął na miejscu. To była pierwsza polska śmiertelna ofiara w Iraku w listopadzie 2003 roku. Miesiąc później ja byłem pierwszym ciężko rannym żołnierzem - mówi.

 

- Niepotrzebna, przypadkowa śmierć. Ten, co strzelał, nie miał szansy rozpoznać dokładnie, do kogo mierzy. Po prostu przypadkowe rozstrzelanie przejeżdżających pojazdów. Chodziło im o to, by wystraszyć innych - dodaje.

 

Kloc przyznaje, że w głowie po powrocie wciąż dźwięczało mu "to nie tak miało być".

 

- Jako żołnierze zdajemy sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczeństwo na nas czeka. Wiemy, co to jest broń, materiał wybuchowy. Jednak zawsze człowiek ma nadzieję, że jemu się uda i wyjdzie z opresji cało - mówi w rozmowie z polsatnews.pl.

 

ZOBACZ: Śmierć polskiego żołnierza na Łotwie. Zmarł podczas biegania

 

"Ocierałem się o śmierć kilkukrotnie"

 

Wspominając najgorsze sytuacje z misji, przywołuje m.in. śmierć bojowników Hezbollahu. 

 

- Jako saper sprawdzałem miejsca, w których byli zabici wrogowie. Musiałem podejść do takiego ciała, sprawdzić, czy nie ma przy nim materiałów wybuchowych, przymocowanego granatu. Ich śmierć to też śmierć, tak samo oddziałuje na żołnierzy - wspomina weteran.

 

Czy po takich doświadczeniach można wrócić do normalnego życia? - pytam.

 

- Leżąc w warszawskim szpitalu na Szaserów, dowiadywałem się o kolejnych atakach na polskich żołnierzy. To wszystko przytłacza. Tu nie ma mocnych, silnych, jak się o tym myśli. Już wtedy wiedziałem, że ze względu na obrażenia będę musiał pożegnać się z mundurem. Mnie i tak się udało. Żyję, mam swoich bliskich - mówi.

 

Weteran podkreśla, że skutki wyjazdów na misje odczuwa do dziś. - Jestem pod prysznicem i widzę blizny. Nie mogę wykonać wszystkich rzeczy, które mógłbym. Ja sobie z tym poradziłem. W gorszej sytuacji są bliscy poległych - zaznacza.

 

Pomoc rodzinom poległych

 

21 grudnia był Dzień Pamięci o Poległych i Zmarłych w Misjach i Operacjach Wojskowych Poza Granicami Państwa. To nieprzypadkowa data. W 2011 r. na misji w Afganistanie poległo pięciu żołnierzy z 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej. Od 1953 r., gdy po raz pierwszy polscy żołnierze wzięli udział w zagranicznej operacji wojskowej, aż 121 z nich nie wróciło do domu. Tabliczki z ich nazwiskami wiszą na Ścianie Pamięci obok pomnika poległych na misjach przy Centrum Weterana w Warszawie.

 

Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa

 

Stowarzyszenie, którego prezesem jest Kloc, na co dzień pomaga bliskim takich osób.

 

- Kontaktuję się z rodzinami żołnierzy. Wiem, jakie są ich potrzeby. Jak dzieci są małe to trzeba im coś zapewnić, dodatkowe prezenty na święta chociażby. Koledzy starają się o tym pamiętać, zabierać dzieciaki gdzieś dodatkowo, a czasem pomóc w prostych, codziennych czynnościach - opowiada.

 

Kloc podkreśla, że nie można zapominać o rodzicach ofiar.

 

- Wielu z poległych to młodzi ludzie. Nie mieli nawet żony, czy dzieci. Ich rodzice czują pustkę ze zdwojoną siłą. Nasze stowarzyszenie od jakiegoś czasu oferuje im udział w warsztatach psychologiczno-terapeutycznych. To wyjazdy raz, dwa razy w roku. Dodatkowo, w tym roku dodaliśmy do tego dwutygodniowe turnusy rehabilitacyjne. To często osoby w podeszłym wieku potrzebujące rehabilitacji, których stan zdrowia dodatkowo potęguje poczucie straty - zaznacza weteran.

 

ZOBACZ: Fundacja Polsat przekazała dwa auta dziecięcym hospicjom

 

"Na co dzień wspieramy edukację i rozwój dzieci"

 

Rodzice, żony, dzieci poległych - strata ukochanej osoby odciska piętno na psychice każdego. Fundacja Dorastaj z Nami udziela wsparcia potrzebującym dzieciom. Nie ogranicza się jednak do opieki wyłącznie nad bliskimi poległych żołnierzy. Pod swoje skrzydła bierze również rodziny policjantów, strażaków, ratowników górskich, pracowników socjalnych i innych pracowników służb publicznych.

 

- Udzielamy pomocy psychologicznej, ale także pieniężnej w postaci dofinansowania zajęć szkolnych, korepetycji, zajęć rozwijających talenty - wylicza Anna Pykało, koordynator ds. Public & Media Relations.

 

Marta Rowicka koordynator ds. podopiecznych i doradców edukacyjnych podkreśla, że fundacja pomaga dzieciom w każdym wieku.

 

- Rodziny mają poczucie, że mogą zwrócić się do nas nawet z najmniejszym problemem. Na co dzień wspieramy edukację i rozwój dzieci. Żłobek, zajęcia dodatkowe, korepetycje, rozwój pasji, konsultacje z doradcą zawodowym czy pomoc w wejściu na rynek pracy. Są z nami dzieci i młodzież aż do 25. roku życia - mówi.

 

"Czy tata mnie kochał, skoro poszedł do pracy i już nie wrócił?"

 

Pytana o traumy, z jakimi mierzą się najmłodsi, odpowiada: w ich głowach pojawia się pytanie: czy mama lub tata mnie kochał, skoro poszedł do pracy, z której już nie wrócił?

 

- Chcemy pokazać młodej osobie, że ta śmierć była ważna, w służbie drugiemu człowiekowi. Próbujemy wytłumaczyć, że to dziecko było ważne dla ojca nie mniej, niż służba - wyjaśnia.

 

Rowicka podkreśla, że dzieci poległych żołnierzy, szukając "kontaktu" z tatą czy mamą, same zaciągają się do wojska.

 

- Z jednej strony to pewnego rodzaju terapia, a z drugiej niekoniecznie dobry pomysł, bo kontakt ze służbą nie służy w tym wypadku rozwojowi psychicznemu. Dzieciom towarzyszy też poczucie, "że się nie sprawdziłem", np. pod kątem opieki nad rodziną, bo "przecież byłem najstarszy, jak tata wyjeżdżał na misję" - dodaje.

 

Przyznaje, że trauma pozostaje nawet, jeśli dziecko nie pamięta rodzica.

 

- Będzie ujawniać się ona w różnych momentach. Czy to jakaś zmiana, pójście do szkoły, problem między rodzeństwem - wylicza nasza rozmówczyni.

 

"Najmłodsza z podopiecznych miała dwa tygodnie"

 

Przez ponad 9 lat działalności pod opieką Dorastaj z Nami znalazło się ponad 230 dzieci. - To dużo, biorąc pod uwagę, że nie mamy żadnego wsparcia finansowego od państwa. Nasze działania finansują małe i duże firmy oraz indywidualni darczyńcy. Tych ostatnich jest już 7,5 tysiąca i ciągle czekamy na nowych - zaznacza Dorota Gabryel koordynator ds. fundraisingu.

 

- Najmłodsza z podopiecznych miała 2 tygodnie. Tata zginął na tydzień przed jej urodzinami. Innym razem przyjęliśmy kobietę z piątką dzieci. Najmłodsze z nich miało 5 miesięcy - mówi Marta Rowicka.

 

Fundacja posiada również program dla matek.

 

- Pomoc dzieciom w oderwaniu od pomocy mamie nie jest skuteczna. Prowadzimy tzw. wakacyjną szkołę rodzica - tygodniowy wyjazd integracyjny dla rodziców i dzieci. Staramy się pokazać, że strata bliskiej osoby na służbie nie jest jednostkową sytuacją - opowiada.

 

Nostalgiczna wystawa

 

"Dla Ciebie zginął żołnierz, strażak, policjant, a dla mnie tata" - wystawę o takim tytule można oglądać w różnych miejscach w Polsce. Gościła m.in. w Sejmie, Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa w Warszawie, Centrum Historii zajezdnia we Wrocławiu.

 

- Przygotowaliśmy czarno-białe zdjęcia poległych rodziców z dziećmi na rękach, wśród nich są także polegli na misjach wojskowych żołnierze. Zdjęcia pochodzą z archiwów rodzinnych. Widoczność ziarna, niedoskonałość, nadają im tylko bardziej nostalgicznego charakteru - kończy Anna Pykało.

 

Aleksandra Cieślik/prz/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!