Zagłodzone zwierzęta, padlina na podwórzu. Koszmar w gospodarstwie w Czuktach miał trwać lata

Polska
Zagłodzone zwierzęta, padlina na podwórzu. Koszmar w gospodarstwie w Czuktach miał trwać lata
Fundacja Molosy Adopcje

Nawet te robiące wrażenie zdjęcia z gospodarstwa w Czuktach nie oddają prawdziwej gehenny, jakiej doznawały tam zwierzęta. Zagłodzone, zaniedbane, zżerane przez pasożyty - mówi prezes Fundacji Molosy Adopcje Elżbieta Kozłowska, dzięki której właścicielce farmy odebrano konie, kozy i owce. Izabela R. jest oskarżona o znęcanie się nad zwierzętami; w sądzie się nie stawia. 29 kwietnia kolejna sprawa.

"W dniu 8.04.2019 r, tak naprawdę po prawie 17 latach, zakończyła się gehenna zwierząt w Czuktach, gmina Kowale Oleckie, w Auschwitz dla zwierząt, które zgotowała braciom mniejszym Izabela R. (dla wszystkich śledzących jej wyczyny znana jako Indianka)" - napisała na stronie zbiórki na rzecz odebranych kobiecie zwierząt Fundacja Molosy Adopcje.

 

Jak relacjonowali wolontariusze, kobiecie odebrano pięć koni w stanie skrajnego zagłodzenia, sześć kóz, owcę oraz dwa źrebaki z poważnymi wadami rozwoju wynikającymi z zagłodzenia.


"Wszystkie zwierzęta mają poważne problemy oddechowe. Maluchy nie potrafią dobrze jeść, pasza treściwa jest dla nich nowością, nie wiedzą, co z nią zrobić, jak się zachować. Wszystkie konie załatwiają się czymś, co rozsiewa woń torfu/bagna. Najchudsza z klaczy ma tak ogromny zanik mięśni, że trudno jej nawet ustać, na skórze szaleje ogrom pasożytów, konie są niemal oblepione kleszczami, grzbiety mają pozapadane, na wszystkich można się uczyć anatomii" - napisali.

 

"Ćwiartowała padlinę, by ją spożyć"


Wolontariusze fundacji oświadczyli, że "kilka dni przed naszym przyjazdem padł roczny źrebak, padł w przedsionku domu, w cierpieniu i męczarniach (widzieliśmy zdjęcia z oględzin, źrebak był zasuszony niczym mumia, sama skóra i kości)".

 

"Po 3-4 dniach od upadku źrebaka padła wysokoźrebna klacz - oba przypadki przez zaniedbanie i zagłodzenie, z powodu lenistwa, próżniactwa i patologicznej postawy ich opiekuna. Może nie byłoby to aż tak drastyczne, gdyby nie fakt, że przed utylizacją (zorganizowaną przez gminę i policję, która zabrała truchło na sekcję celem poznania przyczyny upadku) Izabela R. ćwiartowała padlinę, by ją spożyć, do czego oficjalnie i bez żenady publicznie się przyznawała na własnym blogu twierdząc, że tyle pożywnego mięsa nie ma prawa się marnować, a ona głodować" - dodali.

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

Fundacja Molosy Adopcje

Rok wcześniej właścicielce odebrano chore i skrajnie zaniedbane owce i kozy. - Konie wtedy odpuściliśmy, bo je płoszyła, by uciekały. Ale ja wiedziałam, że tam wrócę - powiedziała polsatnews.pl Elżbieta Kozłowska.

 

"Szczególne okrucieństwo"


W tej sprawie prokuratura postawiła Izabeli R. zarzuty znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem i w grudniu 2018 r. skierowała do sądu akt oskarżenia.


- Biegły wypowiedział się na temat zgromadzonego materiału. Wskazał, że nie podlega żadnej wątpliwości, iż do znęcania doszło - wyjaśniła Kozłowska. - To była wylęgarnia, ktorej nikt nie kontrolował, nikt nie dbał o czystość genetyczną - dodała.


Izabela R. nie stawiła się na żadnej z dwóch wyznaczonych rozpraw. W poniedziałek, 29 kwietnia, w Sądzie Rejonowym w Olecku ma odbyć się kolejna, na której mają zostać przesłuchani świadkowie.

 

- Chcemy, żeby sąd w końcu wydał jej zakaz posiadania zwierząt i hodowli na czas postępowania. Bez tego ona dalej będzie kolekcjonować zwierzęta - podkreśliła Kozłowska. Izabeli R. grozi do 5 lat więzienia.

 

Jak wyliczyli wolontariusze, w ciągu kilku lat w gospodarstwie padło co najmniej 40 zwierząt, z czego znaczna większość prawdopodobnie z powodu zagłodzenia i wycieńczenia. 

 

Zakaz użytkowania budynków gospodarczych


Prezes Fundacji Molosy Adopcje dodała, że właścicielce gospodarstwa grozi kolejny proces, tym razem dotyczący koni.

 

- Mamy już obdukcję jednego z koni, czekamy na obdukcje drugiego. Wykonuje je dwóch niezależnych lekarzy - wyjaśniła Kozłowska.


Ze wzgledu na ryzyko zawalenia się budynków inspektorat budowlany wydał  zakaz użytkowania przez Izabelę R. budynków gospodarczych, w których były zwierzęta. 

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

Fundacja Molosy Adopcje

 

"Żadne zwierzę nie było w stanie agonalnym"


Kobieta usłyszała także zarzuty znieważenia funkcjonariuszy na służbie i niszczenia dokumentacji podczas przesłuchania. Na swoim koncie ma już także wyroki m.in. za pomówienia.


Izabela R. nie zgadza się z oskarżeniem i zarzutami. Jest aktywna w internecie, gdzie sama zarzuca wielu osobom m.in. kłamstwo i kradzież zwierząt.

 

"Nie było podstaw do wywiezienia koni, ani innych zwierząt z mojego gospodarstwa na mocy ustawy o ochronie zwierząt, gdyż żadne zwierzę nie było w stanie agonalnym, żadne nie było zagłodzone, ani chore. Żadnemu mojemu zwierzęciu nie groziła śmierć, a tylko w przypadku zagrożenia śmiercią na mocy ustawy o ochronie zwierząt może fundacja wywozić bez decyzji administracyjnej i bez wyroku sądowego" - oswiadczyła  w piśmie m.in. do wójta i rady gminy, które opublikowała na swoim blogu.

 

"Troskliwa opieka właścicielki"

 

Jak twierdzi, "na farmie była i jest pasza, woda, lizawki solne, zboże oraz troskliwa opieka właścicielki".

 

"Przypominam, że rok temu wywieziono z mojego gospodarstwa zdrowe stado owiec i kóz, które następnie w ciągu kilku miesięcy doprowadzono do zagłady. Oznacza to, że moje konie są w tej chwili tak samo zagrożone, jak były zagrożone owce i grozi im tak samo śmierć jak moim owcom, które umierały zagłodzone przez rabusiów poza moim gospodarstwem" - dodała Izabela R.

 

Jej zdaniem, "zwierzęta są wywożone po to, żeby mataczyć w dokumentacji weterynaryjnej, żeby fałszować ją. Gdyby podejście do sprawy moich zwierząt było uczciwe, to zostałyby zbadane przez weterynarza na miejscu i zaleciłby ewentualne leczenie na miejscu".

 

"Kobieta, która ukradła moje konie w tej chwili mataczy, ma wpływ na weterynarzy, ma pieniądze żeby korumpować weterynarzy, żeby pisali jej takie opinie o stanie zdrowia moich zwierząt jakie jej będą pasowały" - twierdzi Izabela R.

 

"Sasiądzi mieli prawo się bać"


Wśród osób, które oskarża "Indianka" - jak sama siebie nazywa, jest prezes Fundacji Molosy Adopcje. To jej R. zarzuca m.in. kradzież i uśmiercanie zwierząt oraz preparowanie dowodów.


- Izabela R. próbuje ludzi zaszczuć, zastraszyć, żeby nie interesowali sie tym, co ona robi. To jest nieobliczalny człowiek, więc ci, którzy mieszkają w sasiedztwie, mieli prawo się bać - odpowiedziała Kozłowska zapytana, jak to możliwe, że gehenna zwierząt trwała tyle lat i nikt nie zareagował. 


- Weterynarz powiedział, że się jej boi - wyjaśniła nam z kolei Justyna Kapica, wolontariuszka, która szukała ratunku dla zwierząt. Dwie fundacje, do których się zwróciła, odmówiły pomocy z obawy przed wytwarzanym przez Izabelę R. hejtem, który mógłby zniechęcić ewentualnych darczyńców. Wtedy Kapica zwróciła się do Fundacji Molosy Adopcje.


- W tej sprawie brakowało jednego ogniwa - fundacji, która by te wszystkie działania dopięło w jedno. To można było załatwić dawno temu, ale żadna z lokalnych fundacji nie chciała się tego podjąć z powodu oszczerstwa, jakie są wylewane - podkreśliła Kozłowska.


- Ludzie to zgłaszali, ale to jest nieudolność przepisów. Ustawa o ochronie zwierząt to bubel prawny najwyższej jakości, który nie pomaga zwierzętom - wyjaśniła prezes Fundacji Molosy Adopcje.


Mowa nienawiści i stalking


Dodała, że gdy fundacja włączyła się w sprawę "spięła" wszystkie dotychczasowe działania w sprawie zaniedbań w gospodarstwie. - I prokuratura, mimo opieszałości, bo prawo jest niedoskonałe, i policja, i gmina bardzo współpracują. Gminy się obawiają, bo skąd mają wziąć pieniądze na ogromne koszty związane m.in. z utrzymaniem zwierząt - powiedziała.


Podkreśliła, że "w fundacji nikt nie pobiera wynagrodzenia, my nie żyjemy z fundacji, co ta pani nam wielokrotnie zarzucała". - Dokładamy do niej i to niemało, dla nas kwestia szykan czy oczerniania była nieważna. Nie boję się krzykaczy. Jeśli ktoś się znęca nad zwierzętami, a tu tak jest, to nie mam litości - oświadczyła Kozłowska i zaznaczyła, że wszystkie interwencje zostały przeprowadzone zgodnie z procedurami.


Zapowiedziała też, że jej pełnomocnik złoży w imieniu jej samej i fundacji pozew z powództwa cywilnego, ale także sprawą karną "o szkalowanie, zniesławienie, nawoływanie do hejtu i stalking". - Na jej blogu jest mowa nienawiści, nawoływanie na tle stricte faszystowskim, antysemityzm, to jest niedopuszczalne. Jest to taki zakres patologii, którzy trzeba przykładnie ukarać - podkreśliła.


"Gmina ma przez nią piekło"


W internecie trwa zbiórka pieniędzy na leczenie i utrzymanie odebranych Izabeli R. zwierząt. W niespełna 18 godzin internauci wpłacili 10 tys. zł. Ustalona do zebrania kwota to 20 tys. zł.


- Ludzie się zrzucili na te konie. Ja gminę obciążę kosztami, ale tylko po to, żeby "Indianka" poniosła konsekwencje. Zrobię to po prawomocnej decyzji i poczekam, aż komornik to z niej ściągnie, zajmie jej gospodarstwo. Nie będę obciążała gminy i społeczności, która od wielu lat ma przez nią piekło - tłumaczyła Kozłowska.


Izabela R. kupowała zwierzęta i utrzymywała się m.in. dzięki wpłatom od różnych osób. Wcześniej dostawała też dotacje np. na łąkę, ale miała się z nich nie rozliczać.


Kozłowska zapytana, jakiego wyroku oczekuje w tej sprawie, odpowiedziała: dla Izabeli R. największą karą będzie brak internetu. - Ona w internecie spędza ponad 20 godzin dziennie. Kiedy więc ma mieć czas na karmienie zwierząt? - pytała prezes Fundacji Molosy Adopcje. 

 

Małgorzata Przepióra/dro/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze