Dzieci uduszone sznurkiem. Do zbrodni w Jeńkach wrócili śledczy z Archiwum X

Polska

9-letni Janusz i 11-letnia Natalia zostali uduszeni w biały dzień pod lasem w rodzinnej miejscowości. Przed śmiercią dziewczynka została wykorzystana seksualnie. Zabójca pozostaje bezkarny od 1989 r. Jego śladem ruszyło właśnie policyjne Archiwum X. 23 października - w rocznicę zbrodni - zatrzymano wuja ofiar i jego syna. Mężczyźni szybko odzyskali wolność, nie słysząc zarzutów.

Jeńki to niewielka wieś koło Białegostoku. Znają się tam praktycznie wszyscy. Życie zazwyczaj płynie tam spokojnie i wolno. Przez ponad 30 lat mieszkała tam rodzina państwa Faszczewskich.


- Stał dom. Mieliśmy sześcioro dzieci. Janusz miał 9 lat, a Monika 11 - opowiada Cecylia Faszczewska, matka zamordowanych dzieci.

 

Zwłoki leżały 800 m od domu


Jest 23 października 1989 roku. Monika i Janusz jak co dzień idą do szkoły. Wracają około czternastej. Potem idą pobawić się na pobliskie pola. Nigdy już nie wracają do domu.


Zwłoki Moniki i Janusza odnajdują się następnego dnia. Leżą w pobliskim lesie - 800 metrów od domu. Są przysypane leśnym igliwiem. Dziewczynka częściowo jest obnażona. Do jej szyi przywiązany jest sznur.


- Była przywiązana nim do drzewa. Miała tak jakby igiełką pokłutą szyję i buzię. Jeden tego by nie zrobił. Nie wiem na pewno, ale jakby jedno chwycił, to drugie by uciekło - opowiada Cecylia Faszczewska, matka dzieci.

 

Dziewczynka została zgwałcona


- Zwykły sznurek od bielizny, na który się pranie wiesza. Monika go sobie wzięła jako skakankę. Z sekcji zwłok wynika, że błona dziewicza została przerwana, na pewno próbowano gwałtu. Januszek chyba zginął jako świadek, bo się natknął na to, widział kto jej robi krzywdę - mówi siostra dzieci Katarzyna Stypułkowska.


Badania wykazały, że śmierć dzieci nastąpiła około godziny piętnastej. Nie było żadnych świadków, mimo że zabójca długo przebywał na miejscu zbrodni. Na mieszkańców Jeńk padł strach. Niektórzy przestali puszczać dzieci do szkoły. Rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania mordercy. Podejrzenia padły m.in. na ojca dzieci, który znalazł ciała.


- Mówili, że zabiłem dzieci i wskazałem później miejsce. Gdyby się nie okazało, że w tym czasie byłem w pracy, to kto wie, czy bym nie posiedział trochę - relacjonuje mężczyzna.


Kiedy doszło do zabójstwa, w okolicy widziana była podobno jakaś para: mężczyzna i kobieta.


- Tak słyszałam, że ludzie ich widzieli. Ja osobiście nie. Szli podobno przez wioskę - mówi Cecylia Faszczewska.


- Warszawiak przyjechał, czy Wrocławiak i zrobił to? To nie do pomyślenia jest i to zdanie całej wioski - dodaje Dariusz K., świadek w sprawie zabójstwa.


Jak wykazało śledztwo, w czasie kiedy doszło do zbrodni w okolicach lasu przebywał też wuj zamordowanych dzieci - Jerzy K. Razem z synem i bratem naprawiał w tym czasie zepsutą przyczepę. Żaden z mężczyzn nie dostrzegł ani nie usłyszał niczego podejrzanego.

 

- Nie widzieliśmy nic, tylko przejeżdżające pojazdy - tłumaczy Jerzy K.


- Na pewno dzieci krzyczały, wołały pomocy jak się broniły. Nie wierzę w to, że nie było krzyków. Nie wiem, dlaczego nic nie słyszeli - komentuje siostra dzieci Katarzyna Stypułkowska.

 

Niespodziewany zwrot po 29 latach


Przez 29 lat w sprawie zabójstwa Moniki i Janusza panowała kompletna cisza. Kilka dni temu nastąpił jednak niespodziewany zwrot. Na terenie wsi pojawiły się plakaty ze zdjęciami zamordowanych dzieci oraz informacja, że policjanci z tzw. Archiwum X na nowo podjęli się wytropienia mordercy.


23 października tego roku, w 29. rocznicę zbrodni w Jeńkach po raz kolejny pojawili się policjanci. Wczesnym rankiem zapukali do domu 65-letniego dziś Jerzego K. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.


- Pięć, czy sześć samochodów przyjechało. "Przerajbowanie" robią, wszystko wywalali, po chałupie chodzili, matce na dół nie dali zejść. Mnie pod pachę, do samochodu, tak jak wyszedłem z obory brudny, buty brudne, bo po oborniku, nie zdjąć. Wyobraża pan sobie to? – wspomina Dariusz K.


- Co ja, jakiś zabójca? O co wam chodzi pytałem. Przesłuchanie wyglądało tak, że muszę się przyznać, bo będę zgnojony w więzieniu. A ja mówię za co? Dajcie mi dowody jakieś. Nic nie mają, żadnego dowodu. Byłem badany wykrywaczem kłamstw. Pytano, czy zamordowałem tę dziewczynkę, a później, o tego chłopca Januszka. I bez zastrzeżeń było - dodaje Jerzy K.


- Pokuli im ręce, nogi łańcuchami, to w charakterze świadka tak się zabiera na przesłuchanie? To ludzkie pojęcie przechodzi - komentuje mieszkaniec Jeńk.

 

Nieznany powód zatrzymania


Od Jerzego K. pobrano DNA, które zostanie porównane z DNA znalezionym przy zwłokach. Do komendy doprowadzono też 42-letniego syna mężczyzny, Dariusza. Po przesłuchaniu obaj mężczyźni zostali jednak wypuszczeni do domu. Nie usłyszeli żadnych zarzutów. Policja i prokuratura odmówiły nam komentarza w tej sprawie. Nie wiadomo więc jaki był powód zatrzymania i jakimi dowodami dysponują dziś śledczy.


- Dobrze, że coś robią, ale nie w taki sposób. To co, przyjadą następnie męża mojego albo mnie wezmą w kajdanki, bo co? Bo gdzieś tam tak słyszeli, tak? - pyta jedna z mieszkanek Jeńk.


- Niech ja bym tego mordercę złapała, to bym go na kawałki rozerwała. Kroiła po kawałku nożem, sypała solą i szorowała - podsumowuje Cecylia Faszczewska, matka zamordowanych dzieci.

paw/ Interwencja

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze