Była urzędniczka MSZ: nie brałam udziału w zmowie przetargowej na obsługę polskiej prezydencji w Radzie UE

Polska
Była urzędniczka MSZ: nie brałam udziału w zmowie przetargowej na obsługę polskiej prezydencji w Radzie UE
Polsat News

Była urzędniczka MSZ Monika J., zaprzeczyła w piątek przed sądem, by brała udział w zmowie i przekazywała informacje kluczowe w przetargu na obsługę polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, w 2011 r.

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Śródmieście ruszył proces 15 osób, w tym byłych urzędników MSZ, które według śledczych naraziły Skarb Państwa na 14 mln zł strat, poprzez zmowę i ustawianie przetargu.

 

Przetarg zorganizowało MSZ, a wygrało go w 2011 r. konsorcjum trzech firm - Easylog i IT Expert oraz CAM Media (ta - z ustaleń śledczych - nie brała udziału w zmowie).

 

Zwycięzca za wykonanie zlecenia zaoferował dokładnie tyle, ile na ten cel przeznaczyło MSZ - 34 mln zł. Mózgiem procederu - jak wynika z aktu oskarżenia - był Janusz J. powiązany z firmą Easylog, a informacje - według śledczych miała przekazywać mu właśnie Monika J. (wówczas F., prywatnie związana z mężczyzną), która w MSZ odpowiadała za przetargi i była przewodniczącą komisji przetargowej.

 

"Tezy oparte wyłącznie na dywagacjach związanych z życiem osobistym"

 

Oskarżona nie przyznała się w piątek do winy i złożyła obszerne wyjaśnienia. Przyznała w nich, że Janusza J. znała od 2010 r. i spotykała się z nim, ale - jak zapewniała kilkukrotnie - nie przekazywała mu żadnych informacji związanych z przetargiem, specyfikacją, szczegółów zamówienia.

 

- Pan prokurator nie dysponuje w tym zakresie żadnymi dowodami, a swoje tezy opiera wyłącznie na dywagacjach związanych z moim życiem osobistym i relacji z innym oskarżonym czyli Januszem J. - mówiła. Zastrzegła równocześnie, że nie "nie ma żadnej wiedzy na temat założenia firmy Easylog, budowania konsorcjum, porozumień lub braku jakichkolwiek porozumień między firmami, zbierania referencji".

 

Monika J. bardzo szczegółowo wyjaśniała też swoje relacje z Januszem J. Przyznała, że znali się od 2010 r. ale początkowo spotkania były sporadyczne - m.in. z powodu sytuacji rodzinnej mężczyzny.

 

Dodała, że w okresie kiedy organizowany był przetarg na obsługę prezydencji - wiosną 2011 r. - dużo pracowała, "po kilkanaście godzin dziennie", miała też poważne problemy rodzinne i zdrowotne. Podkreślała, że z powodu problemów zdrowotnych była na zwolnieniu lekarskim - wtedy dokumenty miały być podpisywane przez inne osoby z jej pełnomocnictwa (wymieniał sekretarza komisji).

 

Zapewniała, że w tym okresie "nie miała czasu na spotkania z Januszem J.".

 

"Miał świadomość, że nie ma szans na preferencyjnie traktowanie"

 

Przyznała jednak, że do jednego z takich spotkań doszło m.in. w Zakopanem, ale jak mówiła nie ujawniała mu żadnych informacji związanych z zamówieniem i nie miała świadomości, że jej partner bierze w tym przetargu udział.

 

- Nigdy świadomie nie przekazywałam Januszowi J. żadnych informacji o szczegółach prowadzonych postępowań. Natomiast oczywiście rozmawiałam z nim o pewnych aspektach pracy, ale to były takie typowe rozmowy, kto mnie zdenerwował, co mnie irytuje. Cały czas identyfikowałam osobę Janusza jako członka zarządu firmy informatycznej, nie miałam pojęcia o jego działalności w innych branżach - podkreśliła.

 

Dodała, że Janusz J. "miał świadomość, że nie ma szans na jej preferencyjnie traktowanie". Wskazywała, że w 2010 r. jego firma brała udział w innym przetargu MSZ na 26 mln zł i nie została wybrana. - Wiedział, że nie zrobię nic, by w jakiś sposób postawić pod znakiem zapytania moją karierę, pracę - podkreśliła.

 

"Twierdził, że wcześniej bał się mojej reakcji"

 

Wyjaśniła też, że o tym, że Janusz J. jednak brał udział w przetargu dowiedziała się dopiero po jego zakończeniu.

 

- Powiedział mi to sam Janusz, twierdził, że wcześniej bał się mojej reakcji - powiedziała. Dodała, że zawsze będzie mieć o to do niego żal, bo ta sprawa "drastycznie wpłynęła na jej życie".

 

Przyznała, że wcześniej była sytuacja, kiedy usłyszała jak jej partner mówi w telefonicznej rozmowie służbowej "prezydencja". Miał jej jednak wyjaśniać, że chodzi o przetarg dla innego resortu.

 

Zapewniała też, że jako przewodnicząca komisji przetargowej, zgodnie z przepisami, nie miała możliwości ani nie wpływała na decyzje pozostałych członków komisji.

 

Oskarżeni o działania na szkodę MSZ

 

Kodeks karny stanowi, że kto - w celu osiągnięcia korzyści majątkowej - udaremnia lub utrudnia przetarg publiczny albo wchodzi w porozumienie z inną osobą, działając na szkodę właściciela mienia albo osoby lub instytucji, na rzecz której przetarg jest dokonywany, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tyle samo grozi za niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego.

 

Wśród oskarżonych w tej sprawie są też m.in. urzędnicy i przedsiębiorcy branży IT. Oskarżono ich o działania na szkodę MSZ w związku z rozstrzygnięciem przetargu o wartości ponad 34 mln zł na obsługę spotkań i konferencji w trakcie polskiej prezydencji w Radzie UE. Przedsiębiorców oskarżono o zmowę przetargową zorganizowaną przy udziale ówczesnego głównego specjalisty Biura Prawnego i Zamówień Publicznych MSZ.

 

Aktem oskarżenia objęto także kolejnych czterech członków komisji przetargowej - b. urzędników MSZ, którym zarzucono rażące niedopełnienie obowiązków podczas rozstrzygania przetargu.

 

Wątek dotyczący MSZ był jednym z wielu wątków prowadzonego w Mazowieckim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji PK śledztwa w sprawie tzw. infoafery. Objęło ono swoim zakresem łącznie 134 postępowania o zamówienie publiczne prowadzone w różnych instytucjach państwowych o wartości powyżej 1,657 mld złotych. Ma charakter międzynarodowy.

 

4,5 roku więzienia w zawieszeniu 

 

W 2016 r. karze 4,5 roku więzienia w zawieszeniu, 93 tys. zł grzywny oraz przepadkowi przyjętych korzyści poddał się Andrzej M. - główny oskarżony w "infoaferze". Ten b. szef Centrum Projektów i Usług Informatycznych MSWiA i KGP był uznawany za "mózg" całej afery.

 

Według oskarżenia od przedstawicieli firm informatycznych dostał on 1,6 mln zł i 110 tys. zł w postaci komputerów i sprzętu RTV oraz otrzymał obietnicę kolejnej łapówki 2,5 mln zł.

 

Był to pierwszy wyrok w głównym wątku jednej z największych spraw korupcyjnych: nieprawidłowości w przetargach z lat 2007-2010 na zakup sprzętu i usług teleinformatycznych przez CPI. W 2014 r. amerykański koncern Hewlett-Packard przyznał się do praktyk korupcyjnych m.in. w Polsce. Departament Sprawiedliwości USA wyraził wtedy uznanie CBA i prokuraturze za pomoc ws. koncernu.

 

W 2014 r. Sejm odrzucił wnioski SLD i Solidarnej Polski o powołanie komisji śledczej w sprawie "infoafery". Jej powołaniu sprzeciwiały się PO i PSL.

 

PAP

prz/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze