"Interwencja". Przygniótł go 700-kilogramowy kamień. "W zasadzie nie wiemy, jak doszło do wypadku"

Polska
"Interwencja". Przygniótł go 700-kilogramowy kamień. "W zasadzie nie wiemy, jak doszło do wypadku"
Interwencja
Przygniótł go 700-kilogramowy kamień. Rodzina nie zna prawdy o wypadku

Jarosław Włosek przez 24 lata był pilarzem w zakładzie kamieniarskim. W marcu 2020 roku zginął przygnieciony 700-kilogramowym kamieniem. Do dziś nie wiadomo, jak do tego doszło. Pracownicy i szef firmy milczą, a prokurator, mimo ponagleń przełożonych, nie wykonuje podstawowych czynności, by ustalić prawdę. Materiał "Interwencji".

Od dwóch lat 47-letnia Bernadetta Włosek z Lubania na Dolnym Śląsku stara się poznać prawdę na temat śmierci swojego męża.

 

- Tak jak zawsze pocałował mnie rano i wyszedł do pracy. Nie wierzę do dzisiaj, że zginął – mówi Bernadetta Włosek.

 

ZOBACZ: "Interwencja": Sołtys przyjęła mieszkańców w czasie zwolnienia chorobowego. Została zwolniona

 

Kobieta stara się poznać prawdę. Na temat przyczyn wypadku od dwóch lat milczy zarówno właściciel firmy, jak i pracownicy. Rodzinie pana Jarosława udało się ustalić, że jednym z powodów wypadku był niedziałający tzw. pilot bezpieczeństwa, który mógł uratować życie.

Pilot bezpieczeństwa nie był naładowany 

- Jeden z pilotów powinien być podłączony do ładowarki. Nie wzięli poprawki na to… Jeden pilot powinien być naładowany, bo powinien to zrobić pracownik przed tatą. Więc jak oba były rozładowane, to musiało coś nie grać w gniazdku – mówi "Interwencji" Błażej Włosek, syn pana Jarosława.

 

Były pracownik zakładu kamieniarskiego tłumaczy nam, że baterie trudno było naładować i wymagało to niecodziennych zabiegów. - Były na patyczek. Tłumaczono mi, że tam się patyczek podkłada – opowiada.

 

ZOBACZ: "Interwencja" o ataku z nożem na dziecko. Taksówkarz bohaterem

 

Dodaje, że nie działała również suwnica. - Jak przyjechałem, to łańcuchy były obok. Nie były zaczepione na tę bryłę. Miałem fizycznie to zrobić, ale nie działała suwnica.

"Ja wcześniej nigdy o tym nie słyszałem"

Syn pana Jarosława zwraca też uwagę na zapis w dokumentacji, który wskazuje, że jego ojciec znalazł się w strefie, w której być nie powinien. Twierdzi jednak, że strefy pojawiły się dopiero po zdarzeniu. - Ja wcześniej nigdy o tym nie słyszałem – podkreśla.

 

Właściciel zakładu kamieniarskiego nie zgodził się na wypowiedź przed kamerą. Wyjaśnienia przekazał drogą mailową.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Sądziła, że dzwonią z banku. Straciła wszystko

 

"Postępowanie powypadkowe (…) jako główną przyczynę wypadku (wskazało – red.) przemieszczenie się niezabezpieczonego elementu kamiennego, który powinien zostać odpowiednio zabezpieczony przez pracownika przed operacją cięcia. Nigdy by nam nie przyszło na myśl, że tak doświadczony pracownik może się w ten sposób zachować. (…) Obie baterie do pilotów były nienaładowane. Ładowarka była sprawna. Ładowanie baterii pilotów jest w obowiązku operatora urządzenia. Pan Jarek to zaniedbał" – brzmi fragment oświadczenia.

Tata nie powinien być w tym miejscu sam

- Nie zgadzam się z tym, że to była wina mojego męża, że znajdował się tam, gdzie nie powinien się znajdować. Tam nie było takiego miejsca, w którym on się nie mógł znajdować – mówi Bernadetta Włosek.

 

- Tata nie powinien być w tym miejscu sam. Powinno być co najmniej dwóch pracowników, bo są różne wypadki. Jeżeli jest jedna osoba, to ona jest skazana tam na śmierć – dodaje Błażej Włosek.

 

ZOBACZ: "Interwencja". Awaria windy w Kielcach. Seniorzy muszą wchodzić nawet na ósme piętro

 

Sprawę kilkukrotnie prowadziła Prokuratura Rejonowa w Zgorzelcu. Mimo sądowych nakazów i wskazań nadrzędnej prokuratury z Jeleniej Góry, zgorzelecki prokurator nie przeprowadził podstawowych czynności w sprawie. Za każdym razem umarzał śledztwo.

 

- W momencie, w którym wszczęto śledztwo, prokurator wskazał, jakie czynności zamierza przeprowadzić. I nie przeprowadzając tych dowodów, umorzył postępowanie. Sąd nakazał prokuraturze przeprowadzenie konkretnych czynności, ale prokuratura tego nie uczyniła, ponownie umorzyła postępowanie. I taka sytuacja powtórzyła się pięciokrotnie – opowiada Katarzyna Bachciak, pełnomocnik rodzin.  

"W zasadzie nie wiemy, w jaki sposób doszło do wypadku"

Jak wylicza, "nie powołano biegłego, do dziś nie ustalono, dlaczego ten pilot nie działał". – W zasadzie nie wiemy, w jaki sposób doszło do wypadku. W sprawie nie widnieją żadne instrukcje tych maszyn – podkreśla.

 

- Prokurator prokuratury okręgowej wskazywał na szereg okoliczności, które jeszcze prokuratura w Zgorzelcu powinna wyjaśnić. Prokuratura w Zgorzelcu realizowała tylko częściowo te zalecenia, nie wykonując pozostałych czynności – przyznaje Tomasz Czułowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

 

ZOBACZ: "Interwencja": przyjechały do Polski z oszczędnościami. Wszystko im skradziono

 

- Same urządzenia były sprawne, nie było sporządzonej instrukcji bezpiecznej obsługi zarówno tej suwnicy bramowej, jak i pilarki jednolinowej, przy której obsłudze doszło do tego zdarzenia. Nałożono mandat w wysokości tysiąca złotych – dodaje Agata Kostyk-Lewandowska, rzecznik Państwowej Inspekcji Pracy we Wrocławiu.

 

Pani Bernadetta chce wyjaśnienia przyczyn wypadku męża i ukarania winnych. Nie zamierza się poddać. Rodzinie w najbliższym czasie przysługuje również skierowanie do sądu subsydiarnego aktu oskarżenia przeciwko właścicielowi zakładu kamieniarskiego.

 

- Mój mąż dla mnie żyje w moim sercu. Obiecałam mu, że będę silna. Nigdy się nie poddam – zapowiada pani Bernadetta.

 

Materiał "Interwencji" do obejrzenia TUTAJ

dsk/Interwencja
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie