Dzieci z Michałowa. Manifestacje w polskich miastach

Polska
Dzieci z Michałowa. Manifestacje w polskich miastach
PAP/Łukasz Gągulski
Uczestnicy protestu pod hasłem „Stan Wyjątkowo Nieludzki” na ulicach Krakowa

20-osobowa grupa, która znalazła się w Michałowie została z początkiem października wydalona poza granice. Były w niej również dzieci. Obecne ich los nie jest znany. O to, co się z nimi dzieje pytają publicznie uczestnicy manifestacji, które we wtorek wieczorem odbywają się w polskich miastach. Dyskutowali na ten temat goście "Debaty Dnia".

Manifestanci zbierają się we wtorkowy wieczór w związku z obrazami docierającymi z granicy polsko-białoruskiej, gdzie od pewnego czasu - na wysokości różnych miejscowości - pojawiają się migranci z krajów Azji i Afryki. Część z przybyłych tam dzieci trafiła do specjalnych ośrodków, jednak po pewnym czasie musiały je opuścić.

 

Kilkadziesiąt osób wzięło udział w proteście "Stan wyjątkowo nieludzki", zorganizowanym we wtorek wieczorem przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku. Protest był milczący, wygłoszone zostały jedynie postulaty i odczytany wiersz.

 

Akcję zorganizował Region Podlaski Komitetu Obrony Demokracji, podobne były planowane też w innych miastach w Polsce.

"Nie bądźmy obojętni"

"Nie bądźmy obojętni, gdy w lesie, na bagnach umierają z zimna ludzie, dorośli i dzieci, tak blisko nas. Polska, jako państwo, którego granica jest jednocześnie granicą Unii Europejskiej, ma obowiązek ochrony swoich granic. Nikt nie domaga się ich otwarcia. Ale granic nie broni się, skazując ludzi na śmierć z wyziębienia. Na terenie naszego kraju zapanował stan wyjątkowo nieludzki" - głosił manifest opublikowany przez organizatorów protestu i odczytany w czasie tej akcji.

 

ZOBACZ: Wiceszef MSZ: koczujący w Usnarzu nie spełniają kryteriów statusu uchodźców wojennych

 

"Nie godzimy się na łamanie podstawowych praw człowieka. Wzywamy do ratowania dzieci z Michałowa. Domagamy się natychmiastowych działań w celu rozwiązania kryzysu humanitarnego" - podkreślili organizatorzy, żądając wpuszczenia na przygraniczny teren objęty od 2 września stanem wyjątkowym m.in. dziennikarzy, medyków oraz organizacji pozarządowych niosących pomoc imigrantom.

 

Przez dłuższy czas zorganizowanej w Białymstoku akcji jego uczestnicy stali w milczeniu. Część miała w rękach zapalone znicze, część hasła na kartkach: "Nie ma uchodźców, są ludzie", "Solidarni z uchodźcami", "Gdzie są dzieci?", "Żaden człowiek nie jest nielegalny" czy "Gdzie są granice człowieczeństwa". Było też kilka zdjęć dzieci imigrantów, przywiezionych do placówki SG w Michałowie (Podlaskie).

 

Po wywiezieniu całej grupy imigrantów, wraz z dziećmi, do linii granicznej, w kraju rozgorzała dyskusja na temat takich działań.

Manifestacje w polskich miastach

Protestujący, którzy pytają o los dzieci z Michałowa zebrali się także przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. 

 

 

Manifestujący gromadzą się także na placu Wolności w Poznaniu. 

 

 

Grupa osób zebrała się także w Krakowie. 

 

 

- Najłatwiej jest jako tarczy użyć dzieci, bo to wywołuje poruszenie moralne. Nie zmienia to faktu, że to nielegalni imigranci. Rodziny, w tym także te z dziećmi, nie złożyły wniosku o status uchodźcy przebywając na terenie RP. Wiemy, że te osoby byłyby tym zainteresowane, gdyby znakowały się na ternie Niemiec. Strona polska zrobiła wszystko, co należy, także pod względem opiekuńczym. Dzieci zostały nakarmione - powiedział w "Debacie Dnia" wiceszef MAP Artur Soboń.

 

- One są przedmiotem gry politycznej w najbardziej moralnie niegodziwy sposób. Białoruś wykorzystuje tych ludzi. Wszyscy są wabieni możliwością przekroczenia granicy w nielegalny sposób. Rolą Polski jest tej granicy strzec. Nawet, gdyby uznać, że mamy tutaj pewne zobowiązania wynikające z przyjętych konwencji, odpowiedź prawna jest taka, że osoby te nie starały się przebywać w Polsce - dodał. 

 

Agnieszka Gozdyra pytała Pawła Kowala, czy czuje się jak "pożyteczny idiota" odwołując się do słów Joachima Brudzińskiego. - Tak daleko nie zajedziemy, to powiedziałbym Joachimowi, gdybym go spotkał. Nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy chronieniem granicy, a porządnym ludzkim zachowaniem. W momencie, gdy dzieci są głodne, nasze zobowiązania są proste, niezależnie od tego, skąd przyjechały - powiedział.  

"Trzeba się zachowywać porządnie"

- Trzeba się zachowywać porządnie, co oznacza też, ze trzeba bronić granicy. To jest zobowiązanie Straży Granicznej, rządu, żeby bronić granicy, szczególnie, że jest to też granica europejska. Żeby później nam ktoś nie powiedział, że jej nie broniliśmy i trzeba ją zrobić na Odrze - mówił Paweł Kowal.

 

- Na Zachodzie jest wielu ludzi, którzy są krytyczni wobec Polski i czekają na pierwsza skuchę, ale skuchą jest też niepomaganie dzieciom - dodał.

 

Wideo: o losach dzieci z Michałowa dyskutowali goście programu "Debata Dnia"

 

 

Wiceszef MAP Artur Soboń wskazał, że nie można mówić, by dzieci nie pozostały bez żadnej opieki. - Ci, którzy są nielegalnymi imigrantami wrócili do państwa, z którego zostali przerzuceni do Polski. Zostały przekazane na terytorium Białorusi, która powinna wziąć za nich odpowiedzialność, niezależnie od tego, skąd przybyli - powiedział w programie "Debata Dnia".

 

- W takiej wojnie kluczowa jest informacja. Nie możemy tego zostawić w rękach Łukaszenki. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego polski rząd nie jest w stanie zapewnić dostępu dla polskich dziennikarzy, którzy powinni być uprzywilejowani, bo pochodzą z wolnych mediów, żebyśmy mieli informacje na temat tego, co dzieje się na granicy - pokreślił Kowal. 

"To są sytuacje niedopuszczalne"

- 20-osobowa grupa, która znalazła się w Michałowie została wydalona poza granice. W tej grupie były również dzieci. Takie działania są naruszeniem Konwencji o prawach dziecka i polskiej Konstytucji - mówiła w piątek w Radiu Zet zastępczyni RPO Hanna Machińska. SG informuje z kolei, że ci ludzie nie chcieli złożyć wniosków o ochronę międzynarodową w Polsce, ale w Niemczech, dlatego zostali zawróceni na linię granicy z Białorusią.

 

Jak informowała wcześniej "Gazeta Wyborcza", "funkcjonariusze straży granicznej odstawili we wtorek na granicę polsko-białoruską ponad 20 osób, w tym ośmioro dzieci. Grupa w poniedziałek 27 września tkwiła przed placówką SG w Michałowie". Według "GW" były to osoby z Iraku oraz tureccy Kurdowie. Miało tam dochodzić do "dramatycznych scen". Jak piszą dziennikarze, migranci "usiedli na ziemi, objęli się, złapali za ramiona, przytulili dzieci. Składali ręce jak do modlitwy. Skandowali: Poland!, nie mając zamiaru się stąd ruszać".

 

O tym zdarzeniu w piątek na antenie Radia Zet mówiła zastępczyni RPO Hanna Machińska. - 20-osobowa grupa, która znalazła się w Michałowie została wydalona poza granice. To są sytuacje niedopuszczalne. W tej grupie były również dzieci. Takie działania są naruszeniem Konwencji o prawach dziecka i polskiej Konstytucji. Rzecznik Praw Obywatelskich będzie stał na straży tych rodzin z dziećmi - oceniła Michalska.

"Oni nie znają procedur"

Zastępczyni RPO podkreśliła także, że "to nie jest prawda, że osoby, które przekraczają granicę nie chcą pozostać w Polsce". - W wielu przypadkach występuje problem komunikacyjny. Oni nie znają procedur, potrzebują pomocy ze strony prawników - przekonywała.

 

Poinformowała również, że w czwartek biuro RPO dostało informację, że w lesie w Michałowie jest rodzina, która potrzebuje pomocy i przedstawiciele biura wraz z ratownikami PCK odnaleźli tę rodzinę. - Wśród nich było 10-letnie dziecko w bardzo złym stanie. Musieliśmy im udzielić natychmiastowej pomocy. Naszym obowiązkiem jest powiadomienie służb - mówiła Hanna Machińska. Rodzina złożyła wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce. - Dostaliśmy pisemne potwierdzenie, że funkcjonariusze przyjęli wniosek o ochronę międzynarodową tej rodziny"- dodała.

Chcieli zweryfikować legalność i cel pobytu

Z kolei straż graniczna informowała, że w poniedziałek funkcjonariusze z placówki w Michałowie odnaleźli w pasie przygranicznym grupę obywateli Iraku, która nielegalnie przekroczyła granicę państwową. - W związku z tym, że w grupie tej znajdowały się dzieci, funkcjonariusze postanowili przewieźć te osoby do Placówki Straży Granicznej w Michałowie, aby zweryfikować legalność i cel ich pobytu na terytorium naszego kraju - przekazano. Jak dodano, obywatele Iraku, w tym dzieci, otrzymali od funkcjonariuszy napoje i jedzenie. Według SG nikt z tych osób nie potrzebował pomocy medycznej i nie zgłaszał, że takiej pomocy oczekuje.

 

Straż poinformowała cudzoziemców o możliwości złożenia wniosku o pomoc międzynarodową, lecz rodzice dzieci odmówili złożenia takiego wniosku w Polsce. "Osoby te były zainteresowane wyłącznie złożeniem wniosku o pomoc międzynarodową w Niemczech" - przekazano. Dlatego też funkcjonariusze zawrócili te osoby na linię granicy z Białorusią, czyli państwem, w którym przebywają legalnie.

Gorąca debata w Sejmie

Podczas sejmowej debaty w sprawie przedłużenia stanu wyjątkowego przy granicy polsko-białoruskiej na mównicy wystąpił poseł KO Artur Łącki. Zarzucał rządzącym brak informowania ws. dzieci imigrantów z Michałowa.

 

Grupa uchodźców, wśród których były małe dzieci, została przez Straż Graniczną odwieziona z powrotem na teren Białorusi. Obecne ich los nie jest znany.

 

- Dlaczego szczujecie psami te dzieci? Was nie ma co o to pytać, to wołanie na puszczy. Pytam więc prezydenta, gdzie jest to dziecko? Coś się z nim dzieje? - pytał poseł Łącki. 

 

Prezydenta w Sejmie nie było. Po zejściu z mównicy poseł położył więc wydrukowaną fotografię jednego z dzieci na biurku prezydenckiego ministra Pawła Solocha, szefa BBN. Ten natychmiast odrzucił zdjęcie. Fotografia spadła na podłogę. 

 

ZOBACZ: Włodawa. Troje imigrantów utknęło na bagnach. Trafili do szpitala

 

Poseł Koalicji ponownie położył zdjęcie na biurku, a minister znów je wyrzucił. Po tym wydarzeniu do Pawła Solocha podszedł poseł Lewicy, Adrian Zandberg. 

 

WIDEO: Zdjęcie dzieci imigrantów. Minister Soloch wyrzuca je na podłogę

- Pan minister usłyszał ode mnie, że jego zachowanie nie licuje z godnością urzędu, który tu reprezentuje, nie licuje z godnością polskiego parlamentu. W polskim parlamencie nie powinno być miejsca na takie zachowanie, na pogardę i na brak szacunku dla elementarnych praw człowieka - wyjaśniał potem w rozmowie z Polsat News Adrian Zandberg. 

 

Od 2 września w związku z presją migracyjną w przygranicznym pasie z Białorusią - w 183 miejscowościach woj. podlaskiego i lubelskiego - obowiązuje stan wyjątkowy. Został on wprowadzony na 30 dni na mocy rozporządzenia prezydenta Andrzeja Dudy, wydanego na wniosek Rady Ministrów. W czwartek wieczorem Sejm zgodził się na przedłużenie stanu wyjątkowego o 60 dni.

msl/polsatnews.pl/PAP/Polsat News
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie