Wrocław. Śmierć w izbie wytrzeźwień. "Interwencja w Lubinie to pestka"

Polska
Wrocław. Śmierć w izbie wytrzeźwień. "Interwencja w Lubinie to pestka"
Zdjęcie ilustracyjne/ Pixabay/AndrzejRembowski
Policja. Zdjęcie ilustracyjne

"Widziałeś film z interwencji w Lubinie? To pestka" - napisał anonimowy funkcjonariusz. 25-letni Ukrainiec Dmytro Nikiforenko podczas interwencji policji w izbie wytrzeźwień miał być "spryskany gazem, okładany pięściami i pałką oraz duszony przez policjantów i pracownika izby". Policja wydała oświadczenie. Zawieszono czterech funkcjonariuszy.

Do jednego z dziennikarzy "Wyborczej" odezwał się anonimowy policjant. "Widziałeś film z interwencji w Lubinie? To pestka, dotrzyj do tego, co działo się 30 lipca w izbie wytrzeźwień. To druga sprawa Igora Stachowiaka. Znów nie żyje chłopak. Muszą polecieć głowy. Jeśli wy nie opiszecie tej sprawy, zostanie zamieciona pod dywan" - napisał.

 

ZOBACZ: Napisał list do policjanta. "Po wytrzeźwieniu bardzo żałuję swoich czynów"

 

25-letni Dmytro Nikiforenko zmarł po przewiezieniu do Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym (WrOPON). 18 sierpnia, kiedy udało się to potwierdzić, pracownik ośrodka przekazał dziennikarzom: "gdy policjanci zdjęli mu kajdanki, wpadł w furię. Jeden z opiekunów dostał cios pięścią, drugiego mocno ugryzł w palec. Policjanci normalnie po ścianach latali. Przyjechał drugi patrol. W końcu udało się go zapiąć w pasy. Po chwili zaczął sinieć, tracić oddech" - zrelacjonował pracownik.


W rzeczywistości sytuacja miała wyglądać zupełnie inaczej. Według opinii biegłych, najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci było "gwałtowne uduszenie".

Jak do tego doszło?

30 lipca Dmytro mając 1,5 promila alkoholu, wraca autobusem linii "N" we Wrocławiu. Według kierowcy autobusu miał się dziwnie zachowywać: miał mówić do siebie i uderzać głową o szybę. Do 25-latka przyjechało pogotowie, ale po przebadaniu sanitariusze uznali, że jest pijany. Wezwali policję i odjechali.

 

Kiedy mundurowi byli już na przystanku, na którym był też Ukrainiec, stwierdzili, że zachowywał się agresywnie, dlatego zostały zastosowane wobec niego "środki przymusu bezpośredniego", czyli gaz, kajdanki i chwyty. Dziennikarze "Wyborczej" ustalili, że: "Nie da się tego stwierdzić również na podstawie zapisu z kamer, które policjanci noszą na mundurach. Bo te - choć przez cały dzień działają normalnie - zaraz po zatrzymaniu Dmytry zostają wyłączone".

 

ZOBACZ: Lubin. Wyniki sekcji zwłok Bartosza S. "Potwierdziły się nasze przypuszczenia"

 

W interwencji wzięło udział trzech funkcjonariuszy Komendy Miejskiej: Franciszek K., Rafał P. i Mariusz Sz. Zajeżdżając pod WrOPON o 22:19, mundurowi mieli wyciągnąć Dmytra dopiero o 22:27. Na nagraniach monitoringu widać, że: "ma skute ręce z tyłu, wygięte przez funkcjonariuszy nad głowę, do tego jeden z nich dociska jego głowę do dołu, a twarz miał czerwoną z charakterystyczną oleistą plamą po spryskaniu gazem".

Siedzieli na nim w czwórkę

Będąc już w izbie wytrzeźwień jeden z policjantów, wraz z pracownikiem ośrodka Konradem K. pilnują Dmytra. Kiedy ten próbuje wstać, to "szarpią go, a pracownik dociska jego głowę do ściany" - pisze Wyborcza.

 

ZOBACZ: Nieoficjalnie: śmierć mózgu u jednego z afgańskich dzieci, które w Polsce zatruły się grzybami


"W pewnym momencie siedzi na nim już dziewięć osób: policjantów i pracowników WrOPON. Najbardziej agresywni - policjant Konrad S. i zatrudniony w ośrodku na etacie ratownika Konrad K. - co pewien czas uderzają Ukraińca pięścią" - ustaliła gazeta.

 

O 22:52, kiedy Dmytro leżał spokojnie, policjanci cały czas na nim siedzieli. Z relacji "Wyborczej" wynika, że minutę wcześniej, jeden z mundurowych zorientował się, że w sali jest kamera, więc ustawił się do niej plecami i zasłonił częściowo to, co się w niej dzieje.

Zmiana sytuacji

Chwilę później sytuacja zmieniła się. Lekarka Joanna K. wybiega z sali i wraca z pulsometrem. Funkcjonariusze wypinają Dmytra z pasów, otwierają okno, badają puls, i obserwują reakcję źrenic.


Wyborcza pisze, że policjanci nie przejmują się tą sytuacją. "Śmieją się, a Konrad S. droczy się z jedną z opiekunek WrOPON, trzymając wysoko poniesiony klucz, po który kobieta musi podskakiwać".


W tym czasie pracownicy izby kładą Dmytra na podłodze. Konrad K., który wcześniej okładał go pięściami, zaczyna masaż serca. Po godz. 23 wchodzi pogotowie z defibrylatorem. Reanimacja trwa 50 min. Wszyscy opuszczają salę po północy.

Oświadczenie policji

"Wyborcza" informuje, iż prokurator zostaje powiadomiony dopiero po godzinie, a na miejsce dociera przed godz. 2.


Wrocławska policja opublikowała w czwartek oświadczenie w sprawie tej interwencji. "Wrocławscy policjanci wykonywali czynności służbowe wobec pijanego i agresywnego mężczyzny, który niestety z nieustalonych na chwilę obecną przyczyn, zmarł podczas pobytu we WROPON" - napisał aspirant sztabowy Łukasz Dutkowiak, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu.


Dodał, że "w związku z tą sytuacją, śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Świdnicy i od momentu zaistnienia zdarzenia, równolegle prowadzone są policyjne wewnętrzne czynności kontrolne". Jak podano, powodem było podejrzenie zastosowania przez nich środków przymusu bezpośredniego nieadekwatnie do sytuacji, a także naruszenie przepisów wewnętrznych obowiązujących na terenie działania Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu.

Zawieszono czterech funkcjonariuszy

Na podstawie zgromadzonych materiałów "Komendant Miejski Policji we Wrocławiu w dniu 1 września 2021 roku, postanowił zawiesić w czynnościach służbowych czterech z interweniujących na miejscu funkcjonariuszy, a wobec dwóch z nich wszcząć procedurę w kierunku wydalenia ze służby. Powodem było podejrzenie zastosowania przez nich środków przymusu bezpośredniego nieadekwatnie do sytuacji, a także naruszenie przepisów wewnętrznych obowiązujących na terenie działania Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu" - czytamy.


Co z pracownikami WROPON? Dziennikarze "Wyborczej" porozmawiali ze Stanisławem Grzegorskim, dyrektorem Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym, który na zwrócenie uwagi o niewłaściwym zachowaniu Konrada K. odpowiada: "Konrada ochrzaniłem, nie widzę jednak podstaw do jego zawieszenia w pracy". A na pytanie, które fragmenty nagrania świadczą o wybuchu agresji. - Nie będę tego oceniał - powiedział dyrektor Grzegorski.

aml/msl/wyborcza/polsatnews.pl/PAP
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie