Powstał plan na wypadek śmierci Borisa Johnsona

Świat
Powstał plan na wypadek śmierci Borisa Johnsona
PAP/EPA/WILL OLIVER
Brytyjski premier przyznał, że lekarze mieli różne ustalenia na wypadek, gdyby "coś poszło nie tak".

Rząd brytyjski opracował plan awaryjny na wypadek śmierci premiera Borisa Johnsona, gdy jego stan pogorszył się podczas walki z koronawirusem - pisze Reuters. Johnson wrócił w poniedziałek do pracy po przerwie spowodowanej poważnym zakażeniem Covid-19.

Po tym jak u brytyjskiego premiera potwierdzono zakażenie koronawirusem, Johnson odbył 10-dniową izolację. Później jego stan się pogorszył i został zabrany do londyńskiego szpitala St Thomas, gdzie podawano mu tlen. Szef rządu spędził trzy noce na intensywnej terapii. W poniedziałek wrócił do pracy.

 

W wywiadzie dla "The Sun on Sunday" premier powiedział też, że lekarze podawali mu "litry i litry tlenu", aby utrzymać go przy życiu, w pewnym momencie prawdopodobieństwo podłączenia go do respiratora było 50 do 50.

 

ZOBACZ: Johnson po raz pierwszy po wyjściu ze szpitala rozmawiał z królową

 

- Był etap, kiedy dawali mi naprawdę sporo tlenu. Założyli mi maskę na twarz i dopływ (tlenu) stał się naprawdę spory. Przez długi czas dostawałem litry i litry tlenu. Ale w poniedziałek wszystko zaczęło się pogarszać. Zdałem sobie sprawę, że robi się poważnie, kiedy przenieśli mnie na intensywną terapię - opowiadał brytyjski premier.

 

Powiedział też, że wówczas lekarze zaczęli się zastanawiać, co zrobić, jeśli trzeba będzie ogłosić jego śmierć. - Nie przeczę, że to był trudny czas. Mieli strategię radzenia sobie na wypadek scenariusza "śmierć Stalina". Nie byłem w szczególnie świetnej formie i wiedziałem, że istnieją plany awaryjne. - przyznał Johnson w rozmowie z "The Sun".

 

 

"Gdyby coś poszło nie tak"

 

Brytyjski premier dodał, że lekarze rozpatrywali różne rozwiązania na wypadek, gdyby jego stan się pogorszył. - Podawali mi ogromne ilości tlenu, a mój stan się nie poprawiał i nikt nie wiedział, dlaczego - mówił dziennikowi. 

 

- Trudno było uwierzyć, że w ciągu zaledwie kilku dni mój stan zdrowia pogorszył się do tego stopnia. Pamiętam, że czułem się sfrustrowany. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego mi się nie poprawia" - mówił Johnson. - Zadawałem sobie pytania: jak z tego wyjdę? - przyznał.

 

Mówił, że w tej sytuacji po raz pierwszy poważnie zdał sobie sprawę z własnej śmiertelności. Powiedział też, że choć wielokrotnie był w szpitalach, głównie z powodu kontuzji doznanych w czasie gry w rugby, cierpienie będące efektem Covid-19 przekracza to wszystko.

 

"Tyle osób straciło bliskich"

 

- Złamałem nos, złamałem palec, złamałem nadgarstek, złamałem żebro. Złamałem prawie wszystko. Złamałem różne rzeczy, w niektórych przypadkach po kilka razy. Ale nigdy nie miałem nic tak poważnego jak to - przyznał.

 

Powiedział, że w efekcie tygodnia spędzonego w szpitalu ma jeszcze większą determinację, by powstrzymać cierpienia innych i "przywrócić zdrowie" Wielkiej Brytanii.

 

ZOBACZ: Boris Johnson wyszedł ze szpitala

 

- Tyle osób straciło bliskich, a więc jeśli pytasz mnie, czy kieruje mną chęć powstrzymania innych ludzi przed cierpieniem, to tak, absolutnie tak. Ale kieruje mną również ogromne pragnienie, by postawić na nogi cały nasz kraj, aby znów zdrowy mógł iść naprzód w sposób, w jaki może i jestem pewny, że tak się stanie - zapewnił brytyjski premier.

 

Narzeczona także miała koronawirusa

 

Po raz kolejny też podziękował lekarzom i pielęgniarkom, którzy się nim opiekowali w czasie pobytu w szpitalu. Podziękowaniem dla dwóch lekarzy - Nicholasa Price'a i Nicholasa Harta - jest jedno z imion dla nowo narodzonego syna Johnsona. Jak ogłosiła w sobotę w mediach społecznościowych narzeczona brytyjskiego premiera Carrie Symonds, dziecko zostało nazwane Wilfred Lawrie Nicholas Johnson.

 

Symonds również była zakażona koronawirusem, ale w jej przypadku przebieg infekcji był łagodny i wystarczyła tygodniowa izolacja w domu.

 

- Jesteśmy zaszczyceni, że zostaliśmy w ten sposób wyróżnieni, i dziękujemy niesamowitemu zespołowi profesjonalistów, z którymi współpracujemy w Guy's and St Thomas' Hospital i którzy zapewniają każdemu pacjentowi najlepszą opiekę. Życzymy nowej rodzinie wszelkiego zdrowia i szczęścia - napisali we wspólnym oświadczeniu Price i Hart.

msl/luq/ Reuters, "The Sun", PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!