Rynek muzyczny, jaki znaliśmy właśnie się skończył. Pandemia to tylko następny etap dramatu

Kultura
Rynek muzyczny, jaki znaliśmy właśnie się skończył. Pandemia to tylko następny etap dramatu
pixabay/ zdjęcie ilustracyjne
Z powodu koronawirusa sam tylko brytyjski rynek muzyczny stracił około 14 milionów funtów

Na duże koncerty muzyczne pójdziemy zapewne dopiero w 2021 roku. A możliwe, że i ta data jest zbyt optymistyczna. Dziś wielu artystów przekłada trasy koncertowe na kolejne miesiące. W dodatku pandemia jest tylko następnym etapem dramatu, który trwa od ponad dwóch dekad.

Swój tour na przyszły rok przełożyła w ostatnich dniach legenda rocka Pearl Jam. W Polsce raczej nie zobaczymy ponownie Iron Maiden czy reaktywowanego Rage Against The Machine, które to miały zagrać kolejno w Warszawie i Krakowie. Odwołano wielki festiwal Glastonbury, na którym miało pojawić się ponad 130 tysięcy osób. Taki sam los spotkał kultowe Roskilde. Możemy założyć, że anulowany zostanie Pol’and’rock Festiwal (dawny Przystanek Woodstock). Z powodu koronawirusa sam tylko brytyjski rynek muzyczny stracił około 14 milionów funtów.

 

Rewolucja cyfrowa

 

Muzycy pod górkę zaczęli mieć już na początku XXI w. Wcześniej zarabiali na wydawaniu albumów i singli (sprzedaż tych ostatnich była w latach 80. niemal tak ważna jak "dużych" płyt). Na trasy jeździli, by promować swoje nagrania. Sprzedaż gadżetów z logotypami zespołów była przyjemnym dodatkiem.

 

Wszystko zmienił internet. A konkretnie platforma Napster. Było to pierwsze "miejsce" w sieci, które pozwalało ściągać na komputery internautów pliki mp3. Nagle okazało się, że przepastne dyskografie legend rocka mieszczą się na jednym CD. I do tego można je mieć za darmo.

 

ZOBACZ: Teatry zamknięte z powodu epidemii. Co tracimy?

 

Na wojnę z osobami udostępniającymi "empetrójki" pierwsza poszła Metallica. Legendarni metalowcy podali Napstera do sądu. Wygrali, ale wywołało to wściekłość ich fanów i - co musiało zszokować artystów - wcale nie powstrzymało rozwoju digitalizacji muzyki.

 

Z czasem światło dzienne ujrzały aplikacje mobilne pokroju Spotify pozwalające nam słuchać ulubionych utworów za darmo lub za niewielką opłatą. Wszystko to uderzyło po kieszeni muzyków i rujnowało budżety wytwórni płytowych. Zastanawiacie się dlaczego, wasi idole wydają płyty raz na pięć lat, a nie co dwa, jak było w latach 80.? Nie, to nie kwestia wypalenia zawodowego - to finanse!

 

Obwoźni sprzedawcy

 

Brak pieniędzy ze sprzedaży płyt i singli zespoły starały się rekompensować sobie organizując koncerty, biorąc udział w kampaniach reklamowych i wreszcie sprzedając gadżety - koszulki,buty, chusty, bieliznę, a nawet… wibratory (tego typu cacko o znamiennej nazwie orgasmatron w swojej ofercie miała grupa Motörhead). Popularne stało się nawet otwieranie swoich browarów. Własne piwo ma brytyjska grupa Iron Maiden, Metallica promuje whiskey, a za handel wódką wzięła się też swego czasu Budka Suflera.

 

Doszło do tego, że muzycy zaczęli żartować, że są jedynie obwoźnymi sprzedawcami czarnych t-shirtów z nadrukami, którymi handlują w czasie tras.

 

Po ataku koronawirusa

 

I w takich właśnie warunkach artystów zastała epidemia koronawirusa. Czy odpowiedzią na pandemię są rosnące w siłę serwisy streamingowe? Okazuje się, że także one zaliczyły spore spadki (we Włoszech sięgające 23 procent). Słuchacze przerzucili się ponoć na Youtube.

 

Liczba kupowanych albumów. Według magazynu "Billboard" w okresie lockoutu w Stanach Zjednoczonych łącznie sprzedano nieco ponad 1,5 miliona płyt. To najgorszy wynik od lat 60. XX wieku, czyli od czasu, gdy rynek właściwie dopiero się rodził.

 

ZOBACZ: Hojni celebryci. Metallica, reżyser "Parasite" i Ryan Reynolds w starciu z koronawirusem

 

Co gorsza, prawe sierpowe otrzymują nie tylko zespoły. Cierpią też ich podwykonawcy: nagłośnieniowy, oświetleniowcy, agencje eventowe, klubu muzyczne, drukarnie odpowiedzialne za produkcję plakatów i biletów. Wartość tych strat jest dziś trudna do oszacowania.

 

Koncerty zapewne wrócą za rok albo dwa. Tyle że ten okres przetrwają tylko najsilniejsze marki. Na dwuletnie urlopy mogą pozwolić sobie giganci, a nie grupy z drugiej ligi grające "sztuki" w małych klubach. Z pewnością część tych ostatnich zakończy działalność.

 

Możliwe, że nowa epoka zmieni nawyki słuchaczy i ci coraz częścią będą delektować się ulubionymi dźwiękami za pośrednictwem sieci. Rynek muzyczny, jaki znaliśmy chyba właśnie się skończył.

 

Tekst powstał przy współpracy z portalem comparic.pl.

Jacek Walewski/ac/luq/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze