Andrzej Zaorski nie żyje. Współtwórca "Polskiego zoo" miał 79 lat

Polska
PIOTR FOTEK/REPORTER/EastNews
Andrzej Zaorski miał 79 lat

W niedzielę rano w Warszawie zmarł Andrzej Zaorski, aktor i satyryk, współtwórca słuchowisk radiowych i wielu programów i telewizyjnych, między innymi legendarnego „Polskiego zoo”. Miał 79 lat. Informację potwierdził jego brat Janusz.

Urodził się w 17 grudnia 1942 r. w Piaskach w województwie lubelskim. W oficjalnych dokumentach figurowała jednak data 7 stycznia 1943 r. Zaorski uznawał ją za błąd urzędnika. Był synem Tadeusza Zaorskiego, wiceministra kultury w latach 1957-1968. Jego młodszym o cztery lata bratem jest Janusz Zaorski. Janusz Zaorski powiedział, że po swoim bracie "przejmował lektury, gust i smak". - To on mnie ukształtował - dodał.

 

W 1964 r. Andrzej Zaorski ukończył studia na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Jego kolegami z roku byli najwybitniejsi aktorzy filmowi i teatralni – Barbara Sołtysik, Barbara Wołłejko, Jan Englert, Damian Damięcki, Marian Opania.

Janusz Zaorski: zostałem reżyserem, żeby nie robić mu konkurencji

Janusz Zaorski dodał, że wielkie znaczenie dla jego przyszłych losów zawodowych miało obserwowanie starszego brata podczas studiów i pierwszych występów na scenach teatralnych. - Była to wielka lekcja współpracy z aktorami, którą otrzymałem dzięki bratu. To bardzo pomogło mi w zawodzie. Nie chcąc robić mu konkurencji zostałem reżyserem – żartował Janusz Zaorski.

 

ZOBACZ: "Duża część wyborców myślała, że jestem z Krakowa albo mam 170 cm". Trzaskowski o roli TVP

 

Od lat siedemdziesiątych Andrzej Zaorski występował w licznych filmach i programach telewizyjnych realizowanych przez swojego brata. "Prosiłem go o pomoc w każdym filmie od mojego debiutu, również tych najważniejszych, takich jak Matka Królów. Miałem poczucie, że mogę się na nim oprzeć. Dzięki niemu pracowało się lepiej, tak jak w rodzinie, w której wszyscy się wspierają i pomagają sobie" - wspomniał Janusz Zaorski. Dodał, że często angażował swojego brata w ostatniej chwili, gdy np. w filmie z różnych przyczyn nie mogli wystąpić inni aktorzy.

60 minut na godzinę

Jego zdaniem Andrzej Zaorski odegrał szczególną rolę w polskiej kulturze za sprawą licznych tworzonych przez siebie programów satyrycznych. Zdaniem Janusza Zaorskiego programy te były bardzo istotne w trudnym okresie PRL. - Swoim żartem i kalamburem mógł podnieść nas na duchu w niewesołych czasach – powiedział.

 

Do historii Polskiego Radia przeszła audycja "60 minut na godzinę". Z Marianem Kociniakiem omawiali fabuły filmów. "»- Fajny film wczoraj widziałem – Momenty były? – No masz…« - do tej pory ludzie mówią Zaorskim i Kociniakiem, mimo że upłynęło tyle lat" – zauważył Janusz Zaorski. Przypomniał także o fenomenie "Polskiego zoo".

 

- Oglądając je wszyscy się bawili. Z dzisiejszej perspektywy były to przekomarzania i dowcipy, a nie współczesny hejt – dodał. Jego zdaniem tajemnica popularności tego programu tkwiła również w zaangażowaniu wielu znakomitych artystów, którzy "tworzyli sztukę a nie publicystykę".

 

31 stycznia 1965 r. debiutował w warszawskim teatrze Współczesnym. Występował w Ateneum, Narodowym, Powszechnym, Na Targówku i teatrze Kwadrat, w kabaretach "U Lopka", "Pod Egidą", "Tu 60-tka" i "Kaczuch Show".

"60 minut na godzinę" i "Polskie Zoo"

W latach siedemdziesiątych uczestniczył w produkcjach cyklicznych programów telewizyjnych (m.in. Gallux Show, Studio Gama) oraz radiowych (60 minut na godzinę). W 1991 r. otrzymał nagrodę Wiktora (dla osobowości telewizyjnej).

 

ZOBACZ: Nowy dyrektor Trójki przeprosił Niedźwieckiego. "Myślę, że to wystarczy"

 

Występował w powieści radiowej „W Jezioranach”. W latach 1970-71 wraz z bratem Januszem, opracowywał radiowy Kabarecik Reklamowy. Współtworzył także scenariusz do jego debiutanckiego filmu „Na dobranoc” z 1970 r. 

 

W latach 1991–1993 wraz z Marcinem Wolskim i Jerzyk Kryszakiem współtworzył cotygodniowy telewizyjny cykl satyryczny „Polskie zoo”, jeden z najsłynniejszych programów w dziejach polskiej telewizji. Wcielał się tam w rolę Lwa, który był personifikacją prezydenta Lecha Wałęsy. Użyczał też głosu innym kukiełkom.

 

Janusz Zaorski powiedział, że program był fenomenem początków polskiej transformacji, oglądanym niemal przez wszystkich, „nawet dzieci nierozumiejące polityki”. - Były to tylko żarty, które wszystkich bawiły, odległe od obecnego hejtu. Świat polityki bardzo się zmienił – stwierdził.

 

Andrzej Zaorski był także w latach 90. autorem szopek politycznych emitowanych w Nowy Rok. Do 2004 r. współtworzył radiowy magazyn satyryczny „Zsyp - Zjednoczenie Satyryków Y Politykierów” oraz przez kilka odcinków talk-show telewizyjny "Joker" na antenie TV4. Był także stałym felietonistą tygodnika "Wprost". Jego ostatnią rolą telewizyjną był występ w serialu TVP "Sprawa na dziś".

"Ręka, noga, mózg na ścianie"

W 2004 r. przebył udar mózgu, co spowodowało paraliż i znaczne ograniczenie zdolności wysławiania się napisał. Swoje przeżycia opisał w opublikowanej w 2006 r. powieści "Ręka, noga, mózg na ścianie".

 

W 2012 r. "za wybitne zasługi w pracy artystycznej i twórczej, za działalność na rzecz przemian demokratycznych w Polsce" został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Englert: Zaorski był niezwykle błyskotliwym człowiekiem

- Andrzej był jednym z moich szkolnych przyjaciół, od którego wiele się nauczyłem i którego dowcipy opowiadałem jako własne przez całe życie. Byliśmy na jednym roku studiów i znaliśmy się bardzo dobrze" - wspomina Zaorskiego aktor Jan Englert.

 

Jak zaznaczył, Andrzej Zaorski "jak każdy inteligentny i oczytany człowiek był duszą towarzystwa, wspaniałym przyjacielem, powszechnie lubianym".

 

Według Englerta, gdyby nie choroba, która zahamowała jego karierę, o Andrzeju Zaorskim "wiedzielibyśmy więcej i podziwiali go jeszcze bardziej".

Marcin Wolski: bez Andrzeja Zaorskiego nie byłoby mnie

- Sieknęło mnie to strasznie. Andrzej był dla mnie kimś więcej, niż przyjacielem, więcej niż członkiem rodziny – powiedział Marcin Wolski, wieloletni przyjaciel i współpracownik Andrzeja Zaorskiego, polski pisarz, dziennikarz i satyryk. O tym, jak blisko byli związani może świadczyć powtarzany przez Jana Englerta żart: kiedy widział Wolskiego miał mówić "to Marcin Wolski, jeden ze zdolnych braci Zaorskich".

 

Wolski opowiedział, że pierwszy raz z Andrzejem Zaorskim spotkali się w radio, podczas debiutanckiej audycji Wolskiego pt. "Zwierzęta mają głos". - Andrzej wypadł świetnie, fantastycznie też zaśpiewał – wspomniał. Jak dodał, zapytał wówczas aktora Jerzego Zelnika, który go przyprowadził do studia, kim jest ten człowiek. - Ale Zelnik coś pomylił i podał mi całkiem inne nazwisko – zrelacjonował satyryk.

 

Jak dodał, bez powodzenia starał się w człowieku, którego nazwisko wskazał mu Zelnik, znaleźć ten wdzięk i talent, jaki zaobserwował u Zaorskiego. - I tak błądziłem przez pięć lat, aż do 1974 roku, kiedy po raz drugi przyszło nam się poznać. Jeden z kolegów przyprowadził go do radia, gdzie robiliśmy audycję "60 minut na godzinę". Byłem bardzo zdziwiony, kiedy okazało się, że aktor przyniósł ze sobą kilka, całkiem niezłych zresztą, napisanych przez siebie fraszek. Od tej chwili był moim współpracownikiem, towarzyszem, przyjacielem. Brał czynny udział w powstawaniu tekstów, po prostu pisaliśmy razem. Z jego udziałem powstała np. "Winda" czy "Czarny kabaret" - powiedział Wolski.

 

Ze wzruszeniem w głosie wspomniał dziesiątki przedsięwzięć, przy których razem pracowali – audycji, spektakli teatralnych. - Jak wybuchła "Solidarność", stworzyliśmy kabaret "Sześćdziesiątka", który pozwolił nam przejść przez trudne lata 80. – zaznaczył Wolski. I dodał, że wspólna praca przy programie "Polskie zoo" była dla niego niezapomnianą przygodą, a Zaorski był w tym czasie "głosem mojego sumienia i estetyki. A nasze radiowe i telewizyjne szopki, było ich kilkadziesiąt, szybko stały się naszym znakiem rozpoznawczym".

 

- Mnie by nie było bez niego. Bo my, ludzie, jesteśmy tworem innych, tych ważnych ludzi, którzy mają na nas wpływ. A pod wpływem Andrzeja ja, ponury historyk, nauczyłem się poczucia humoru i takiego cieplejszego stosunku do życia – podkreślił Marcin Wolski.

"I znów nam się udało"

Jak wspomniał, wiele czasu spędzili wspólnie – nie tylko w pracy, ale także bawiąc się, wypoczywając i podróżując po świecie – byli razem m.in. w Australii, USA, na Kubie. Niestety, Andrzej Zaorski już w latach 90 XX w. zaczął chorować. - Najpierw była to tylko cukrzyca, którą na szczęście udawało się trzymać pod kontrolą, więc dało się dalej żyć i pracować, powstawały nasze kolejne programy. Ale przyszedł rok 2004 i udar, który odebrał Andrzejowi to, co miał najwspanialszego – mowę. A konkretnie, to nie był w stanie wyartykułować słów dłuższych, niż dwusylabowe – powiedział Wolski.

 

ZOBACZ: Kabaret Skeczów Męczących: Tak to sobie wymarzyliśmy

 

Jak wspomniał, starał się wymyślić audycje, w których padałyby same dwusylabowe słowa. I udało się. - Jako, że choroba nie odebrała Andrzejowi talentu parodysty, zagrał w jednej z audycji Lecha Wałęsę, który posługiwał się wyłącznie wyrazami złożonymi z dwóch sylab – powiedział Wolski.

 

Jak przyznał, ostatnimi czasy, ze względu na stan zdrowia przyjaciela, nie widywali się często. - Wciąż mam w uszach jego ulubione powiedzonko, zdanie, które zawsze wypowiadał, kiedy gdzieś wspólnie lecieliśmy i samolot szczęśliwie wylądował na lotnisku: "I znów nam się udało" - powtarzał. Tym razem się nie udało. Czuję się, jakby mi ktoś wyciął pół mózgu, zabrał kawałek samego siebie. Ale oprócz bólu, odczuwam też wdzięczność, że Andrzej istniał, że był moim przyjacielem – zakończył Marcin Wolski.

pdb/PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!