Morawiecki: idąc do polityki zrezygnowałem z jakichś 100 mln zł

Polska
Morawiecki: idąc do polityki zrezygnowałem z jakichś 100 mln zł
PAP/Marek Zakrzewski

- Ja nie polepszyłem swojej sytuacji finansowej, idąc do polityki. Zrezygnowałem, lekko licząc, do emerytury, może nawet z jakichś 100 milionów złotych. Zrezygnowałem z radością, muszę dodać - powiedział w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" premier Mateusz Morawiecki. Jak podkreślił, nie przyjął stanowiska ministra w rządzie PO, bo nie odpowiadała mu filozofia "nicnierobienia".

Mateusz Morawiecki od 2001 r. był członkiem zarządu Banku Zachodniego WBK, w latach 2007-2015 - prezesem tej instytucji. W 2016 r. portal money.pl wyliczył, że przez kilkanaście lat pracy w tym banku obecny szef rządu mógł zarobić ok. 33,5 mln zł.

 

- Poważna propozycja objęcia funkcji po ministrze Rostowskim rzeczywiście padła. Nie przyjąłem jej. A przecież nie było wiadomo, że Tusk wyjedzie do Brukseli, a Platforma tąpnie. Proszę sobie popatrzeć na ówczesne sondaże. Po prostu nie chciałem być w tamtym rządzie. Spotkałem się wtedy z Jarosławem Kaczyńskim i powiedziałem mu o tej propozycji. On pyta: "Jaka jest pana decyzja?". Ja na to, że odmówiłem. "A to bardzo się cieszę" – odparł. Nie zapadły wtedy żadne inne ustalenia - powiedział szef rządu w rozmowie z Piotrem Zarembą. 

 

Jak tłumaczył Morawiecki, w rządzie PO nie odpowiadała mu filozofia "nicnierobienia". - Brak reform społecznych, zapaść instytucji bez realnej możliwości wpływania na ich naprawę - dodał.

 

Premier przyznał, że miał poczucie, że chce wejść do polityki i z tą myślą szedł do pracy w bankowości. - Chciałem być w ekipie naprawy Polski, likwidowania patologii III RP - tłumaczył. Podkreślił, że Jarosław Kaczyński niczego mu nie obiecywał, ale "skłamałby" mówiąc, że nie widział siebie z przyszłym rządzie PiS. Jak stwierdził, spodziewał się jednak kolacji z PSL lub nawet SLD.

 

Sposób rozmowy "dyskwalifikuje Chrzanowskiego jako urzędnika państwowego"

 

- Człowiek nie jest istotą doskonałą. Najważniejsze jednak, jak państwo i jego instytucje reagują w chwili próby. My nie mówimy, jak nasi poprzednicy "przykra sprawa, odniosę się do niej w poniedziałek". Nie reagujemy, jak to działo się w przypadku Amber Gold, przykrywaniem sprawy i jej tuszowaniem. Nie stosujemy taryfy ulgowej, bo nieprawidłowości, przestępstwa muszą być traktowane jednakowo - bez względu na to, kto się ich dopuszcza - podkreśla w wywiadzie dla "Dziennika - Gazety Prawnej" premier Mateusz Morawiecki.

 

Szef rządu był pytany m.in. o sprawę Komisji Nadzoru Finansowego oraz o sytuację, w której został nagrany jej ówczesny szef Marek Ch. Według "Gazety Wyborczej", Marek Ch. miał zaoferować Leszkowi Czarneckiemu przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 mln zł. Rozmowę - jednak bez wypowiedzi Ch. odnośnie kwoty - nagrał Czarnecki. Informacja odnośnie kwoty miała zostać przekazana na kartce, na której zapisano 1 proc.

 

Według Mateusza Morawieckiego sposób, w jaki były przewodniczący KNF prowadził tę rozmowę, "absolutnie dyskwalifikuje go jako urzędnika państwowego", ale "ten jeden procent, te mityczne ileś milionów złotych, to już są interpretacje", które będą wyjaśniane przez służby i prokuraturę.

 

"Jedno z największych oszustw ostatniego dziesięciolecia"

 

- Jak tylko sprawa z udziałem szefa KNF ujrzała światło dzienne, skierowałem stosowne sygnały do właściwych instytucji z prośbą o sprawdzenie, a samego szefa KNF wezwałem do siebie z drugiego końca świata na wyjaśnienia. W drodze na spotkanie sam podał się do dymisji. I słusznie. Dziś mamy już nowego przewodniczącego KNF - mówi Mateusz Morawiecki.

 

Premier był pytany również o to, czy zgadza się z twierdzeniem prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego, że "prawdziwą aferą KNF jest historia zatrzymanych członków jej poprzedniego kierownictwa", którzy "podobno nie dopilnowali przekrętów w SKOK Wołomin".

 

- SKOK Wołomin to jedno z największych oszustw w sektorze bankowym ostatniego dziesięciolecia. Sprawa musi być dogłębnie wyjaśniona" - odparł Morawiecki. Z kolei na pytanie o to, co sądzi o Leszku Czarneckim odpowiedział, że nie zna go "zupełnie".

 

Szef rządu dodał, że stoi na stanowisku, że podejmując się służby publicznej "nie robi się tego dla pieniędzy, tylko dla naprawy państwa polskiego". Zaznaczył także, że w Polsce tworzone są standardy działania państwa, które będą procentowały w przyszłości.

 

- Natomiast człowiek jest tylko człowiekiem, widzimy także w skali międzynarodowej, jak upadają wielkie nazwiska. Zawsze mogą znaleźć się osoby, które się pogubią, które się skuszą. Ale my takich przypadków w swoich szeregach nie tolerujemy - podkreślił.

 

Prokuratura wszczęła śledztwo

 

"Gazeta Wyborcza" napisała 13 listopada że w marcu 2018 r. ówczesny przewodniczący KNF Marek Ch. zaoferował Leszkowi Czarneckiemu przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 mln zł - miało to być wynagrodzenie dla wskazanego przez szefa KNF prawnika. Czarnecki nagrał rozmowę, jednak w nagraniu nie znalazła się wypowiedź Ch. o tej kwocie. Według biznesmena Ch. miał mu pokazać kartkę, na której zapisał 1 proc., co według "Wyborczej" miało stanowić część wartości Getin Noble Banku "powiązaną z wynikiem banku".

 

Adwokat miliardera mec. Roman Giertych przyznał, że słynnej kartki z jednym procentem nie ma, ale - jak przekonywał - jest inny sposób na udowodnienie tego, że istniała. - Pan Czarnecki jest gotowy poddać się badaniu wariograficznemu - powiedział RMF Giertych.

 

Po artykule w "GW" Marek Ch. złożył dymisję, a premier ją przyjął. O wszczęciu śledztwa informował prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Jako wstępną kwalifikację prawną przyjęto z art. 231 par. 2 Kodeksu karnego - przekroczenie przez funkcjonariusza publicznego uprawnień celem osiągnięcia korzyści majątkowej przez osobę trzecią. Śledztwo prowadzi śląski wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej.

ked/prz/, Dziennik Gazeta Prawna, PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze