Nie zarejestrował świń, więc lekarz weterynarii kazał je zabić. Ubój trwał 80 godzin

Polska

Powiatowy Lekarz Weterynarii w Hajnówce nakazał zabicie pięciu świń z niezarejestrowanego gospodarstwa w Orzeszkowie (woj. podlaskie). Kontrola miała wykazać, że mogą być zakażone wirusem ASF. Właściciel hodowli twierdzi, że świnie były zdrowe, a warunki hodowli bardzo dobre. Jego zdaniem, ubój, który trwał ponad trzy doby został przeprowadzony w skandaliczny sposób.

28 maja weterynarze  z powiatowego inspektoratu w Hajnówce przeprowadził kontrolę w gospodarstwie Uroczysko Ranczo Kupała pana Remigiusza Golonki.

 

"Karmił kuchennymi odpadkami, nie odkażał sprzętu"

 

Stwierdzili, że gospodarstwo nie jest zarejestrowane w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz rejestrze Powiatowego Lekarza Weterynarii w Hajnówce. "Świnia oraz świniodziki nie są oznakowane, ani zaopatrzone w wymaganą przepisami prawa dokumentację potwierdzająca ich pochodzenie" - napisali we wnioskach po kontroli. 

 

Właściciel hodowli miał karmić świnie odpadkami kuchennymi, a w gospodarstwie "nie było środków dezynfekcyjnych oraz odzieży ochronnej i obuwia ochronnego przeznaczonego wyłącznie do wykonywania czynności związanych z obsługą świń i świniodzików".

 

"Świniowate były utrzymywane w gospodarstwie w systemie otwartym w sposób umożliwiający kontakt z wolno żyjącymi dzikami oraz zwierzętami domowymi. (...) Posiadacz świni i świniodzików nie posiadał spisu świń z podziałem na kategorie produkcyjne, księgi rejestracji świń, nie odkażał nie bieżąco sprzętu i narzędzi używanych do obsługi świń" - stwierdzili.

 

12 czerwca Powiatowy Lekarz Weterynarii w Hajnówce, który otrzymał pokontrolne wnioski inspektorów,  nakazał "niezwłoczne zabicie 1 szt. świni oraz 4 sztuk świniodzików utrzymywanych w niezarejestrowanym gospodarstwie w Hajnówce w terminie do 22.06.2018 r. oraz utylizację zwłok wyżej wymienionych zwierząt".

 

Jak uzasadnił, powodem miało być "niespełnienie wymagań w sprawie środków podejmowanych w związku z wystąpieniem Afrykańskiego Pomoru Świń".  

 

"Mieli jeden cel - zabić świniaki"

 

Właściciel gospodarstwa przekonuje, że chciał się odwołać od nakazu zabicia świń. - Wysłałem do inspektoratu swojego człowieka. Powiedziano mu, że jak się odwołam, to dadzą mi karę administracyjną 50 tys. zł i oprócz tego zajmie się mną prokurator, bo mam nielegalną hodowlę - mówi polsatnews.pl Remigiusz Golonko. Zapewnia, że działa legalnie, płaci podatki.

 

Jego zdaniem, kontrola miała jeden cel - "zabić te świniaki". Jak mówi, nie prowadzi hodowli, lecz "mini zoo". - Wszyscy weterynarze, którzy byli u mnie z okolicznych miast, nie mieli żadnych uwag. Mówili, że jest czysto, że świnie są za siatkami, że są zadbane, zdrowe w dobrej kondycji - dodaje. 

 

"Proszę uprzejmie o zlikwidowanie zwierząt"

 

Powiatowy Lekarz Weterynarii w Hajnówce, Jan Dynkowski, przytoczył nam pismo datowane na 1 czerwca, czyli kilka dni po kontroli, pod którym miał podpisać się właściciel hodowli. Wynika z niego coś innego:

 

"Prośba. Nawiązując do protokołu kontroli ws. świniodzików utrzymywanych na mojej posesji oraz otrzymania zawiadomienia o rozpoczęciu postępowania w związku z tym, że z powodu nieznajomości obowiązujących przepisów hodowlę świń prowadziłem, niezgodnie z wymaganiami proszę uprzejmie o zlikwidowanie zwierząt i przeprowadzenie utylizacji. Za wykonane zlecenie zobowiązuję się do uregulowania kosztów po wystawieniu rachunku. Wnoszę także prośbę o nie podejmowanie dalszych kroków administracyjno-prawnych i odstąpienie od wymierzania ewentualnej kary finansowej za wyżej wymienioną sytuację".

 

Według Dynkowskiego, granica strefy najbardziej zagrożonej wirusem ASF znajduje się obecnie ok. 200 metrów od rancza. - Było duże zagrożenie zakażeniem - wyjaśnia Powiatowy Lekarz Weterynarii.

 

I dodaje, że jeśli ktoś hoduje świnie lub ich pochodne ma obowiązek zgłosić to do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa celem zarejestrowania. - Czy to hodowla, czy mini zoo, czy ktoś hoduje w bloku, to nie ma znaczenia. Każdy ma obowiązek zgłosić, bo jak wybuchnie choroba, żeby wiedzieć, gdzie są świnie żeby je skontrolować - tłumaczy Dynkowski.

 

Nie mieli linki, by wciągnąć zwierzęta

 

Zwierzęta zostały zabite 19 czerwca. - Byłem umówiony z weterynarią hajnowską na godzinę 14. Kiedy przyjechałem na ranczo o godzinie 13:30 na mojej posesji była już policja i weterynarze oraz kilku mężczyzn ubranych w kombinezony. Zapytałem policjantów, dlaczego weszli na mój teren bez pozwolenia. Odpowiedzieli, że kazał im weterynarz - opowiada nam właściciel hodowli.

 

- Oni pod moją nieobecność już trzy świniaki wynieśli i położyli nad samym stawem, ciekło z nich strasznie, leżały w workach foliowych - dodaje.

 

 

Lekarz: działania wykonane zgodnie z prawem

 

Po zabiciu zwierząt wszyscy odjechali, a właściciel gospodarstwa czekał na samochód, który miał odebrać martwe zwierzęta. Jak twierdzi, samochód przyjechał wieczorem, ale nie miał linki do wciągnięcia świń.

 

- Na drugi dzień wzięli dwie świnie, bo nie było więcej miejsca w samochodzie. Na pace było załadowanych dziesięć innych martwych świń z pozostałych gospodarstw - opowiada mężczyzna.

 

Pozostałe martwe zwierzęta zabrano trzeciego dnia.

 

Powiatowy Lekarz Weterynarii tłumaczy nam, że powodem były "problemy techniczne i organizacyjne". - Nie wypaliła sprawa odbioru przez firmę utylizacyjną - wyjaśnił. Jak przekonuje, wszelkie działania na miejscu zostały wykonane zgodnie z prawem.

 

"Zostały tylko brunatne plamy krwi"

 

- Po 80 godzinach horroru wywołanego działalnością hajnowskiej weterynarii zostały tylko brunatne plamy krwi, chmary much pomimo, że miejsca te były odkażane przez weterynarza - podsumowuje właściciel gospodarstwa.

 

Do końca roku mężczyzna nie może hodować świń.

 

W rozmowie z nami zapewnia, że od stycznia przyszłego roku na ranczu "znowu będą świnki". 

 

polsatnews.pl

mr/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze