"Raport": Hiszpańscy nurkowie na Bałtyku. Czego szukali tajemniczy mężczyźni?

Polska
"Raport": Hiszpańscy nurkowie na Bałtyku. Czego szukali tajemniczy mężczyźni?
Polsat News
Nurkowie nie mieli odpowiednich uprawnień

Wypożyczony sprzęt, brak odpowiednich dokumentów, nieoświetlona łódź, sztorm, zimne wody Bałtyku i tłumaczenie, które nawet laikowi musi wydać się co najmniej dziwne. Mieli szukać bursztynu. Obcokrajowcy są już najpewniej poza Polską, a nurkowali w miejscach ważnych z punktu widzenia bezpieczeństwa kraju. Czego mogli szukać podejrzani nurkowie? Materiał programu "Raport".

Choć od zagadkowego nocnego nurkowania w Zatoce Gdańskiej mijają kolejne dni, w sprawie jest coraz więcej pytań i wątpliwości. 

 

Obywatele obcego kraju złamali szereg przepisów, działali w pobliżu strategicznej infrastruktury dla bezpieczeństwa Polski i zostali wypuszczeni. Policja sprawy komentować nie chce. 

 

Nagranie z akcji ratunkowej najlepiej pokazuje absurd sytuacji. Nurkowie tłumaczyli policjantom, że w takich warunkach szukali na dnie Bałtyku burszynów. W zimie, podczas sztormu, przy wietrze osiągającym prędkość do 80 km na godzinę. Do tego były wysokie fale i środek nocy. Wszystko to powinno wzbudzić podejrzenia służb, dlatego zaczęły pojawiać się spekulacje i przypuszczenia. 

 

ZOBACZ: Rocznica katastrofy promu Heweliusz. 30 lat temu zginęło na Bałtyku 55 osób

 

- Jest to szlak, którym przepływa wiele statków z krajów takich jak Kolumbia czy Ekwador, najprawdopodobniej chodziło o narkotyki, ktoś wyrzucił paczkę przed wejściem statku do portu i ta ekipa miała ją po prostu podjąć - mówi nurek Marcin Pawełczyk. 


Do takiej wersji przychyla się też były żołnierz jednostki wojskowej Formoza, Robert Pawłowski: - Albo rzeczywiście to są debile, albo jest to przemyt. To są Stogi, dzielnica, gdzie przemyt był dość mocny. Tacy ludzie nie działają na własną rękę. To są zorganizowane grupy przestępcze. 

Nocna eskapada po bursztyn

Podczas tej nocnej "eskapady po umowny bursztyn" obcokrajowcy sami wezwali służby ratunkowe, bo ich łódka straciła sterowność. Byli trzy mile od Górek Zachodnich. Nie byli w stanie sami wrócić na brzeg.


- Na pokładzie jednostki zastano trzy osoby mówiące po hiszpańsku, były wyziębione i spanikowane, przekazały, że właśnie szukają bursztynu, żadnego sprzętu do poławiania bursztynu nie było. Ani toreb, ani lamp UV, warunki też nie sprzyjały, nie prowadzi się takich prac przy sztormie, a widoczność na dnie jest bardzo ograniczona - mówi Sebastian Kluska, dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. 

 

WIDEO: Tajemnicza akcja nurków

 

 

Jak podała "Rzeczpospolita", hiszpańskojęzyczni nurkowie mieli działać w ramach przestępczej struktury rozpracowywanej przez służby międzynarodowe. 

 

- Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że było coś do podjęcia na współrzędne geograficzne, popłynęli w to miejsce - ocenia Maciej Rokus, szef specjalnej Grupy Płetwonurków RP


Nawet jeśli tak było, niepokoi fakt, że wszystko działo się niedaleko ważnego dla bezpieczeństwa kraju miejsca. Zwłaszcza w sytuacji wojny za naszą wschodnią granicą. Obcokrajowcy działali niedaleko naftoportu. Polskie służby uspokajają, że wykluczyły działalność szpiegowską i dywersyjną. 

 

- To kolejny sygnał ostrzegawczy, żółta lampka dla służb w Polsce zajmujących się ochroną infrastruktury krytycznej, żeby więcej takie sytuacje nie miały miejsca, żeby podjąć działania, które będą w stanie natychmiast zweryfikować prawdziwość deklaracji takich osób. Policja być może w zbyt pochopny sposób odpuściła dość szybko. Myślę, że zawiodła wyobraźnia osób, które dowodziły tym, a potem dokonywały weryfikacji - powinny się od razu pilnie skontaktować z wyższymi przełożonymi, ewentualnie bezpośrednio z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która powinna była podjąć te działania natychmiast. Służby posiadają odpowiednie instrumenty, żeby dokonać takiej weryfikacji, właściwie w czasie rzeczywistym, online - mówi Paweł Białek, były zastępca szefa ABW. 

Dokumenty hiszpańskich nurków

Po akcji nurkowie zostali przetransportowani do portu i przekazani policji. Tu pojawiają się kolejne wątpliwości. Zastępca kapitana portu Gdańsk portalowi trójmiasto.pl przekazał, że tylko jednego z trzech zidentyfikowano na podstawie paszportu. Pozostali mieli złożyć ustne oświadczenia, bo nie mieli dokumentów. Pomorska policja nie udziela komentarzy na ten temat, odsyła do KGP. Komenda Główna Policji wydała oświadczenie, w którym zaprzecza doniesieniom, że nie ma danych osobowych Hiszpanów. 

 
Nie dostaliśmy jednak odpowiedzi, na podstawie jakich dokumentów ich zidentyfikowano, czy opuścili już Polskę, ani czy będzie wyjaśniane, co robili w Zatoce Gdańskiej. 

 

ZOBACZ: Niski przelot rosyjskich myśliwców nad okrętami NATO. Incydent na Bałtyku


Rzecznik Urzędu Morskiego w Gdyni dwa dni po incydencie w rozmowie z Polsat News pytana o przesłuchanie Hiszpanów, odpowiedziała: - Po pierwsze musimy mieć dane teleadresowe, bo wiadomo, żeby komuś coś doręczyć musimy mieć miejsce stałego pobytu.

 

Później pytana o to, czy urząd ma komplet danych obcokrajowców, nie odpowiedziała wprost: - W sprawie zdarzenia zostało wszczęte postępowanie administracyjne pod kątem naruszenia przepisów dot. bezpieczeństwa żeglugi, uprawnienia do kierowania jednostką pływającą, jej stan techniczny i wyposażenie - te kwestie będziemy starali się wyjaśnić w jego ramach. Więcej informacji będziemy mogli podać po jego zakończeniu.

Nie mieli zezwoleń i uprawnień

Wiele wskazuje na to, że hiszpańscy nurkowie zadbali też o to, by podczas umownego "poszukiwania bursztynów" nie zostali zauważeni.

 

- Jednostka nie miała oświetlenia, nie powinna być po zmroku na wodzie, nie była zgłoszona, ale była mała, 4-metrowa, w przypadku takich jednostek bywa tak, że ludzie zrzucają z plaży, można to zrobić tak, żeby administracja morska nie wiedziała, że wypływa w morze. Ponadto panowie nie mieli pozwolenia do prowadzenia prac podwodnych. Na samo poszukiwanie bursztynu potrzebna jest zgoda i tego też nie mieli - przyznaje Sebastian Kluska.

 

Nurkowie nie mieli zezwoleń i uprawnień. Łódź nie nadawała się do wypłynięcia na morze, tym bardziej w takich warunkach. Nie miała systemów nawigacyjnych i łączności radiowej. Mężczyźni mieli natomiast sprzęt do nurkowania, ale też niedostosowany do warunków. W tym skuter podwodny. 


- Cały ruch w Zatoce Gdańskiej powinien być monitorowany, wszystkie jednostki, które się tam poruszają powinny być zidentyfikowane, powinny podlegać kontroli - wyjaśnia Paweł Białek, były zastępca szefa ABW.

 

 

Autorką materiału jest Beata Glinkowska.

an/Polsat News
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie