"Państwo w Państwie". Mogą stracić dorobek życia. Przez mafię mieszkaniową i notariuszy 

Polska
"Państwo w Państwie". Mogą stracić dorobek życia. Przez mafię mieszkaniową i notariuszy 
Państwo w Państwie
Sparaliżowany mężczyzna miał podpisać się pod aktem, który umożliwił sprzedaż nieruchomości.

Rodzina może stracić dorobek życia przez mafię mieszkaniową i współpracujących z nią notariuszy. Dokumenty pozwalające przejąć nieruchomość miał podpisać mężczyzna, który od lat, po udarze, nie jest w stanie się komunikować. Więcej w materiale Karoliny Rogali w programie "Państwo w Państwie".

To był jeden z pierwszych pensjonatów na Helu. Pan Jerzy od lat 80. rozwijał swój biznes, dzięki wyrzeczeniom i ciężkiej pracy udało mu się zbudować sprawnie funkcjonujący interes. Niestety, wszystko posypało się 10 lat temu, gdy mężczyzna doznał udaru. 

 

ZOBACZ: Mafia lekowa. Akcja CBA. Zatrzymano 5 osób

 

- Zaczynał od małego kiosku. Pracował od rana do nocy. Wszystko zbudował sam. Jak mówił, to było jego trzecie dziecko. Opowiadał, że ja to wszystko robię dla was, żebyście nie musieli tak ciężko pracować dla swoich dzieci – opowiada jego córka Anna Andrearczyk.

 

Ze względu na stan zdrowia pana Jerzego, prowadzenie rodzinnego interesu musiała przejąć żona Wanda. Nigdy wcześniej nie zajmowała się tego typu sprawami, nie była sobie w stanie poradzić z ogromem obowiązków. Biznes podupadł, zaczęły pojawiać się długi. Ze względu na zaległości w ZUS, żaden bank nie chciał jej udzielić kredytu. Wtedy pojawił się prywatny inwestor, który zaproponował pożyczkę. 

 

WIDEO: Sparaliżowany mężczyzna miał podpisać się pod aktem, który umożliwił sprzedaż nieruchomości

 

 

 

- Mama spotkała na swojej drodze panią Jolantę P. Oferowała mamie pomoc wyjścia z sytuacji. Do końca kłamała, do końca oszukiwała, żeby nie wzbudzić jakichkolwiek podejrzeń. Starała się stwarzać wrażenie, że jest przyjacielem rodziny - mówi Kamil Andrearczyk, syn oszukanych.

Podpis sparaliżowanego?

Ludzie który pojawili się w momencie kryzysu omamili panią Wandę. Zaproponowali pożyczkę, która miała pomóc przeczekać najgorszy okres. Niestety, okazało się, że kobieta została oszukana. Zamiast pożyczki zawarła akt, w którym przeniosła własność nieruchomości. 

 

ZOBACZ: Oszuści kazali emerytce wyrzucić gotówkę przez okno. Pieniądze ocalały, bo spadły na balkon sąsiada

 

- To były nieruchomości o wartości około 4,2 mln zł, a tak naprawdę w zamian za przeniesie własności tych nieruchomości, Wanda Andrearczyk otrzymała wynagrodzenie w kwocie 100 tys. zł. To absolutnie niemożliwe, żeby ktoś świadomie dokonał takiej transakcji - tłumaczy adwokat Dominik Kokoszka, pełnomocnik rodziny Andrearczyków.

 

Żeby zawrzeć taką umowę, potrzebne było pełnomocnictwo podpisane przez pana Jerzego. Mężczyzna był już wtedy w bardzo złym stanie. Po udarze nie mógł się komunikować, a tym bardziej zrozumieć treści skomplikowanego aktu notarialnego. Pan Jerzy jest również częściowo sparaliżowany, nie jest w stanie napisać czegokolwiek. Mimo to – w obecności notariusza - miał podpisać się pod aktem, który umożliwił sprzedaż nieruchomości. 

"Ludzie tracili dorobek życia"

- Już pomijając, że w takim stanie tata nie miał możliwość pójść do notariusza i tego podpisać, to on nigdy by się nie zgodził na sprzedaż. Nawet nam mówił jeszcze przed chorobą, że to dostaniemy, ale w testamencie zapisze, że nie wolno nic sprzedać. To była jego krwawica... – tłumaczy Kamil Andrearczyk.

 

Kobieta zmarła w 2017 roku. Do końca życia wierzyła, że wzięła kredyt, spłacała nawet raty. Sprawa wyszła na jaw, gdy po śmierci matki dzieci zajęły się porządkowaniem rodzinnych spraw. Odkryli wtedy, że nie są już właścicielami rodzinnego majątku. Złożyli zawiadomienie w prokuraturze.

 

- Nie byłoby tych przestępstw gdyby nie notariusze, bo przecież ci ludzie trafiali do urzędnika państwowego, do notariusza, gdzie każdy myślał, że będzie dochowana szczególna staranność, a okazywało się, że to właśnie ludzie tracili dorobek swojego życia – mówi Dariusz Wilczyński ze Stowarzyszenia 304KK. 

Brutalne przejęcie

W międzyczasie nowi właściciele postanowili przejąć pensjonat. Straszyli odłączeniem ogrzewania. W końcu pojawili się w nim i zaczęli wyrzucać i niszczyć wyposażenie obiektu. Wezwana na miejsce policja nie zareagowała, twierdząc, że to konflikt, który musi być rozwiązany przed sądem.

 

- Przyjechali jak pospolici bandyci i zaczęli wszystko demolować. Stoły, szafy, telewizory, wszystko leciało z pierwszego piętra. Jak zapytaliśmy policjantów, dlaczego nie reagują, powiedzieli, że ojciec ma przyjechać na komisariat złożyć zawiadomienie. Sparaliżowany człowiek po udarze! - opowiada Anna Andrearczyk.

 

Sprawą państwa Andrearczyków zajmuje się Prokuratura Regionalna w Gdańsku, która dołączyła je do innego dużego śledztwa w sprawie lichwy. Występuje w nim ponad 1000 pokrzywdzonych, oskarżonych jest łącznie 16 osób. Wartość nieruchomości utraconych przez pokrzywdzonych wynosi ponad 22,5 mln zł.
rsr/pdb/Państwo w Państwie
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Przeczytaj koniecznie