"Lekarze decydowali kogo ratować". Dramatyczna relacja ze szpitala, w którym zabrakło tlenu

Polska
"Lekarze decydowali kogo ratować". Dramatyczna relacja ze szpitala, w którym zabrakło tlenu
PAP/EPA/RaAYNER PENA R.
To były straszne pytania: Dlaczego mi to robisz? Przecież ja się duszę"

"Robiło się coraz bardziej dramatycznie. Krzyki, płacz kobiet. Niektóry chorzy sami, na powrót odkręcali te zawory. Syczało okropnie, ale tam już nie było tlenu" - to fragment rozmowy dziennikarza Pawła Reszki z pielęgniarką ze szpitala tymczasowego na MTP w Poznaniu. 30 marca zabrakło tam tlenu dla chorych na Covid-19.

Reszka całą rozmowę z pielęgniarką opublikował na Facebooku w czwartek. Kobieta opowiedziała o tym, co działo się 30 marca w szpitalu tymczasowym na Międzynarodowych Targach Poznańskich. 12 chorych przewieziono do innej lecznicy. Na zwołanej tego samego dnia konferencji prasowej poinformowano, że tlen został zamówiony zbyt późno.

"Przyszło polecenie zakręcać kurki"

"Zegary z pomiarem ciśnienia tlenu w instalacji są na każdej ze ścian szczytowych budynku, w którym jest szpital tymczasowy. Normalnie mamy 5 barów. Rano, po przyjściu na zmianę koleżanka nawet zwracała uwagę, że tych 5 barów nie ma, ale usłyszała, że to nie należy do jej obowiązków. Ciśnienie spadało. Gdy podniesiono alarm było 2,7 bara, w ciągu 20 minut spadło do 0,3 bara" - tłumaczyła pielęgniarka.

 

ZOBACZ: "Ręka Boga", czyli pielęgniarka w walce z samotnością w szpitalu

 

Personel medyczny starał się pomagać pacjentom - przesuwali łóżka jak najdalej źródła tlenu licząc, że "zostało coś w instalacji". "Potem przyszło polecenie, żeby zakręcać kurki z tlenem lżejszym pacjentom, żeby tlenu w instalacji starczyło dla cięższych" - relacjonowała pielęgniarka.

 

Pacjenci, widząc co się dzieje, byli poddenerwowani. Niektórzy mieli schodzić z łóżek, inni protestować, gdy zakręcano im tlen. "To były straszne pytania: Dlaczego mi to robisz? Przecież ja się duszę" - opowiadała kobieta.

 

"Robiło się coraz bardziej dramatycznie. Krzyki, płacz kobiet. Niektóry chorzy sami, na powrót odkręcali te zawory. Syczało okropnie, ale tam już nie było tlenu. Wyciągali do mnie ręce: »Proszę mnie stąd zabrać«, albo prosili »Proszę do mnie podejść«".

Wyścig do karetki

Lekarze mieli chodzić między łóżkami i decydować "kogo ratować, a kogo nie"

 

"Człowiek bez tlenu jest jak topielec. Oni gestykulowali rękami, pokazywali, że się duszą. Potem już tylko śmierć. Twarz robi się szara, usta sine. Piana. Oczy mętne, zapadają się. Na naszym oddziale zmarł jeden pacjent w czasie gdy zabrakło tlenu" - mówiła pielęgniarka.

 

Z brakiem tlenu w szpitalu miała poradzić sobie jedna z doświadczonych pielęgniarek. Kobiecie udało się zorganizować i własnoręcznie przywieźć butle ze szpitala przy ul. Polnej. "Rozeszły się w ciągu sekundy. Rozumie pan, że pielęgniarka jechała po butle? Przerażający był chaos, jakby nikt niczym nie dowodził. Jakby nie było żadnych procedur" - powiedziała rozmówczyni.

 

Kobieta poinformowała też o "dantejskich scenach" do jakich dochodziło przy transporcie pacjentów do innych szpitali. "W łączniku widzimy, że pulmony (personel z oddziału pulmonologii) biegną ze swoim pacjentem do tej samej karetki. Każdy chciał jak najlepiej dla swojego pacjenta. Biegłam. Pchałyśmy łóżko, żeby być jak najszybciej. Wyścig o miejsce w karetce i o życie" - informowała.

 

Po całym zdarzeniu dyrekcja szpitala miała "wyparować" a personelowi medycznemu "nikt nie wyjaśnił co się stało". "Nikt nie zapytał czy potrzebujemy psychologa. Nikt nie podziękował. Siedzieliśmy tak sami. Dopiero potem, jak wróciliśmy na salę, pacjenci podnosili się na łóżkach. Łapali za ręce, dziękowali. To było niesamowite" - wspominała.

Zwolnienia i postępowanie

Wojewoda wielkopolski skierował do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa narażenia życia i zdrowia pacjentów. W związku z incydentem w placówce dyscyplinarnie zwolnieni zostali wicedyrektor ds. technicznych i pracownik odpowiedzialny za zamawianie tlenu.

 

ZOBACZ: Niedzielski: spada liczba zakażeń wśród pielęgniarek

 

W połowie kwietnia rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Poznaniu prok. Anna Marszałek przekazała, że w sprawie wszczęto postępowanie prowadzone pod kątem narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życiu lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz nieumyślnego spowodowania śmierci.

 

Dochodzenie w tej sprawie, pod nadzorem prokuratury regionalnej, prowadzi obecnie Komenda Wojewódzka Policji w Poznaniu.

 

Zarówno za nieumyślne spowodowanie śmierci jak i za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu przez osoby, na których ciąży obowiązek opieki nad poszkodowanym grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

bas/ml/Polsatnews.pl
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie