9. rocznica katastrofy pod Szczekocinami. "Tam leżą ciała, pourywane ręce i nogi"

PolskaWiktor Kazanecki
9. rocznica katastrofy pod Szczekocinami. "Tam leżą ciała, pourywane ręce i nogi"
Polsat News
Katastrofa pod Szczekocinami była jedną z największych w historii współczesnej Polski

Ogromny hałas, a następnie krzyki i rozpaczliwe prośby o pomoc. 3 marca 2012 roku przez długie godziny słyszeli je mieszkańcy Chałupek (woj. śląskie), którzy pobiegli na pomoc ofiarom katastrofy kolejowej. Brali to, co mieli pod ręką - koce, środki opatrunkowe, gorącą herbatę. Wtedy dwa rozpędzone pociągi, z około 200 osobami na pokładach, zderzyły się czołowo, bo jechały po jednym torze.

Katastrofa pod Szczekocinami to jeden z najtragiczniejszych wypadków kolejowych w Polsce po II wojnie światowej. Doszło do niej 3 marca 2012 roku o godz. 20:55 na szlaku nr 64 łączącym Koniecpol z Kozłowem, nieopodal odgałęzienia na Centralną Magistralę Kolejową.

 

Z tej linii do dziś korzystają pociągi wiozące pasażerów ze stolicy m.in. do Krakowa oraz na Podkarpacie. Tak było również dziewięć lat temu.

 

Wówczas skład PKP Intercity TLK "Brzechwa" jechał z Przemyśla do Warszawy, natomiast pociąg Przewozów Regionalnych interRegio "Jan Matejko" w przeciwnym kierunku, czyli z Mazowsza w stronę Małopolski. Ta druga spółka, obecnie nazywająca się Polregio, kilka lat po katastrofie wycofała się z przewozów na linii Warszawa-Kraków.

 

Zginęli nie tylko pasażerowie

 

Dziennie w Chałupkach koło Szczekocin lub okolicznych miejscowościach mijają się dziesiątki składów. Jednak wówczas dwa rozpędzone pociągi znalazły się na tym samym torze i zderzyły się czołowo.

 

ZOBACZ: Grodzisko Dolne. Pociąg PKP Intercity zderzył się z lokomotywą. Są ranni

 

Zginęło 16 osób, zarówno pasażerowie, jak i pięciu kolejarzy. Wśród tej pierwszej grupy znalazły się Amerykanka oraz Rosjanka. Ponadto niemal 160 kolejnych osób, jadących feralnymi pociągami, odniosło cięższe i lżejsze obrażenia.

 

Taki widok ujrzeli 3 marca 2012 roku mieszkańcy ChałupekPolsat News
Taki widok ujrzeli 3 marca 2012 roku mieszkańcy Chałupek

 

Całkowicie zostały zniszczone dwie lokomotywy oraz cztery wagony. Kolejnych siedem wagonów miało poważne uszkodzenia. Pilnego remontu wymagały także sieć trakcyjna oraz nawierzchnia na miejscu zdarzenia. Straty oszacowano na 20 milionów złotych.

 

"Ludzie są zmiażdżeni w przedziałach"

 

Huk miażdżonej blachy był tak głośny, że słyszano go w całych Chałupkach. Po chwili, zamiast zgrzytów i dźwięku pękającego metalu, z wraków zaczęły dobiegać krzyki i jęki poszkodowanych pasażerów. Często nie mogli sami wydostać się spod leżących na nich zniszczonych wagonów, ważących tony.

 

To właśnie mieszkańcy Chałupek jako pierwsi zaczęli ratować rannych, w moment odrywając się od codziennych zajęć. O katastrofie dowiadywali się od sąsiadów lub znajomych i docierali na miejsce ze środkami opatrunkowymi, higienicznymi, kocami czy ciepłymi napojami.

 

Widok na miejsce katastrofy z lotu ptakaPolsat News
Widok na miejsce katastrofy z lotu ptaka

 

Zanim zjawiły się służby, używali pracy własnych rąk by chociaż spróbować wyciągnąć poszkodowanych. Tym, którzy przeżyli, udzielali również równie cennego wsparcia psychicznego.

 

- Nie wiedzieliśmy, co się stało. Ja jechałem z Krakowa do Warszawy w ostatnim wagonie, był cały wypełniony. Obok leżą ciała, pourywane ręce i nogi, tragicznie to wygląda. Ludzie są zmiażdżeni w przedziałach - opisywał Polsat News Łukasz Janiec, jeden z pasażerów, który ocalał.


WIDEO: Akcja ratunkowa po katastrofie pod Szczekocinami (nagranie z 3 marca 2012 roku)

  

 

Strażacy z psami przeszukiwali zniszczone wagony

 

Później przyjechały m.in. straż pożarna, pogotowie ratunkowe, policja i Straż Ochrony Kolei. Służby kryzysowe wojewody śląskiego o katastrofie dowiedziały się po godz. 21 od ratowników medycznych z Zawiercia.

 

ZOBACZ: Jeden pociąg miał dwa wypadki na różnych przejazdach. W ten sam dzień


Po godzinie od zderzenia w akcji ratunkowej brało udział 30 karetek, a także śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W międzyczasie 450 strażaków przeszukiwało zniszczone wagony, poszukując walczących o życie pasażerów i kolejarzy. Pomagały im specjalnie wyszkolone psy. Ich praca, która później przerodziła się w misję poszukiwawczą, zakończyła się 5 marca.

 

Zastępy strażaków poszukiwało ofiar tragedii pod SzczekocinamiPolsat News
Zastępy strażaków i policjantów poszukiwały ofiar tragedii pod Szczekocinami

 

Wcześniej do Chałupek przyjechali także ówczesny premier Donald Tusk, prezydent Bronisław Komorowski, jak również grupa ministrów: spraw wewnętrznych (Jacek Cichocki), zdrowia (Bartosz Arłukowicz) oraz transportu (Sławomir Nowak). Ponadto Komorowski ogłosił żałobę narodową, trwającą od 5 do 6 marca.

 

Splot nieszczęśliwych zdarzeń

 

Gdy wciąż trwała walka o uratowanie jak największej liczby osób, kolejowe komisje oraz państwowe służby rozpoczęły dochodzenie ws. przyczyn tragedii. Chociaż było wiadomo, że pociągi, które miały się minąć, znalazły się na jednym torze, nie można było wskazać, który z nich jechał "pod prąd".

 

Na kolei zdarza się bowiem, że lokomotywy i wagony planowo wjeżdżają na sąsiedni tor, jadąc przez pewien czas jak w ruchu lewostronnym.

 

Obie lokomotywy niemal Polsat News
Obie lokomotywy niemal "wbiły" się w siebie

 

W prokuratorskim postępowaniu śledczy ustalili, że winę za spowodowanie katastrofy ponoszą pracownicy PKP Polskich Linii Kolejowych, czyli zarządcy infrastruktury -  Jacek N. oraz Jolanta S.

 

3 marca 2012 r. pełnili oni dyżury na posterunkach w Starzynie i Sprowie. Cztery lata po wypadku sąd wymierzył im kary czterech oraz dwóch i pół roku więzienia. Po odwołaniu prokuratury wyroki podwyższono odpowiednio do sześciu lat oraz trzech i pół roku.

 

ZOBACZ: Koronawirus zmniejszył liczbę pasażerów w pociągach. Kolej przewiozła miliony osób mniej

 

Oba sądy uznały, że na tragedię złożyła się seria ludzkich błędów. Ich zdaniem Andrzej N., chociaż wiedział, że nie ma kontroli nad ustawieniem zwrotnic, w niewłaściwy sposób sprawdził rozjazdy i nie zabezpieczył ich, a następnie skierował pociąg Warszawa-Kraków na niewłaściwy tor. Później nie obserwował ruchu tego składu, a także jego sygnałów końcowych. 

 

W wyroku uznano, że Andrzej N. do końca myślał, że "Brzechwa" jedzie prawidłowo, dlatego wprowadził w błąd Jolantę S. Z kolei kobieta podała specjalny sygnał, który zezwolił składowi "Jan Matejko" pojawienie się na złych torach. Zdaniem sądów, popełniła też inne błędy, np. nie wykorzystała sygnału "alarm". W orzeczeniach podkreślono jednak, iż zarówno ona, jak i Andrzej N. nie działali umyślnie.

 

Pamięć o katastrofie żyje wśród kolejarzy

 

Według wymiaru sprawiedliwości winę ponoszą także ci, którzy nie mogli usłyszeć wyroków, czyli zmarłych w katastrofie członków drużyn trakcyjnych. Tuż przed wypadkiem kontynuowali jazdę, chociaż otrzymali sygnały, które mogły ich przed tym przestrzec.

 

Stwierdzono też, że maszyniści nieodpowiednio obserwowali szlak. Gdyby działo się inaczej, być może szybciej zauważyliby zbliżające się z przeciwnej strony światła innej lokomotywy.

 

Na miejscu katastrofy powstał pomnik upamiętniający ofiary. Co roku płoną tam zniczePolsat News
Na miejscu katastrofy powstał pomnik upamiętniający ofiary. Co roku płoną tam znicze

 

Skazany Andrzej N. odbywa karę w warunkach psychiatrycznych. Na specjalne leczenie trafił niebawem po tragedii pod Szczekocinami.

 

Po dziewięciu latach od tragedii nadal pamiętają o niej kolejarze. Chociaż z powodu pandemii nie zorganizowano obchodów na miejscu, pociągi przejeżdżające przez linię kolejową nr 64 w Chałupkach zwalniają, a ich maszyniści włączają specjalny sygnał Rp1 "Baczność". 

 

WIDEO: Kolejarze oddają hołd ofiarom katastrofy pod Szczekocinami (nagranie z 3 marca 2019 r.)

 

Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie