Miała zawał, ale lekarze czekali kilkanaście godzin. Podejrzewali koronawirusa

Polska
Miała zawał, ale lekarze czekali kilkanaście godzin. Podejrzewali koronawirusa
"Interwencja"
Mimo że lekarz podejrzewał zawał, pani Krystynie nie zrobiono EKG. Podejrzewano zakażenie koronawirusem

79-letnia Krystyna Bartoszyńska trafiła do szpitala im. Jurasza w Bydgoszczy z zawałem serca. Jej stan był bardzo poważny, lekarz pogotowia mówił, że liczy się każda godzina. Mimo to szpital zamiast operacji, zlecił test na koronawirusa. Zanim go wykluczono upłynęło 18 godzin. Życia pani Krystyny nie udało się uratować. Reportaż "Interwencji".

Nocą 30 marca pani Krystyna z Bydgoszczy bardzo źle się poczuła. Kobieta od razu zadzwoniła do swojego syna, który natychmiast wezwał pogotowie.

 

- Po drugiej stronie już był lekarz, kazał nawet przyłożyć mamie do ust telefon, żeby posłuchał oddechu. Wysłał karetkę, bo chyba zorientował się, że coś poważnego. Lekarz, ratownik i pielęgniarka weszli, byli ubrani w stroje ochronne, czyli mieli przyłbice oraz maseczki - opowiadał "Interwencji" Mariusz Bartoszyński.

 

ZOBACZ: Koronawirus nadal groźny. Jedno z województw ma więcej nowych zakażeń niż Śląsk

 

Dodał, że "po zmierzeniu temperatury i oględzinach, lekarz nawet zdjął maseczkę, czyli stwierdził, że objawów koronawirusa nie ma". - Zaczęto zakładać od razu czujniki do EKG. Natychmiast wyszedł wynik, który potwierdził zawał serca – mówił. 

 

"Zawał to nie są żarty"

 

Karetka zabrała panią Krystynę do szpitala. To fragment rozmowy telefonicznej jej syna z lekarzem pogotowia:

 

Lekarz: Przyjechaliśmy tu do szpitala im. Jurasza, w tej chwili się zajmują nią tutaj na miejscu. Ona najprawdopodobniej wyląduje na kardiologii i to tej inwazyjnej.

Pan Mariusz: Rozumiem, a to będzie dzisiaj koronarografia? Nie wiadomo?

Lekarz: Jeżeli będzie, to będzie zaraz. Od samego wystąpienia zawału, generalnie rzecz biorąc, nie gwałtem, ale czas jest istotny. Nie minuty, nie pół godziny, ale już godzina to jest dużo.

Pan Mariusz: Ok, bardzo dziękuję panie doktorze za telefon, dobranoc.

Lekarz: Musi pan sobie zdawać sprawę z tego, że stan jest poważny. Zawał to nie są żarty. Tak mówi EKG. Serce było na tyle niewydolne, że tu się pojawił ten obrzęk płuc, tak że to był objaw, że to serce już nie dawało rady.

 

Mimo opinii lekarza z pogotowia oraz jasnego wyniku badania EKG, operacji nie wykonano od razu. Lekarze ze szpitala im. A. Jurasza w Bydgoszczy podejrzewali u pani Krystyny zakażenie koronawirusem.

 

WIDEO: Materiał "Interwencji"

 

  

 

"Pani miała małe szanse"

 

- Zaniepokojony pojechałem do tego szpitala. Poproszono mnie, żebym podszedł na SOR porozmawiać z lekarzem. Najpierw zadał pytanie, co było z mamą, co się działo. Potem zadano pytanie odnośnie koronawirusa. Bardzo mocno podkreślałem, że rodzice nie wychodzili przez dwa i pół tygodnia z domu – mówił pan Mariusz.

 

ZOBACZ: Polacy tłumnie ruszyli na SOR-y. "Jakby czekali w blokach startowych"

 

To fragment jego rozmowy przez telefon z kardiologiem ze szpitala im. Jurasza w Bydgoszczy:

 

Lekarz: Proszę pana, stan mamy jest bardzo zły. Wyjaśniamy jeszcze kwestie zakażenia tym nowym koronawirusem. Pani co prawda, jak państwo podaliście, miała małe szanse...

Pan Mariusz: Małe, bardzo małe.

Lekarz: Ale z racji tego, że jest niewydolna oddechowo, my ją jakby a priori zakwalifikowaliśmy do podejrzanych. Bo się nagle zrobiła niewydolna oddechowo. I ten wynik, jeżeli dobrze pójdzie, będziemy mieli po południu.

 

- Przychodzą wyniki ujemne. O godzinie 17:30 mama jedzie na koronarografię, punkt 18:00 jest robiona koronarografia. Czyli można powiedzieć, że od przyjazdu karetki to jest równo osiemnaście godzin po tym, jak lekarz karetki stwierdza zawał serca – powiedział pan Mariusz w rozmowie z reporterami "Interwencji".

 

Jest doniesienie do prokuratury

 

Niestety, życia pani Krystyny nie udało się uratować. - Jeszcze trzy dni utrzymywana była przy życiu, coraz więcej maszyn za nią zaczęło pracować. Dołączali kolejne. Pierwsze poszły nerki, serce i niestety wystąpił potem wstrząs septyczny. Czyli można powiedzieć, że wszystkie organy przez to, że nie były dotlenione, powoli zaczęły obumierać – tłumaczył pan Mariusz.

 

ZOBACZ: Twierdzą, że 86-latka zużyła gaz za 21 tys. zł

 

Zdaniem mężczyzny, czas, w którym czekano na wynik badania na obecność koronawirusa, zdecydował o losie jego matki. Zdecydował się o sprawie zawiadomić prokuraturę.

 

- Zrobiłem to głównie po to, żeby takich sytuacji więcej nie było - wyjaśnił.

wka/ "Interwencja"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!