Kryzys dopiero się zaczyna. Zaciskanie pasa groźne dla gospodarki

Polska
Kryzys dopiero się zaczyna. Zaciskanie pasa groźne dla gospodarki
Pixabay/ jarmoluk
W marcu i kwietniu liczba etatów w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż 9 osób zmalała o ponad 180 tysięcy; to oznacza, że spadły dochody dużej grupy Polaków

Po odmrożeniu gospodarki problemy przedsiębiorców i pracowników nie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Uruchomienie taśm produkcyjnych w fabrykach i otworzenie drzwi restauracji nie jest gwarancją, że konsumenci zaczną wydawać tyle pieniędzy, ile przed pandemią. Głównie dlatego, że realne dochody Polaków spadają.

W ostatnich dniach maja przed polskimi restauracjami nie ustawiają się długie kolejki, mimo że stolików jest dwa razy mniej niż w normalnych czasach. W miejscowościach turystycznych do restauracji nie zagląda prawie nikt, bo tylko nieliczni Polacy decydują się na podróże w celach wypoczynkowych, a gości z zagranicy - przede wszystkim Niemców - ciągle nie wpuszczamy do kraju.

 

Malejące dochody

 

Wszystko wskazuje na to, że Polacy w najbliższych miesiącach będą ograniczać konsumpcję. Jest przesądzone, że bezrobocie wzrośnie i to wyraźnie. Teraz mamy stopę bezrobocia niespełna 6-procentową. Rząd zakłada, że pod koniec roku wyniesie 10 proc., a ekonomiści Pekao SA przewidują, że osiągnie poziom 13 proc.

 

Dochody nowych bezrobotnych spadną radykalnie, a zapowiadane przez rząd podniesie zasiłków niewiele tu zmieni. Ci, którzy pracy nie stracili, często muszą pogodzić się z obniżonymi płacami. Główny Urząd Statystyczny podał, że średnie wynagrodzenie brutto w kwietniu w firmach zatrudniających ponad 9 osób wyniosło 5285 złotych. To kwota mniejsza niż w lutym i w marcu.

 

ZOBACZ: Kolejny etap odmrażania gospodarki. Rzecznik rządu podał termin

 

W porównaniu z kwietniem 2019 roku średnia pensja wzrosła o niecałe 2 proc., co oznacza, że realnie zmalała, bo w kwietniu mieliśmy inflację na poziomie 3,4 proc. Polacy mają mniej pieniędzy w portfelach. Nawet ci, którzy w najbliższym czasie nie stracą pracy i dochodów, żyją w niepewności. Nie wiedzą, czy pandemia nie wróci jesienią, więc raczej wolą oszczędzać, niż wydawać.

 

Tarcze to za mało

 

Z punktu widzenia przedsiębiorców kolejne tarcze antykryzysowe i tarcza finansowa to rozwiązania na krótką metę. Zwolnienie z płacenia składek ZUS od marca do maja i doraźne dotacje rządowe są próbą dostarczania firmom finansowego tlenu na czas lockdownu. W wielu wypadkach państwowa pomoc ustanie z końcem tego miesiąca. Nie ustaną natomiast ekonomiczne problemy biznesu.

 

Rządowe tarcze przez ich krytyków są nazywane przedłużaniem agonii, bo mają zachęcać do "chomikowanie miejsc pracy", ale nie dają pracodawcom łatwego startu w pierwszych tygodniach po zniesieniu lockdownu. Firmowana przez Polski Fundusz Rozwoju tarcza finansowa daje przedsiębiorcom prawo do umorzenia części pożyczonych pieniędzy, jeśli przez rok nie zmniejszą liczby pracowników. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że w dobie kryzysu niejedna firma dotrzyma tego warunku, po czym zwolni część załogi w czerwcu-lipcu przyszłego roku.

 

Niektóre przedsiębiorstwa nie dotrwały nawet do dnia, w którym można było sięgać po rządowe wsparcie finansowe, albo reaktywować działalność po obowiązkowym jej zawieszeniu. Szacuje się, że upadło kilka procent restauracji, barów i kawiarni. W miastach szybko rośnie liczba wolnych lokali użytkowych, w których jeszcze w marcu były placówki gastronomiczne, kluby fitness czy sale zabaw dla dzieci.

 

Upadnie nawet 30 proc. restauracji?

 

Potentat w branży gastronomicznej Sylwester Cacek, właściciel sieci Sphinx, Wook i Chłopskie Jadło, jest przekonany, że w Polsce upadnie ponad 20 proc. restauracji, a jak będzie bardzo źle, to nawet około 30 proc. Wyraźnie wzrosła w ostatnich tygodniach liczba ogłoszeń: "sprzedam restaurację" lub "sprzedam wyposażenie kuchni". 

 

ZOBACZ: Inflacja powoli odpuszcza. Żywność wciąż mocno drożeje

 

Już dziś wielu przedsiębiorców wymaga od rządu, by rozwiązania z pierwszych miesięcy epidemii koronawirusa rozciągnął na co najmniej trzy kolejne miesiące. To wiązałoby się z kosztownym - z punktu widzenia budżetu - dalszym zwalnianiem biznesu z odprowadzania składek na ubezpieczenia społeczne i zasilaniem firm w żywą gotówkę.

 

Hotelarze w miejscowościach turystycznych dobrze przyjmują rządowy program 1000+, czyli zamiar dopłacania tysiąca złotych do krajowych wakacji Polaków legitymujących się niewysokimi dochodami. Restauratorzy uważają, ze przez analogię można by ufundować podobne dopłaty do usług gastronomicznych.

 

Pieniądze dla konsumentów

 

Ekonomiści są zdania, że - dla potrzymania popytu i poprawienia koniunktury - rząd powinien wydać dużo więcej niż do tej pory na ochronę miejsc pracy, zwiększenie zasiłków dla bezrobotnych i podnoszenie finansowych zasobów gospodarstw domowych. Bardzo przydatny jest w tej chwili program 500+, który co prawda nie spełnia postawionych przed nim zadań demograficznych, ale w dobie pandemii łagodzi skutki kryzysu.

 

Prof. Marcin Piątkowski z Akademii Leona Koźmińskiego uważa, że do swojej rozbudowanej polityki socjalnej rząd powinien dodać tarczę społeczną, czyli antykryzysowy instrument chroniący  najsłabszych, najbiedniejszych, mało zarabiających i prekariuszy (osoby pracujące na tzw. umowach śmieciowych). W przeciwnym razie wszyscy ci ludzie zostaną zmuszeni do wielkiego zaciskania pasa z dużą szkodą dla całej gospodarki.

 

Premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że działania rządu podjęte po ataku koronawirusa uratowały 2 miliony miejsc pracy. Raczej trudno wyobrazić sobie sytuację, że w kraju, w którym prawo pracy dobrze chroni pracowników etatowych, liczba bezrobotnych mogłaby wzrosnąć w ciągu kilku tygodni z niecałego miliona do prawie 3 milionów.

 

Jednak z najnowszych danych GUS wynika, że w marcu i kwietniu liczba etatów w przedsiębiorstwach zatrudniających więcej niż 9 osób zmalała o ponad 180 tysięcy. To oznacza, że spadły dochody dużej grupy Polaków i w związku z tym zmniejszył się zgłaszany przez nich popyt. Wiemy też, że w kwietniu produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna spadły o ponad 20 proc. i to mimo, że e-handel zwiększył obroty o około 40 proc.

 

ZOBACZ: "Przyjedźcie, miasto jest bezpieczne". Burmistrz Rzymu zaprasza turystów

 

Kwiecień był prawdopodobnie wyjątkowy - wielkie spadki wskaźników to w dużym stopniu następstwo urzędowego zamknięcia gospodarki. W maju regres ekonomiczny zapewne będzie mniejszy, ale na ścieżkę dużego wzrostu szybko nie wrócimy. Ten powrót byłby szybszy, gdyby rząd zdecydował się na zasilanie konsumentów żywą gotówka, tak jak robi to w ramach tarcz dedykowanych pracodawcom.

 

Plany rządu w tym względzie są jednak skromne i odsunięte w czasie. Ciągle nie znamy ani szczegółów, ani terminu podniesienia zasiłków dla bezrobotnych z kilkuset złotych do 1200 złotych brutto. Wyłącznie w sferze deklaracji pozostaje też koncepcja wypłacania 1300 złotych brutto przez 3 miesiące osobom, które straciły pracę w wyniku pandemii. Nie wiemy też, czy świadczeniami dla pozbawionych pracy objęci byliby prekariusze (pracujący nieetatowo).

 

Wysoki deficyt budżetowy

 

Liczni ekonomiści są zdania, że państwo właśnie teraz powinno na duża skalę finansować inwestycje publiczne i w ten sposób przełamywać impas gospodarczy. Wydatki byłyby finansowane z długu, ale w tej chwili jego koszt nie jest wysoki - nasz rząd płaci tylko 1,3 proc. rocznych odsetek za 10-letnie obligacje.

 

Ostrożność rządu w składaniu kolejnych obietnic pracodawcom i pracownikom wynika z obaw o stan tegorocznego budżetu. Niedawnej zapowiedzi równowagi między dochodami i wydatkami nie da się zrealizować. Zresztą od początku zrównoważony budżet w 2020 roku był iluzją księgową. W przyjętej ustawie niektóre wydatki ulokowano poza budżetem - na przykład 12 mld zł na tzw. 13. emeryturę z Funduszu Rezerwy Demograficznej.

 

Dziś już wiemy, że deficyt budżetu państwa w okresie styczeń-marzec 2020 roku wyniósł 9,4 mld zł wobec 3,3 mld po lutym. W samym marcu odnotowano skokowy spadek dochodów podatkowych. Z najnowszych szacunków wynika, że tegoroczny deficyt może wynieść nawet 8 proc. PKB, czyli 100 mld zł.

 

Mimo to wielu ekonomistów zachęca polski rząd do śmiałego zadłużania się i powiększania długu publicznego, bo - ich zdaniem - takie działania byłyby usprawiedliwione skalą dzisiejszego kryzysu. Średni dług publiczny w krajach strefy euro to prawie 100 proc. PKB. W Polsce jest na poziomie 46 proc. Granica zakreślona przez naszą konstytucję to 60 proc. PKB.

 

Prof. Marcin Piątkowski twierdzi, że w tej sytuacji można w Polsce bez większego ryzyka zaangażować duże środki, by walczyć z pandemią, zachować miejsca pracy w dobie osłabienia gospodarki, wzmacniać popyt konsumencki i inwestować.

Jacek Brzeski

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze