Prof. Flis dla polsatnews.pl: 28 czerwca, to pojedynek na uczciwych zasadach

Polska
Prof. Flis dla polsatnews.pl: 28 czerwca, to pojedynek na uczciwych zasadach
pl.wikipedia.org/PO RP/CC BY-SA 2.0

- To takie spotkanie się w pół drogi. Szanse będą wyrównane i dobrze byłoby, gdyby nikt nie starał się już rozgrywać tej sytuacji - mówi prof. Jarosław Flis w rozmowie z Piotrem Witwickim. Socjolog liczy na inicjatywę Państwowej Komisji Wyborczej i przekonuje, że końcówka czerwca to dziś najlepszy termin do przeprowadzenia wyborów.

Piotr Witwicki: 28 czerwca mogą się odbyć wybory?

Prof. Jarosław Flis- socjolog, Uniwersytet Jagielloński: - To termin możliwy. Tylko Państwowa Komisja Wyborcza musi się wykazać inicjatywą. Uważam, że właśnie takie rozwiązanie jest w stanie postawić wszystko na nogi. Późniejszy niż 28 czerwca termin, to już są wakacje i problemy związane z tym, że ludzie zaczynają się rozjeżdżać.

 

Gdy ten termin pojawił się w sobotę opozycja zaczęła protestować.

Jest ścieżka, którą otwiera art. 293 kodeksu wyborczego, a którą sugerują uznani prawnicy. Mamy przecież sytuację, że nie został wyłoniony zwycięzca, bo nie odbyły się wybory. Jest taki tryb, który jest przewidziany w sytuacji, gdy nie ma z kogo wybierać, bo wycofają się wszyscy kandydaci. Można z niego skorzystać. Można zadziałać według tej logiki: skoro nie doszło do ustalenia wyniku wyborów, to je powtarzamy. Jest na to procedura, a potrzebnych jest 60 dni.

 

Co pan profesor rozumie mówiąc o tym, że PKW powinno się wykazać inicjatywą?

Jednoznaczna uchwała PKW pozwala ominąć ten problem, wokół którego w ostatnich dniach toczyło się wiele prawniczych sporów. Nie trzeba stwierdzać sądownie, że wybory są nieważne, tylko PKW może zawnioskować do marszałek Sejmu, by jeszcze raz przeprowadzić wybory, bo nie udało się ich rozstrzygnąć.

 

Czyli wszystko w rękach PKW...

Zapis o ciszy wyborczej jest ustawowy i PKW teoretycznie nie jest w mocy, by go znosić, ale pokierowało się zdrowym rozsądkiem i nam powiedziało, że jej nie ma. Tak samo może postawić wybory na nogi. Wystarczy wykazać się zdrowym rozsądkiem i wysłać sygnał, by dobrze udeptać tę ziemię i odpuścić sobie kopanie wilczych dołów. 28 czerwca, to pojedynek na uczciwych zasadach.

 

W 2015, jako jeden z pierwszych mówił pan o tym, że Andrzej Duda może wygrać wybory. Jak dziś ocenia pan szansę prezydenta reelekcję?

Szanse są pół na pół. Dotąd obóz rządowy uważał, że jak wybory odbędą się w maju, to świetnie bo nasz kandydat wygra, a jak w sierpniu to słabo, bo może przegrać. Opozycja uważała na odwrót. Dlatego ten czerwcowy termin ma dodatkowy walor: to takie spotkanie się w pół drogi. Szanse będą wyrównane i dobrze byłoby gdyby nikt nie starał się już rozgrywać tej sytuacji.

 

Czy z założenia strona rządowa musi tracić, a opozycja zyskiwać? Jeśli rządzący będą  sobie radzić z kryzysem, to po co ich zmieniać?

Znamy wiele przykładów sukcesów wyborczych w czasie kryzysów, ale nie brakuje też porażek.

 

Na wszystko trzeba sobie zapracować.

Dlatego nie można tu nic przesądzać z automatu. Jest tu mechanizm skupiania się wokół flagi, powodujący wzrost poparcia dla władzy w czasach zagrożenia. Jest i drugi, który wskazuje na to, że władza zawsze traci przez kłopoty. W Portugalii czy na Malcie mamy sytuacje, że notowania rządzących czy opozycji nawet nie drgnęły w ostatnich miesiącach.

 

A kto jest dziś największym zagrożeniem dla prezydenta Andrzeja Dudy?

Mamy tu sytuację zupełnej niepewności. Nie wiemy, co się stanie, gdy wszystkie strony uznają, że w takich zawodach trzeba uczestniczyć i nikt nie będzie poddawał w wątpliwość sensu tego głosowania. Wtedy wrócą wyborcy, którzy dziś mówią, że nie będą głosować. Wtedy wszystkie sondaże, które dziś widzimy ulegną resetowi. Ostatnie wybory dowodzą, że wybory z udziałem dwóch bloków mogą być wyrównane, ale kto z bloku opozycyjnego ma szansę skupić nadzieje na zwycięstwo, to tego w ogóle nie da się dziś powiedzieć.

 

To powinny być wybory korespondencyjne?

Uważam, że należy porzucić pomysł masowego głosowania korespondencyjnego. On nie jest sprawdzony i niesie ryzyko.

 

Czyli mieszane?

Powinniśmy wrócić do tego, co stabilne czyli procedury ćwiczonej przez polskie państwo od 30 lat. Tak odbyły się wybory w 2015 roku i nikt wtedy niczego nie podważał: głosowanie w komisjach z opcją głosowania korespondencyjnego. Jeśli ktoś się boi iść do lokalu, to powinien móc głosować korespondencyjnie na życzenie. Przez to unikamy wysyłania kart w ciemno, bo to jest śmiertelne zagrożenie dla uczciwości wyborów. Wszystko przeprowadzamy siłami PKW tak, jak było to dotąd robione przez 30 lat. Dzisiejszy kryzys wyborczy jest naprawdę traumatycznym przeżyciem. Nie powinniśmy ryzykować raz jeszcze.

 

Piotr Witwicki/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!