Twarde feminatywy do zgryzienia

Twarde feminatywy do zgryzienia
Polsat News
"Dziękuję wszystkim za zwrócenie mi uwagi, że posłużyłam się niewłaściwą formą. Oczywiście powinnam była napisać, że będę gością programu TVP. Odzwyczailiśmy się od używania pięknych, żeńskich końcówek w języku polskim, stąd czasem zdarzają się błędy" - pisała na Twitterze posłanka Magdalena Biejat po tym, jak mylnie określiła się mianem "gościni"

"Dyrektorka" brzmi lekceważąco, "chirurżka" niefortunnie, a "ministra" - sztucznie. Nietrudno o dylemat, jeśli rozumie się wagę problemu. Zaznaczanie obecności kobiet w rozmaitych obszarach życia społecznego idzie nam opornie, ponieważ język polski ewidentnie kobietom nie sprzyja. A jeśli przyjrzeć się sprawie bliżej - czasami może nawet bardziej szkodzić.

W erze, którą jako naród lubimy wspominać jako złotą, a więc umownie - w dwudziestoleciu międzywojennym, sprawa była dużo prostsza. Upowszechnienie obecności kobiet na rynku pracy, a także uzyskanie przez nie praw wyborczych i dostępu do wyższego wykształcenia, na swój sposób wymusiło na społeczeństwie pogodzenie się z feminatywami, czyli żeńskimi określeniami stanowisk, zawodów i funkcji. Stosowano je wówczas powszechnie w prasie, literaturze oraz języku formalnym i potocznym.

 

Polki upominały się jednak o możliwość udziału w życiu społecznym dużo wcześniej, bo jeszcze przed rozbiorami, a w wieku XIX nie brakowało polskich literatek i publicystek oraz działaczek udzielających się aktywnie w różnorodnych dziedzinach.

 

Płytkość umysłu niewykształconego

 

Eleonora Ziemięcka (1819-1869), pierwsza polska filozofka, zapisała się na kartach historii jako prawdziwa pionierka. Uważała ona za konieczne dopuszczenie kobiet do szkolnictwa wyższego, aby były one lepiej przygotowane do zadań gospodarczych i społecznych ("płytkość umysłu niewykształconego odbija się w fatalny sposób na życiu rodziny"). Trudno było z tym argumentem walczyć i z czasem społeczeństwo, choć z oporem, przyznało jej rację.

 

W dwudziestoleciu międzywojennym obecność kobiet w życiu publicznym stała się bezdyskusyjnym faktem, choć nie wszystkim środowiskom odpowiadał taki stan rzeczy. Co więcej, same kobiety-pionierki były niejednokrotnie silnie przywiązane do konserwatywnego postrzegania kobiecych ról w społeczeństwie.

 

W środowiskach postępowych panowała jednak ogólna zgoda co do tego, że kobiety powinny mieć możliwość większego uczestnictwa w życiu społecznym, chociażby po to, aby móc lepiej wypełniać tradycyjną rolę matki, opiekunki i strażniczki domowego ogniska. A wraz z kobietami - na forum publicznym pojawiły się feminatywy. Nie doszukiwano się w nich żadnego drugiego dna ani zamachu na dotychczasowy porządek świata.

 

Zawód pielęgniarki jest jednym z najbardziej sfeminizowanychPolsat News
Zawód pielęgniarki jest jednym z najbardziej sfeminizowanych

 

Kilka słów o systemie

 

Czy to w tamtym właśnie okresie coś poszło nie tak, skoro to wtedy upowszechnił się system tworzenia żeńskich form zawodów i stanowisk? Uwagę może zwracać zdrabniający wydźwięk zdecydowanej większości feminatywów. Jest on nieunikniony, skoro tworzy się je jest poprzez dodanie sufiksu "-ka", jak w rzeczownikach typu "spódniczka" czy "książeczka". Lekarka, nauczycielka, pisarka, dziennikarka, prawniczka - wymienione w tym szeregu nazwy zawodów dzisiaj nie budzą już raczej powszechnego zdziwienia, ponieważ kobiety stosunkowo dawno ugruntowały swoją pozycję w tych dziedzinach. Pobrzmiewa w nich jednak jakaś umniejszająca nuta.

 

Jeżeli wziąć na warsztat stanowiska bardziej prestiżowe - doktorka, dyrektorka, profesorka - tym wyraźniej słychać, że to nieszczęsne "-ka" odbiera im nieco dostojeństwa. Niejeden i niejedna z nas pamięta zapewne z lat szkolnych, że nauczyciele upominali uczniów, jeśli mówili o pani dyrektor - "dyrektorka", sygnalizując wyraźnie, że określenie to jest niegrzeczne i pozbawione szacunku.

 

Sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej w przypadku tych określeń, które kończą się na "-lożka". Loszka z natury rzeczy powoduje, że wielu odbiorcom nie uda się nie zaśmiać, szczególnie tym bardziej złośliwym.

 

ZOBACZ: Posłanka Lewicy napisała, że będzie "gością" programu. Burza po komentarzu Tarczyńskiego

 

Kolejny wariant to feminatywy sprzeczne z naturą języka polskiego, feminatywy modyfikowane genetycznie. Jednym z nich jest "ministra", a inne propozycje przewijające się swego czasu w publicznych dyskusjach to "premiera", "profesora" czy "prezesa". Taki schemat tworzenia żeńskich form mógłby wypełnić lukę, jaka nadal występuje w przypadku zawodów i funkcji najbardziej prestiżowych i honorowych. Językoznawcy patrzą jednak na takie zapędy dość sceptycznie.

 

- Nie polecam form typu "premiera", "ministra". Jeśli ktoś chce, niech już mówi "premierka", "ministerka" - zaleca prof. Marek Łaziński, językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje jednak, że język jest pełen wyjątków, za przykład podając takie pary jak "kum/kuma" czy "szczęściarz/szczęściara", dlatego i dla "ministry" można znaleźć polskie wzory.

 

Choć wśród załóg pokładowych nie brakuje mężczyzn, potocznie najczęściej myślimy tylko o Polsat News
Choć wśród załóg pokładowych nie brakuje mężczyzn, potocznie najczęściej myślimy tylko o "stewardesach", a nie "stewardesach i stewardach"

 

Do tego trzeba jeszcze dbać o wizerunek

 

- Nie wszystkie kobiety chcą podkreślać swoją płeć na polu zawodowym - zauważa z kolei prof. Marek Kochan z Uniwersytetu SWPS, językoznawca i ekspert w dziedzinie kreowania wizerunku. Podkreśla, że kobiety, które są prezesami, bardzo często nie chcą, żeby nazywano je prezeskami. Wolą zaznaczać swoją równość z prezesami-mężczyznami przez użycie męskiej formy, ewentualnie z żeńskim dodatkiem: "pani prezes".

 

Niektórzy przeciwnicy feminatywów narzekają z kolei, że pewnych określeń, jak "chirurżka" czy "architektka", nie da się wymówić. Rada Języka Polskiego ustosunkowała się do podobnych argumentów w stanowisku opublikowanym minionej jesieni. "Trudne zbitki spółgłoskowe, np. w słowie »chirurżka«, nie muszą przeszkadzać tym, którzy wypowiadają bez oporu słowa »zmarszczka« czy »bezwzględny«" - czytamy we wspomnianej opinii.

 

Ale swego rodzaju problem mogą mieć te kobiety, które zdecydują się nazywać swoje funkcje za pomocą feminatywów budzących śmiech czy zmieszanie. Może się to odbijać negatywnie na ocenie ich kompetencji przez potencjalnych klientów czy przełożonych.

 

- Kobiety, które decydują się na używanie żeńskich form tam, gdzie nie są one utrwalone w języku w takim stopniu, jak np. aktorka czy dziennikarka, często w pakiecie dostają niechcący dystans i lekceważenie. "Psycholożka" może zostać przez niektórych uznana za osobę mniej profesjonalną, niż "pani psycholog". Widać to, kiedy się odwróci to zdrobnienie: "psycholożek" niekoniecznie byłby uznany za fachowca. Podobnie prześmiewczo brzmiałby "socjolożek", "doktorek" czy "konduktorek". Te wszystkie formy wiążą się z deprecjonowaniem - mówi Marek Kochan.

 

Wicemarszałek Sejmu Małgorzata Gosiewska zasygnalizowała wyraźnie, że nie chce, aby zwracać się do niej per Polsat News
Wicemarszałek Sejmu Małgorzata Gosiewska zasygnalizowała wyraźnie, że nie chce, aby zwracać się do niej per "marszałkini". W podobnym oczekiwaniu nie ma oczywiście nic złego, a jego uszanowanie (lub zlekceważenie) pozostaje kwestią kultury osobistej tego, kto do marszałek Gosiewskiej się zwraca

 

Problem sięga głębiej

 

Zdrabniające, umniejszające i deprecjonujące konotacje wpisują się też w obecną od zarania dziejów tendencję do postrzegania pracy i roli kobiet jako mniej istotnej, mniej wartościowej i mniej wartej.

 

Nierówności płacowe kobiet i mężczyzn są faktem - według danych GUS-u w niektórych branżach kobiety zarabiają nawet o 26 proc. mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Te nierówności były faktem także w dwudziestoleciu międzywojennym i od tamtej pory nie udało się ich zwalczyć.

 

Dlatego właśnie szczególnie ważnym jest zaznaczanie obecności kobiet we wszystkich dziedzinach życia społecznego. I nie chodzi tu w żaden sposób o narzucanie formalne - bo nikt żadnej kobiety nie zmusi chyba, żeby od dziś tytułowała się inaczej, niż dotychczas, ani też żadna kobieta nie ma mocy wyegzekwować od każdego, żeby tytułował ją zgodnie z jej wolą.

 

- Podkreślić trzeba, że niezwykle ważną rolę odgrywa przyzwyczajenie. Niektórych form nie słyszymy często, a więc nie osłuchujemy się z nimi i za każdym razem reagujemy jak na coś nowego, a więc niekoniecznie akceptowanego - zauważa prof. Anna Dąbrowska z Uniwersytetu Wrocławskiego. Czy język polski potrzebuje zatem rewolucji?

 

Dyskusja na temat zasadności wprowadzania feminatywów do codziennego użycia jest z całą pewnością potrzebna. Chociażby po to, żeby uświadamiać kobietom, jaki wpływ może to wywierać na postrzeganie ich pracy. Na tym poziomie z kolei każda kobieta może sobie odpowiedzieć na pytanie, czy planując własną karierę woli przyjąć perspektywę krótkowzroczną - nastawioną wyłącznie na budowanie jej profesjonalnego wizerunku, czy jednak dalekosiężną - a więc nastawioną na przecieranie szlaków jej córkom i kolejnym pokoleniom kobiet.

 

Warto zwrócić uwagę na przykład "posłanki", która dzisiaj nie dziwi już chyba nikogo, a same kobiety zasiadające w Sejmie stosują to określenie według własnego uznania. Mogą też podkreślić dodatkowo swoją przynależność polityczną poprzez użycie formy męskiej lub żeńskiej.

 

ZOBACZ: "Żeńskie końcówki" tematem Prezydium Sejmu. "Ich brak dowodzi dyskryminacji kobiet"

 

Posłanki Lewicy pchnęły jednak tę dyskusję nieco dalej, postulując, że chciałyby być nazywane posłankami również na poziomie formalnym. Nie przewiduje tego jednak polskie prawo - zgodnie z nim każda osoba zasiadająca w Sejmie pełni funkcję posła w rodzaju męskim. Czy należałoby zatem zmieniać dokumenty prawne?

 

- Tutaj powinno decydować życie. Gdyby okazało się, że funkcjonowanie w dokumentach prawnych wyłącznie nazwy męskiej obiektywnie utrudnia kobietom dostęp do danego zawodu, to problem nie jest już tylko językowy, ale społeczny. Wówczas wprowadzenie żeńskich form do języka formalnego mogłoby w tej kwestii coś zmienić - mówi dr hab. Michał Rusinek, literaturoznawca związany z Uniwersytetem Jagiellońskim.

 

Polskie siatkarki odnoszą coraz większe sukcesyPolsat News
Polskie siatkarki odnoszą coraz większe sukcesy, jednak to o siatkarzach jest zdecydowanie głośniej

 

Jest jeszcze jedna perspektywa

 

Opór przed stosowaniem feminatywów wyjaśnia także psychologia.

 

- Jeśli coś zaczyna być kojarzone z kobietą, to zaczyna być kojarzone ze słabością, podrzędnością, często też z niższymi kompetencjami. Patriarchat zrobił swoje. Badania natomiast udowadniają, że różnice między kobietami i mężczyznami naprawdę nie są takie, jak się utarło w stereotypie - mówi prof. Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS.

 

Zaznacza jednak, że przyzwyczajenie do stereotypu powoduje, że role męskie mają z zasady lepsze konotacje. Jeśli coś jest po męsku, to jest na poważnie: męska decyzja, męska rozmowa. Wszystko, co męskie, kojarzone jest jako wartościowe. Z kolei "babskie gadanie", "nie bądź babą" - to konotuje słabość, niższość w stosunku do tego, co męskie.

 

- To są nawyki tak utrwalone, że ich zmiana będzie bardzo trudna, tym bardziej, że brak teraz wyraźnych reguł w tym względzie. Ale jednym z niezbędnych etapów wychodzenia z tych nawyków jest właśnie wdrażanie feminatywów do języka codziennego - podkreśla Katarzyna Popiołek.

 

I dodaje, że to, co mówimy i słyszymy, wpływa na nasze myślenie, a także buduje i kształtuje naszą wiedzę o świecie. Jeżeli będziemy mówić z zaznaczaniem obecności kobiet na najróżniejszych stanowiskach, w najróżniejszych zawodach, automatycznie będziemy zmieniać globalne myślenie o ich udziale w rynku pracy, a jest on znaczący i jego ignorowanie nie powinno być niczym uzasadniane.

 

ZOBACZ: Jest zielone światło dla żeńskich końcówek w Sejmie. "Sukces Lewicy"

 

Według danych GUS-u tylko w dwóch grupach zawodowych kobiety stanowią znaczącą mniejszość: wśród operatorów i monterów maszyn i urządzeń oraz robotników przemysłowych i rzemieślników. Aktywne zawodowo kobiety są statystycznie dużo lepiej wykształcone niż aktywni zawodowo mężczyźni.

 

Opór przed stosowaniem feminatywów może dodatkowo wynikać z lęku przed skutkami obalenia patriarchatu w tej dziedzinie życia. - Każda zmiana budzi opór i lęk, ludzie nie lubią zmieniać przyzwyczajeń - mówi Katarzyna Popiołek, dodając, że tak zwanym "strażniczkom patriarchatu" może wydawać się, że patriarchalny porządek świata zapewnia im większe poczucie bezpieczeństwa.

 

Joanna Mucha, pełniąc funkcję ministra sportu i turystyki, określała się mianem Polsat News
Joanna Mucha, pełniąc funkcję ministra sportu i turystyki, określała się mianem "ministry"

 

Strach przed dokonywaniem wyboru

 

I strażniczki, i strażnicy patriarchatu nie mogą pogodzić się z myślą, że przyzwolenie na wprowadzanie do codziennego języka feminatywów oraz ich upowszechnianie nikomu niczego nie odbiera ani nie narzuca. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każda kobieta w dalszym ciągu tytułowała się zgodnie z własnymi preferencjami. Ale jeśli chcemy "odśmieszyć" formy niewygodne fonetycznie, musimy po prostu zacząć ich używać. Żaden żart powtórzony tysiąckrotnie nie będzie już nikogo bawił.

 

Z psychologicznego punktu widzenia można też założyć, że odmawianie innym prawa do wychodzenia poza schemat wynika z przeświadczenia, że wszystko powinno być tak samo. Jak nie jest tak samo, to jest niesprawiedliwie; nie lubimy, gdy ktoś ma czegoś więcej lub gdy ktoś się wyróżnia. Jakbyśmy zazdrościli tym wychodzącym poza schemat ich wolności, ale jednocześnie bali się sięgać po własną. Dopuszczenie perspektywy, w której możliwe jest dokonanie wyboru, nie podoba się osobom biernym.

 

- Jeśli ktoś będzie robić coś inaczej, to być może przyjdzie moment, że ja też będę musiał tak robić. Ci, którzy się wychylają, mogą doprowadzić do sytuacji, kiedy nowe zjawiska staną się standardem. A tradycjonaliści nowych standardów dopuszczać nie chcą - stwierdza Katarzyna Popiołek.

 

Podkreśla także, że kobiety muszą aktywnie i konsekwentnie walczyć o wprowadzanie do języka feminatywów. - Nic nigdy nie zostało dane, jeśli się o to nie walczyło. Prawa kobiet nie zostały im podarowane. Nic, co zmienia istniejącą sytuację w zakresie praw kobiet, nie zadzieje się samoistnie - mówi.

 

Warto podjąć nad tym zagadnieniem głębszą refleksję w debacie publicznej i wypracować jakiś zgrabny kompromis, aby nie umniejszać udziału kobiet w życiu publicznym i żeby jednocześnie go nie deprecjonować. Autorka niniejszego artykułu tytułuje samą siebie na profilu zawodowym "redaktorą".

Anna Białecka

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze