Zabił żonę, znieważył zwłoki, wysadził kamienicę. "Próbował zabić także syna"

Polska
Zabił żonę, znieważył zwłoki, wysadził kamienicę. "Próbował zabić także syna"
Polsat News
W ruinach kamienicy na poznańskim Dębcu znaleziono ciała pięciu osób; rannych zostało łącznie ponad 20 mieszkańców budynku

Kuratorka Kacpra J., którego ojciec oskarżony jest o doprowadzenie do katastrofy kamienicy w Poznaniu, chce zmiany kwalifikacji czynu zarzucanego Tomaszowi J. Wskazała, że nie powinien on odpowiadać także za spowodowanie wypadku drogowego, w którym ucierpiał Kacper – ale za usiłowanie zabójstwa własnego dziecka.

4 marca ub. roku wskutek wybuchu gazu zawaliła się część kamienicy na poznańskim Dębcu. Prokuratura ustaliła, że bezpośrednią przyczyną eksplozji było celowe odkręcenie przez Tomasza J. rury doprowadzającej gaz do kuchenki. Spowodowało to uwolnienie się znacznej ilości gazu i w efekcie doprowadziło do jego wybuchu. W ruinach budynku znaleziono ciała pięciu osób; rannych zostało łącznie ponad 20 mieszkańców kamienicy.

 

W czwartek Sąd Okręgowy w Poznaniu kontynuował proces przeciwko Tomaszowi J., którego prokuratura oskarżyła o zabójstwo żony Beaty J., znieważenie jej zwłok, a także zabójstwo czterech osób i usiłowanie zabójstwa kolejnych 34 mieszkańców kamienicy poprzez spowodowanie wybuchu gazu. Tomasz J. został też oskarżony o spowodowanie wypadku drogowego, w wyniku którego ciężkich obrażeń ciała doznał jego syn Kacper.

 

ZOBACZ: Zabił żonę, wysadził kamienicę. Ruszył jego proces w Poznaniu

 

Chłopca nie było w domu w momencie katastrofy

 

Do wypadku samochodowego doszło na początku stycznia 2018 r. Autem podróżował Tomasz J. wraz z synem. Mężczyźnie w wyniku zdarzenia nic poważnego się nie stało, natomiast chłopiec przez długi czas przebywał w szpitalu; nie było go w domu w momencie katastrofy. Do wypadku samochodowego miało dojść krótko po tym, jak Beata J. oświadczyła mężowi, że od niego odchodzi. Kobieta miała mówić później, że mąż z zemsty próbował zabić ich syna.

 

Po tym zdarzeniu Beata J. zerwała kontakt z mężem. W tym samym czasie miała też odnowić kontakt z dawnym znajomym i planowała wyjechać do niego za granicę.

 

W trakcie czwartkowej rozprawy kurator sądowa Kacpra J. adw. Barbara Szubert złożyła wniosek o rozważenie przez sąd zmiany kwalifikacji prawnej jednego z zarzucanych Tomaszowi J. czynów, czyli zmiany kwalifikacji ze spowodowania wypadku samochodowego – na usiłowanie zabójstwa syna.

 

ZOBACZ: Wybuch pieca w kamienicy w Zgierzu. Ewakuowano 20 mieszkańców

 

Do wypadku doszło "na pustej drodze"

 

Jak tłumaczyła, dotychczas zgromadzony w sprawie materiał dowodowy wskazuje, w szczególności opinia biegłego, że samochód, który prowadził wówczas Tomasz J. był całkowicie sprawny; w szczególności oświetlenie, ogumienie, czy działanie układu hamulcowego. Dodała, że do wypadku doszło "na pustej drodze, w warunkach atmosferycznych, jak podawali świadkowie, bardzo dobrych, przy suchej nawierzchni, dobrej widoczności, w porze dziennej".

 

- Zeznania świadków także wskazują, że na drodze nie było żadnego śladu hamowania. Także zeznania Beaty J., która co prawda była matką pokrzywdzonego Kacpra J., ale wskazywała poza różnymi drastycznymi okolicznościami także to, że Tomasz J. był bardzo dobrym kierowcą, że nigdy nie było sytuacji, w której miałby nie zapanować nad pojazdem - mówiła.

 

Jak dodała, "wszystkie te okoliczności nie pozwalają mi, jako kuratorowi małoletniego, który ma dbać o jego interesy, przystać na tym, że odpowiedzialność karna za czyn, którego dopuścił się Tomasz J. miałaby poprzestać tylko na art. 177 kk (spowodowanie wypadku drogowego – red.)".

 

"Celowo, z premedytacją rozpędził się, uderzył w drzewo"

 

Wniosek ten poparli pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych. Adw. Katarzyna Golusińska podkreśliła, że "biorąc pod uwagę argumentację przytoczoną przez kuratora małoletniego Kacpra J., a także z opinii biegłego wynika jasno, że nie było żadnych zewnętrznych przyczyn, które mogłyby stanowić element, który by doprowadził do tego wypadku".

 

- Trudno zatem, analizując materiał dowodowy, oprzeć się wrażeniu, że nie miało miejsca nic innego, jak to, że Tomasz J. celowo, z premedytacją rozpędził się, uderzył w drzewo – wiedząc, że pokrzywdzi własnego syna – wskazała.

 

ZOBACZ: Akt oskarżenia dla Mateusza H. za spowodowanie wybuchu w Bielsku-Białej

 

Podczas czwartkowej rozprawy sąd przesłuchał także kolejnych świadków; mieszkańców kamienicy. Katarzyna S.-P., mówiła w sądzie, że żona oskarżonego "wspominała mi, że Tomasz jej zagroził, że "zabierze jej to, co najbardziej kocha". Dodała, że słyszała od Beaty J., że nie układało im się w małżeństwie, dochodziło między nimi do sprzeczek, a Tomasz J. nadużywał alkoholu.

 

Zakaz zbliżania się do syna

 

Inny z mieszkańców kamienicy Sebastian K. pomagał sporadycznie Beacie i Tomaszowi J. w drobnych naprawach domowych. W sądzie powiedział, że podczas jednej z rozmów z Beatą kobieta powiedziała mu, że jej zdaniem styczniowy wypadek samochodowy nie był przypadkowy i Tomasz J. celowo do niego doprowadził. Beata J. miała rozważać także wystąpienie o zakaz zbliżania się Tomasza J. do ich syna - Kacpra.

 

Zeznania składali także inni mieszkańcy kamienicy, którzy opisywali moment wybuchu. Sąd przesłuchał m.in. Krzysztofa Ś., który podkreślił, że w momencie wybuchu obudził go potężny huk.

 

- Wybiegłem na korytarz i zobaczyłem kurz, przewróconą szafę, zerwane drzwi z futryną od mieszkania, widziałem klatkę schodową. Słyszałem wołanie syna sąsiadów z klatki schodowej, krzyczał żeby ratować jego rodziców. Pobiegłem tam i wbiegłem do mieszkania sąsiada. Było tam pełno gruzu. Zobaczyłem sąsiadów, którzy krzyczeli, że córkę przysypał gruz. Zaczęliśmy odgarniać gruz z łóżeczka, ale tam dziecka nie było. Znaleźliśmy dziewczynkę i wyjęliśmy ją spod gruzu. Początkowo nie dawała oznak życia, ale przeżyła – podkreślał Krzysztof Ś.

 

ZOBACZ: Zabił dwa psy, a potem spalił je w piecu. Ruszył proces 32-latka

 

"W mieszkaniu wszystko zostało zniszczone"

 

Świadek mówił w sądzie, że żaden z członków jego rodziny nie ucierpiał fizycznie w wyniku tego zdarzenia. - W pamięci to na pewno pozostało, ale nie musieliśmy podejmować terapii, ani korzystać z pomocy specjalistów. W naszym mieszkaniu wszystko zostało zniszczone, niczego nie udało się odzyskać, to znaczy kilka sztuk ubioru wyciągnęli strażacy. Z ubezpieczenia nie otrzymaliśmy nic, bo mieszkania nie mieliśmy ubezpieczonego. Od Miasta otrzymaliśmy w sumie ok. 60 tys. zł, ale trudno określić ile dokładnie, bo pieniądze napływały z różnych źródeł. Z sąsiadami spotykamy się czasem na kawie, każdemu coś w pamięci pozostało – mówił.

 

Zeznania składała także Małgorzata P., żona Krzysztofa Ś. Opisując moment zdarzenia podkreśliła, że po wybuchu wokół "było pełno iskier, woda się lała, słyszeliśmy nawoływanie o pomoc". - Pamiętam, że bardzo szybko zjawiła się straż pożarna. Wybiegłam na podwórze i zobaczyłam pełno rozbitego szkła, jakieś maskotki. Z budynku wyprowadzała nas straż pożarna – wskazała.

Kolejna rozprawa odbędzie się w styczniu.

msl/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze