"Otwarci, poważani ludzie", prowadzili rodzinny stok narciarski. Szczyrk wstrząśnięty tragedią

Polska
"Otwarci, poważani ludzie", prowadzili rodzinny stok narciarski. Szczyrk wstrząśnięty tragedią
PAP/Andrzej Grygiel
"Otwarci, poważani ludzie", prowadzili rodzinny stok narciarski. Szczyrk wstrząśnięty tragedią

- To była znana rodzina w Szczyrku, znana także w świecie narciarskim i snowboardowym – mówili w czwartek rano mieszkańcy Szczyrku o ofiarach środowego wybuchu gazu w domu jednorodzinnym w tej miejscowości. Doszło do niego w środę wieczorem. Dzień później, zaraz przed południem, ratownicy odnaleźli ciała siódmej i ósmej ofiary tragedii.

W czwartek około południa burmistrz Szczyrku Antoni Byrdy poinformował dziennikarzy o apelu lokalnego samorządu, aby w związku z tragedią mieszkańcy uszanowali ją poprzez powstrzymanie się od imprez rozrywkowych - do godz. 24. w niedzielę. Mieszkańcy i turyści mówili jednak w tym czasie dziennikarzom, że niezależnie od formalnego ogłoszenia, w mieście jest już żałoba.

 

"Byli bardzo znani i lubiani"

 

Jak powiedziała Sabina Bugaj, pracująca w miejskim ośrodku kultury, promocji i informacji, rodzina, która zginęła w tragedii, była znana w Szczyrku i w świecie narciarskim, snowboardowym.

 

- Byli bardzo znani, lubiani. To była rodzina z tradycjami narciarskimi, sportowymi. Mieli rodzinny stok narciarski "Kaimówka", na którym, jak mam 40 lat, to przynajmniej 35 lat jeździłam. Mieli rodzinny interes, jedną z pierwszych wypożyczalni sprzętu narciarskiego sportowego, serwis sprzętu. Byli trenerami narciarstwa, snowboardu - wyjaśniała Bugaj.

 

Jak akcentowała, byli to lubiani, otwarci, poważani ludzie. - Mieszkali wielopokoleniowo, ci młodsi, z dziećmi, dziadkowie - my tak żyjemy w Szczyrku. Zawsze budowało się tu duże domy - tyle, ile dzieci, tyle praktycznie pięter, żeby mieszkać razem. Jeszcze wiele takich domów wielopokoleniowych tutaj jest - to był jeden z przykładów, gdzie jeszcze naprawdę wszyscy mieszkali, bo różnie już teraz bywa - obrazowała.

 

- Oni tu wszyscy mieszkali, to bardzo gęsta zabudowa - taka uliczka. Żyli bardzo blisko razem. A my się tu wszyscy znamy – mamy 5,6 tys. mieszkańców. Wszyscy spotykamy się w kościele, albo w ośrodku zdrowia, na zakupach, na ulicy. Widujemy się praktycznie na co dzień – to mała społeczność, zatem dotyka to wszystkich - podkreśliła Bugaj.

 

Opieka psychologiczna dla kolegów i koleżanek zmarłych dzieci

 

Dodała, że w czwartek mieszkańcy Szczyrku odbierają liczne telefony - od znajomych czy zaprzyjaźnionych turystów. - Ludzie dzwonią z Polski, dokładnie znają tę rodzinę, jej nazwisko - wskazała.

 

Jak dodała, część dzieci z rodziny chodziła do szczyreckiej szkoły podstawowej nr 1, część do szkoły nr 2.

 

- Dzisiaj jest taki dzień, kiedy tych dzieci w szkole nie ma. Wiem, że dzieci i młodzież są objęte dziś opieką psychologiczną, wiele z nich, idąc dziś do szkoły, mijało to miejsce. Oglądają telewizję, w domach o tym się mówi. Nie było takiej tragedii w Szczyrku - nie było na tak dużą skalę, aby tak duża rodzina zginęła - oceniła.

 

- To jedna z największych tragedii, jakie spotkały nas do tej pory - taką małą społeczność. Szczyrk jest znany, wydawałoby się, że to kurort, a to wioska: 5,6 tys. mieszkańców i mamy raz tyle miejsc noclegowych. Więc tej skali tragedia dotyka wszystkich. Pominąwszy proceduralną kwestię, żałobę: wszyscy mamy tę żałobę, po prostu. A ludzie chcą w niej pomagać, przyjechać, coś zrobić - zaznaczyła Bugaj.

 

"Chciałam po prostu łzę uronić"

 

W pobliże miejsca katastrofy przyszła w czwartek rano pani Wanda, która od blisko dwóch tygodni wypoczywa o pobliskim ośrodku rehabilitacyjnym.

 

- Chciałam po prostu łzę uronić (...) Straszny dzisiaj u nas był smutek na stołówce i w pokojach. Wszyscy tylko o tym mówią. Każdy miał nadzieję, że kogoś żywego wyciągną. Po prostu przeżywamy śmierć tych ludzi – zadeklarowała.

 

Ofiary tragedii znał m.in. szczyrkowianin, pan Antoni. - Bardzo dobrze się znamy, choć ja jestem starszy. Na nartach razem jeździliśmy, oni prowadzili warsztat, w którym ostrzyli i smarowali narty – powiedział.

 

- Dzwonił też do mnie pan z Warszawy, który przyjeżdżał na narty, i pyta, gdzie to się stało, co się stało. Mówię mu: tam, gdzie ostrzyłeś te narty, u tego Józka. To znany człowiek - dodał pan Antoni.

 

Jak powiedział, w środę wieczorem usłyszał potężną eksplozję. - Myślałem, że piec mi wybuchł. Poleciałem na dół do kotłowni i patrzę – wszystko w porządku. Za chwilę już straż, alarm - opowiadał.

 

Wybuch prawdopodobnie po uszkodzeniu gazociągu

 

Polska Spółka Gazownictwa (PSG) poinformowała w nocy ze środy na czwartek, że "najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy w Szczyrku w środę wieczorem było uszkodzenie gazociągu średniego ciśnienia podczas robót wykonywanych przez firmę AQUA System".

 

Do wybuchu doszło w domu jednorodzinnym oddalonym o niespełna sto metrów od głównej szczyrkowskiej ulicy: Salmopolskiej. Mieszkająca w nim rodzina miała tuż obok, u podstawy zbocza Skrzycznego, własny stok i prowadziła niewielki ośrodek narciarski – z dwoma wyciągami, wypożyczalnią sprzętu i szkółką narciarską.

 

W czwartek rano przy głównej ulicy Szczyrku między wozami straży pożarnej i innych służb stała naczepa firmy AQUA System – z dodatkowym napisem "Przewierty sterowane"

wka/ml/ PAP, polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze