"Keep calm and save life" vs. "Ten statek zaczyna tonąć". Rzeczywistość na SOR-ach

Polska
"Keep calm and save life" vs. "Ten statek zaczyna tonąć". Rzeczywistość na SOR-ach
Pixabay

- Dziś mam "dwunastkę", jutro idę na 36 godzin. W domu czeka na mnie 4-miesięczne dziecko - powiedział jeden z warszawskich ratowników medycznych. Jechałam wtedy karetką na SOR z podejrzeniem zaburzeń neurologicznych. W drodze na oddział rozmawialiśmy o jego pracy i kryzysie w służbie zdrowia. On mówił, ja starałam się nie skupiać na postawionej diagnozie.

To był mój pierwszy pobyt na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Wokół wielu pacjentów, w większości starszych.

 

- Bardzo niewiele osób wie, do czego faktycznie służy Szpitalny Oddział Ratunkowy. Dziś pacjent udaje się tam, bo nie wie, gdzie indziej może zgłosić się po pomoc - zauważa Jakub Nelle, ratownik medyczny, administrator profilu "Ratownictwo Medyczne - łączy nas wspólna pasja". Niewiedza skutkuje z kolei tym, że na korytarzach SOR-ów często są tłumy pacjentów.

 

Według ratownika, istotne jest prowadzenie kampanii uświadamiających Polakom, w jakich przypadkach należy zgłosić się na SOR. Wtedy zmniejszyłaby się liczba chorych pojawiająca się każdego dnia. 

 

- Czasem jest to nawet od 100 do 200 osób w ciągu doby, zależy od placówki. SOR-y są obciążone - dodaje.

 

"Największym problemem jest system"

 

Nelle, pytany o największy problem działalności SOR-ów, wskazał system.

 

- Coraz częściej okazuje się być niewydolny. Personel jest przepracowany, wciąż brakuje kadry. Problem narasta z roku na rok. Zaniedbania sięgają ostatnich 10 lat - twierdzi.

 

Profesor Juliusz Jakubaszko, członek zarządu Europejskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej oraz Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej uważa, że głównym czynnikiem uniemożliwiającym poprawną pracę szpitalnych oddziałów ratunkowych jest brak porozumienia na linii lekarze-politycy.

 

- Problemem jest bariera intelektualna pomiędzy światem lekarskim a światem polityki, skutkująca niedofinansowaniem, chaosem legislacyjnym i nieudolnością menadżerską. W konsekwencji obserwujemy odpływ kadr z tego sektora ochrony zdrowia i narastające niezadowolenie społeczne - komentuje w rozmowie z polsatnews.pl.

 

"Czerwony poza kolejnością"

 

Podczas mojego pobytu na SOR-rze wszystko działo się bardzo szybko. Przyjęto mnie w ciągu kilku minut. Równie sprawnie przeprowadzono wywiad oraz skierowano na niezbędne badania.

 

Pomocny w klasyfikacji chorych w zależności od stopnia obrażeń, dolegliwości, objawów i szans na przeżycie jest system TRIAGE. Każdy z pacjentów dostaje kolorową opaskę, pozwalającą lekarzom lepiej ustalić priorytety pracy.

 

- Czerwony kolor oznacza pomoc natychmiastową. Osoba musi zostać przyjęta poza kolejnością. Oznakowana na pomarańczowo czeka do 10 minut - wyjaśnia Jakub Nelle.

 

W hierarchii są jeszcze trzy kolory: żółty, zielony i niebieski. Pacjenci z tymi opaskami poczekają odpowiednio maksymalnie: godzinę, cztery lub sześć.

 

Ja byłam "pomarańczowa".

 

"Niektóre placówki nie wykonują pracy należycie"

 

Zbyt duża liczba "niebieskich" tworzy ogromne kolejki powodujące narastanie frustracji oczekujących na szpitalnych korytarzach. - Ktoś niepotrzebujący pomocy na cito, de facto blokuje miejsce komuś w ciężkim stanie - mówi Jakub Nelle.

 

Jego zdaniem, problem tworzący się na SOR-ach może wynikać również z "niewykonywania przez niektóre placówki swojej pracy należycie".

 

- Pacjent powinien od początku swojej jednostki chorobowej być informowany o tym, gdzie może udać się po pomoc "po godzinach" pracy lekarza rodzinnego - stwierdza. Zdarzają się sytuacje, gdy ktoś w stanie niezagrażającym życiu o godzinie 13:00 nie może dostać się do "rodzinnego", gdyż w danej przychodni nie ma już miejsc.

 

- Wtedy często idzie na SOR, gdzie opowiada o tej sytuacji. My takiego człowieka musimy zawrócić znów do lekarza pierwszego kontaktu - opowiada Nelle.

 

"SOR faktycznie powinien być oddziałem ratunkowym"

 

Rozmówca polsatnews.pl uważa, że kluczowa w rozwiązaniu piętrzących się problemów powinna być współpraca poszczególnych jednostek opieki zdrowotnej.

 

- System będzie bardziej wydajny, jeśli każda z komórek zechce ze sobą współpracować. Wtedy na nasze barki nie spadną wszyscy pacjenci, również ci niewymagający pobytu w szpitalu. SOR faktycznie powinien być oddziałem ratunkowym. Jako jego pracownicy próbujemy to naprawiać, ale bez ogólnopolskich kampanii informacyjnych i odpowiednich reakcji frakcji rządzącej nic nie zmienimy - mówi Jakub.

 

"Zostaje 1200 zł »na rękę«"

 

Ratownik rozmawiający ze mną w karetce opowiadał o wielogodzinnych dyżurach. Problem ten dotyczy większości pracujących w tym zawodzie. Jak wyjaśnia Nelle, "w Polsce ratownik medyczny ma umowę o pracę oraz kontrakt (konieczne jest wtedy założenie działalności gospodarczej - red.)".

 

- Często, gdy nie ma kadry, trzeba brać dłuższe dyżury, nawet te 48-godzinne. Ten rodzaj zatrudnienia przewiduje nienormowany czas pracy - mówi.

 

- Spójrzmy prawdzie w oczy. Będąc na kontrakcie, wyrabiając godziny etatowe, muszę sam opłacić ZUS i pozostałe składki. Zostaje mi wtedy 1200 złotych "na rękę". Czy za to można godnie żyć? - pyta Jakub.

 

Ministerstwo Zdrowia z kolei zauważa, że "wynagrodzenia ratowników medycznych zaczęły wzrastać od 1 lipca 2017 r., od kiedy na mocy porozumienia między środowiskiem ratowników medycznych a Ministerstwem Zdrowia zostały przyznane dodatki do płacy zasadniczej na poziomej 400 zł miesięcznie w przeliczeniu na jeden etat".

 

"W roku 2018 dodatki te wyniosły 800 zł miesięcznie, a w roku 2019 - 1200 zł miesięcznie. Obecnie Ministerstwo Zdrowia czyni starania, aby w przyszłym roku ratownicy medyczni otrzymali kolejną podwyżkę wynagrodzenia" - podkreśla Sylwia Wądrzyk, dyrektor biura komunikacji Ministerstwa Zdrowia.

 

Braki kadrowe dotykają również lekarzy. Prof. Jakubaszko zaznacza, że do prawidłowego funkcjonowania SOR-ów potrzebnych jest około 2500 lekarzy specjalistów medycyny ratunkowej.

 

- Formalnych, potwierdzonych dyplomami, specjalistów jest obecnie około 1100, z czego tylko połowa pracuje w obszarze medycyny ratunkowej. Wielu z nich podjęło się innych specjalizacji lub wyjechało za granicę. W trakcie kształcenia jest kolejnych 600 osób. Pocieszające, że w tym roku przyznano 152 rezydentury dla medycyny ratunkowej. Jednak, ilu młodych lekarzy je podejmie, okaże się dopiero po kwalifikacjach w październiku - mówi.

 

"Entuzjazm opadł"

 

- Mamy braki kadrowe. Nikt nie chce tu pracować - mówił, przyjmujący mnie na oddział lekarz. Prof. Jakubaszko opowiada o genezie problemu.

 

- Braki lekarzy specjalistów w SOR-ach i "zsyłanie" do dyżurowania w nich lekarzy z innych oddziałów szpitalnych, o innej specjalności, budzi jedynie niechęć do tych oddziałów i strach przed odpowiedzialnością za decyzje lekarskie, jakie trzeba tam podejmować. Bo przecież specyfika pracy w SOR, w tym szczególnie kontakt z nieznanym, "ostrym" pacjentem i presja krótkiego czasu na podjęcie decyzji leczniczej wymaga specjalizacji w medycynie ratunkowej i dużego doświadczenia klinicznego w jej uprawianiu - objaśnia profesor.

 

W 2006 roku weszła w życie ustawa o państwowym ratownictwie medycznym oddalająca obowiązek uzyskania specjalizacji lekarskiej z medycyny ratunkowej dla chętnych do pracy w SOR i ambulansach.

 

- Wiele szkody wniosło zawarte w niej pojęcie "lekarza systemu", które w konsekwencji dopuszczało do praktykowania medycyny ratunkowej prawie każdego lekarza, nawet takiego bez żadnej specjalizacji. Wtedy entuzjazm wielu lekarzy opadł. Stwierdzili, że mogą kształcić się w innej, bardziej dochodowej specjalności i równocześnie pracować w SOR czy w Pogotowiu Ratunkowym. Medycynę ratunkową odkładali na później, gdyż jest to trudna specjalizacja. Myślę, że 5 lat na jej zrealizowanie to dla wielu zbyt krótko. Dalsze pogarszanie sytuacji przynosiły kolejne nowelizacje tej ustawy, szczególnie podejmowane w ostatnich latach - podkreśla rozmówca polsatnews.pl.

 

234 SOR-y

 

Resort zdrowia zapytałam również o niechęć lekarzy do pracy na szpitalnych oddziałach ratunkowych. 

 

"Ministerstwo Zdrowia i NFZ dokładają wszelkich starań, aby systematycznie poprawiać sytuację w oddziałach ratunkowych. Od 2016 r. systematycznie wzrasta liczba szpitalnych oddziałów ratunkowych - od 221 do 234. W parze z rosnącą liczbą SOR-ów idzie stały wzrost finansowania, który w latach 2015-2019 wyniósł 54%.

 

Ponadto, zgodnie z zarządzeniem Prezesa NFZ z dnia 19 czerwca 2019 r., od 1 lipca 2019 r. nastąpiło zwiększenie o 10% stawki bazowej dla SOR i Izb Przyjęć w stosunku do jej wartości obowiązującej przed tym dniem. Wzrost wysokości stawki bazowej ma przełożenie na zwiększenie wartości stawek ryczałtów dobowych, a co za tym idzie - wysokości finansowania danych świadczeń opieki zdrowotnej od drugiej połowy 2019 r.".

 

"65-latek przenoszący panią na wózek"

 

Wróćmy do ratowników medycznych. Długie dyżury i zbyt małe wynagrodzenie to niejedyne przeszkody w ich codziennej pracy. Kłopotem jest również brak wcześniejszego przejścia na emeryturę. 

 

- W wojsku i policji możliwa jest wcześniejsza emerytura. Zarówno my, jak i pielęgniarki musimy pracować aż do przekroczenia wieku emerytalnego. Proszę sobie wyobrazić 65-latka przenoszącego panią na wózek czy nosze - opowiada Jakub Nelle.

 

Młode pokolenie ratowników medycznych to, zdaniem Nelle, "pasjonaci kochający ten zawód". - Ludzie teraz emigrują za granicę. Polski ratownik medyczny jest dla większości państw na świecie łakomym kąskiem, gdyż ma wykształcenie wyższe. W innych krajach nie jest to tak powszechne - mówi rozmówca polsatnews.pl.

 

Na końcu naszej rozmowy odwołuje się do popularnego w branży profilu na Facebooku "To nie z mojej karetki". Udostępniane tam są historie z codziennego życia pracowników SOR. Nie brakuje ironii i gorzkiego spojrzenia na rzeczywistość.

 

- Strona ta w dużej mierze pokazuje prawdę o naszym zawodzie. Statek pod banderą SOR powoli zaczyna tonąć - puentuje Jakub.

 

Mimo problemów, na które zwracają uwagę specjaliści, atmosfera podczas mojej wizyty na SOR była zaskakująco dobra. Przy pobieraniu krwi, ratownik nawiązał do moich tatuaży. Wywiązała się z tego krótka, choć ciekawa dyskusja. Za chwilę przy łóżku pojawił się inny z "Keep calm and save life" na koszulce ("Zachowaj spokój i ratuj życie - red.).

 

- Fajną ma pan koszulkę - zauważyłam. - Cały jestem fajny - odpowiedział ze śmiechem. Kolejne badanie i kolejne żarty. - Teraz zawiniemy panią jak burrito - mówiła jedna ze szpitalnych pracownic.

 

"Dla pacjentów chcę być, przede wszystkim, Człowiekiem"

 

Jest też kolejna iskierka nadziei. Na facebookowym profilu "To nie z mojej karetki", pod hasztagiem #SystemToJa administratorzy publikują historie osób zatrudnionych w branży medycznej, dające nadzieje na "lepsze jutro" służby zdrowia. Jedną z nich jest Weronika - od 2017 roku pracująca na Oddziale Intensywnej Terapii.

 

"Dla moich pacjentów chcę być przede wszystkim Człowiekiem, przez duże C. Rozmawiam, obserwuje, reanimuję, przygotowuję leki, pielęgnuję, dbam. Nie robię rzeczy ponadludzkich. (...) Zdarzało mi się sprawdzać dla pacjenta wyniki meczu jego ulubionej drużyny. Zdarzało mi się przytulić zapłakaną żonę. Zdarzało mi się ustawić nieposłusznego pacjenta do pionu. Nie robię nic nadzwyczajnego. Jestem" - czytamy opis pod zdjęciem.

 

Profesor Jakubaszko zauważa, że w kształtowaniu wizerunku oddziałów ratunkowych ogromną rolę pełnią media, zarówno społecznościowe, jak i tradycyjne.

 

- Od naszych amerykańskich kolegów wiemy, że ich wsparcie było i jest ważne. Popatrzmy np. na seriale produkowane w USA, chociażby "MASH", popularny również u nas w latach 90-tych. Pokazywał on codzienną walkę lekarzy medycyny ratunkowej o życie pacjentów i realia pracy oddziałów ratunkowych - podkreśla.

 

"Pierwsze minuty są kluczowe"

 

Z uwagi na problemy opisane powyżej, karetki nie zawsze są w stanie dotrzeć do potrzebującego w ciągu kilku minut. Piotr Skura, Koordynator Krajowy Pierwszej Pomocy PCK, w rozmowie z polsatnews.pl zaznacza, że "jeśli resuscytacja podjęta zostanie szybko, jest duża szansa, że osoba z nagłym zatrzymaniem krążenia przeżyje".

 

- W Polsce rocznie mamy około 40 tysięcy przypadków utraty przytomności i zatrzymania oddechu. Pierwsze minuty w takich sytuacjach są kluczowe dla uratowania poszkodowanego - informuje.

 

"Szkolenia warto powtarzać co 2 lata"

 

Jak wynika z przeprowadzanych przez Skurę szkoleń, w polskim społeczeństwie panuje przeświadczenie, że potrafimy udzielać pierwszej pomocy.

 

- Wielu uczestników kursów tak uważa, choć należy pamiętać, że wytyczne Europejskiej Rady Resuscytacji zmieniają się co 5 lat. Kolejne zmiany już w 2020 roku. To, czego uczyliśmy się w szkole kilka dekad temu znacząco różni się od obecnych standardów. Szkolenia powinno powtarzać się co dwa lata. Gorąco do tego zachęcam - kończy swoją wypowiedź.

 

Po gruntownym przeglądzie zostałam wypisana. Mój stan nie zagrażał życiu. Na SOR spędziłam około trzech godzin.

Aleksandra Cieślik/luq/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze