"Czeczeńska mafia chciała mnie zabić". Bartoszewski w "Plus Minus"

Polska
"Czeczeńska mafia chciała mnie zabić". Bartoszewski w "Plus Minus"
Polsat News

- Pewnej soboty dzwoni telefon i słyszę w słuchawce jakiś dziwny element, który informuje mnie, że będę mu teraz płacił grube tysiące dolarów miesięcznie albo będę pływał do góry brzuchem w rzece Moskwa - mówił Piotrowi Witwickiego Władysław Teofil Bartoszewski. Kandydat PSL do Sejmu opowiedział w "Plus Minus" o interesach, które w latach 90. prowadził na terytorium Rosji.

Bartoszewski został zapytany "skąd wziął się pomysł, by historyk i antropolog zajął się kupowaniem dużych przedsiębiorstw". - To były czasy, gdy runął mur berliński i pomyślałem, że zamiast siedzieć w Oksfordzie i teoretyzować, trzeba działać. Chciałem się dostać do branży konsultingowej, ale nie miałem żadnego doświadczenia - odpowiedział.

 

Kandydat PSL do Sejmu w latach 90. prowadził interesy w Rosji. - To był dziki Wschód. Tam się różne rzeczy działy. Żeby się połączyć z Londynem, bo nie mówię już o Ameryce, musiałem zamawiać rozmowy na poczcie. Faks był jeden w hotelu 
i płaciło się 10 dolarów za stronę. 
On chodził albo nie. Warunki były ekstremalnie prymitywne i nikt nic nie rozumiał. To były głębokie sowiety - powiedział w "Plus Minus".

 

"Nikt z Zachodu nie chciał pomagać Jelcynowi"

 

Bartoszewski był świadkiem moskiewskiego puczu Janajewa. - Pojawiam się w Moskwie, a tam ostrzeliwują parlament. Włączam telewizor, a tam nie ma programu, bo telewizja została przejęta przez rebeliantów. Wstałem następnego dnia rano i dowiedziałem się, że zastrzelono kogoś obok agencji ITAR-TASS. Moje biuro było dziesięć metrów dalej. Jak doszedłem do pracy na dziewiątą rano, to trupa już nie było. Rosyjska agencja prasowa była jednak ważnym punktem w czasie puczu. Władzom zależało, żeby jej nie zdobyto. W związku z tym naprzeciwko mojego okna stał na balkonie ręczny karabin maszynowy - mówił w rozmowie z Piotrem Witwickim.

 

Historyk stwierdził, że "wielu Rosjan narzeka dziś na Borysa Jelcyna, ale on był prawdziwym demokratą". - Nie wiem, jak nastąpiło jego mentalne przekształcenie, ale pozwolił wybierać gubernatorów w regionach i robić to wszystko, co nie jest zabronione. Media za Jelcyna były bardziej wolne niż w jakimkolwiek europejskim kraju. Nie znam takiego państwa w Europie, gdzie główne wiadomości mogą codziennie - dodał.

 

Witwicki stwierdził, że "demokracja nie przyjęła się jednak w Rosji". - Z bardzo prostego powodu. Nikt z Zachodu nie chciał pomagać Jelcynowi. Wszyscy uznali, że mamy koniec historii Fukuyamy i inne dyrdymały, a Rosja musi sobie radzić sama. Jelcyn miał kryzys finansowy, który odziedziczył po Gorbaczowie, a cena baryłki ropy (sytuacja gospodarcza Rosji w dużej mierze zależy od cen surowców – red.) wynosiła 14 dolarów - tłumaczył Bartoszewski.

 

Polityk wyjawił także, że na początku lat 90. chciała go zabić mafia czeczeńska. - To była bardzo śmieszna historia - mówił.

 

- Wtedy nie była ona śmieszna. Pracowałem nad przejęciem przedsiębiorstwa na południu Rosji. To był czas, gdy nie byłem widoczny. Moja firma nie miała nawet tabliczki na drzwiach. Pracowaliśmy dla bardzo dużych koncernów z Zachodu i one nas znały, ale w Rosji mieliśmy być niewidzialni. Tylko jak się skutecznie pozyskuje duże przedsiębiorstwa, 
to ludzie to widzą, a ja w dodatku nadepnąłem komuś na odcisk. Z tego powodu zostałem sprzedany mafii ormiańskiej, podobno za 50 tys. dolarów - dodał.

 

18-letni ochroniarz

 

Jak powiedział, mafia ormiańska "z jakichś względów nie chciała się nim zajmować i sprzedała go za tyle Czeczenom". - Ci chcieli odzyskać te pieniądze - dodał.

 

- Pewnej soboty dzwoni telefon i słyszę w słuchawce jakiś dziwny element, który informuje mnie, że będę mu teraz płacił grube tysiące dolarów miesięcznie albo będę pływał do góry brzuchem w rzece Moskwa. Do poniedziałku miałem czas, by zebrać pierwszą transzę. Większość firm, które operowały wtedy w Rosji, miała nieformalną ochronę, która nazywała się krysza. Ja nie miałem takiego dachu, bo utrzymywałem się poniżej parapetu i uważałem, że nie warto płacić haraczy. Czeczeni musieli wiedzieć, że nie ma kryszy, ale nie wiedzieli, że mam ukrytych znajomych. Jeden z nich, doktor matematyki, był przedtem w specnazie i prowadził szkołę ochroniarską - relacjonował.

 

- Znajomy usiadł i zaczął mi na kanapie przedstawiać scenariusze: albo to są ludzie z KGB, którzy sobie dorabiają, i wtedy da się to załatwić, albo mogą to być młodzi gniewni, którzy zauważyli, 
że wszyscy jeżdżą mercedesami, a oni jeszcze nie, i z nimi nie idzie się dogadać - mówił Bartoszewski.

 

Jak dodał, dostał 18-letniego ochroniarza. - Powiedziano mi, że jest wykształcony, bo dostał już raz kulę. Miał być ze mną przez 24 godziny na dobę, a ja miałem nie ruszać się z domu. Znów odezwał się tajemniczy głos w słuchawce: oni ustalali godzinę, a my miejsce. To była ogromna kawiarnia na głównej ulicy Moskwy. Zajęliśmy stolik, mój ochroniarz miał mikrofon, a dwóch chłopaków kilka stolików dalej siedziało ze słuchawkami. W pewnym momencie przyszedł facet, którzy rzeczywiście wyglądał na Czeczena, ze swoim ochroniarzem, który był olbrzymi i gruby jak beka. Mój był młody, ale miał oczy jak wilk. Czeczen od razy zapytał, kto to jest. Odpowiedziałem, że mój doradca do spraw bezpieczeństwa. Pokazał wtedy swojego ochroniarza 
i powiedział, że to jego doradca do obcinania uszu. Powtórzyli, czego chcą, 
i było widać, że celują w procent firmy. Mój przyjaciel odpowiedział, że to jest nieporozumienie, bo mamy ochronę 
w postaci kryszy, a tamten, że nie mamy. Widać mieli to sprawdzone. Wtedy mój ochroniarz napisał na kartce nazwisko szefa największego gangu w Rosji. Czeczen się wystraszył i powiedział, 
że będzie sprawdzać, czy on nas naprawdę chroni, a jak nie, to nas zabije - dodał.

 

"Groził pływaniem do góry brzuchem, sam tak skończył"

 

Jak wynika z relacji polityka PSL, jego przyjaciel "miał takie kontakty, że tego samego dnia umówili się z rodziną tego szefa największego gangu w Rosji". - Prosto z kolacji pojechałem do domu, spakowałem torbę i poleciałem na lotnisko (...) Potem dowiedziałem się, że ten pan, co mi groził pływaniem do góry brzuchem w rzece Moskwa, sam tak skończył - powiedział.

 

Władysław Teofil Bartoszewski jest filozofem, historykiem i antropologiem społecznym. Ukończył Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet w Cambridge. W wyborach parlamentarnych kandyduje jako "jedynka" PSL-Koalicji Polskiej w Warszawie.

 

Jest synem Władysława 
Bartoszewskiego, więźnia obozu w Auschwitz 
i byłego ministra spraw zagranicznych.

zdr/ "Rzeczpospolita"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze