Fabryka zniszczona, pracownicy czekają na pensje

Polska

W fabryce produkującej opakowania kartonowe w Szczecinku wybuchł pożar - zakład został doszczętnie zniszczony, a do pracy z dnia na dzień nie mogło wrócić ponad 200 osób. Pracodawca zapewnił pracowników, że jeżeli się zwolnią sami, otrzymają pensje za sierpień i wrzesień. Niestety większość nie może znaleźć pracy. Ci, którzy zostali w fabryce, pracują na zgliszczach. Zobacz materiał "Interwencji".

12 sierpnia pracownicy firmy produkującej opakowania kartonowe w Szczecinku nie zapomną nigdy. Tuż nad ranem w fabryce wybuchł pożar. Fabryka została zniszczona. A z dnia na dzień do pracy nie mogło wrócić ponad 200 osób. Większość to osoby niepełnosprawne.

 

- Kolega przychodził tu o godz. 4 odpalać piece, żeby tektura mogła ruszyć, włączył zasilanie i nagle zapaliło się wszystko - mówi jedna z pracownic fabryki.

 

- Na dzień pożaru był to jedyny zakład pracy chronionej - mówi Ewa Tomczyk, rzecznik osób niepełnosprawnych w powiecie szczecineckim.

 

"Zadeklarował, że pensje nie są zagrożone"

 

Pracownicy byli zrozpaczeni. Jednak kilka dni po pożarze padły obietnice ze strony właściciela fabryki, że każdy pracownik pomoc otrzyma.

 

- Na spotkaniu, które mieliśmy trzy tygodnie temu, pracodawca zadeklarował, że pensje za sierpień nie są zagrożone - mówi Maciej Batura z powiatowego Urzędu Pracy w Szczecinku.

 

- Wszyscy deklarowali, że nam pomogą. Teraz zero kontaktu, nikt się nie odzywa. Gdziekolwiek idziemy, pracodawcy chcą świadectwa pracy, zaświadczenia o zarobkach, których nam nie chcą wystawiać - mówi pracownik fabryki.

 

Po pożarze znaczna część niepełnosprawnych pracowników zwolniła się natychmiast. Bali się o swoją przyszłość. Potrzebowali pieniędzy. Pracodawca zapewnił, że jak się zwolnią sami, dostaną pensje za sierpień i wrzesień. Zrobili to, ale pracę bardzo trudno im do dziś znaleźć.

 

- Jeśli ktoś jest postawiony w takiej sytuacji, że nie ma zaplecza finansowego, oszczędności, kogoś z rodziny, kto go wspomoże i otrzymuje komunikat, że pieniędzy nie ma i nie będzie na wypłaty, chyba że sam wypowie tę umowę, to wybór jest prosty - dodaje rzecznik osób niepełnosprawnych Ewa Tomczyk.

 

- Z pracy zwolniło się dużo głuchoniemych. Nikt nie chce takich pracowników, bo nie są przeszkoleni. Są teraz bez niczego - nie mają pracy i zasiłków - mówi pracownik.

 

"Nie ma żadnego zabezpieczenia w BHP"

 

Pracownicy, którzy pozostali w fabryce, pracują na zgliszczach. Wierzyli, że zgodnie z obietnicami właściciela fabryki dostaną pensje. Niestety były to tylko obietnice.

 

- Sprzątamy tynki, śmieci. Malowałyśmy słupy z tyłu hali. Nad naszymi głowami cały czas wiszą blachy, to poważne zagrożenie - informuje pracownica fabryki.

 

- Nie ma żadnego zabezpieczenia w BHP, ani w ludzi, ani w odzież. Na zgliszczach leżą popalone palety, gwoździe. Pracownicy chodzą w tenisówkach i nikt się tym nie przejmuje - dodaje pracownik zakładu.

 

Dziś pracownicy są w bardzo trudnej sytuacji. Jeśli się sami zwolnią, pensje za sierpień i wrzesień dostaną. Jeśli umowę o pracę wypowiedziałby właściciel fabryki - dostaliby świadczenia m.in. z Urzędu Pracy. Jednak pracodawca nie chce tego zrobić.

 

- Jeżeli te osoby dostaną wypowiedzenie stosunku pracy z powodów dotyczących zakładu pracy, to rejestrują się w urzędzie pracy i uzyskują prawo do zasiłku. Gdyby pracodawca był inicjatorem rozwiązania stosunku pracy, to prawdopodobnie przy tej liczbie pracowników wszedłby w tak zwane zwolnienia grupowe. Z tym wiążą się odprawy - tłumaczy Maciej Boruta.

 

"Trwa walka z ubezpieczycielem"

 

- PFRON (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych - red.) obiecał 56 tys. na utworzenie nowego stanowiska pracy. Jeżeli się zwolnimy sami, to tych pieniędzy nie będzie. Musimy mieć normalne wypowiedzenia od pracodawcy - tłumaczy pracownica fabryki.

 

Jak twierdzą pracownicy, żaden z nich nie dostał pensji. Część nie może spłacać zaciągniętych kredytów. - Jesteśmy pozostawieni sami sobie - twierdzą.

 

Reporterzy "Interwencji" próbowali porozmawiać z właścicielem fabryki.

 

- Na ile pieniędzy starczyło, tyle żeśmy wypłacili. Cały czas trwa walka z ubezpieczycielem, by wypłacił przynajmniej zaliczkę. Jeżeli to zrobi, będziemy wszytko regulować - zapewnia.

 

- To takie granie na czas - kto wytrzyma. Jeśli ktoś będzie słabszy, ten odpadnie. Rozumiemy, że to tragedia, ale oni powinni się z nami liczyć. Jakby nie było, my też jesteśmy ludźmi - mówi pracownica fabryki.

bas/ "Interwencja"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze