Polak zatrudniał w Norwegii rodaków. Nic im nie zapłacił. Aresztowano go pod zarzutem handlu ludźmi

Świat
Polak zatrudniał w Norwegii rodaków. Nic im nie zapłacił. Aresztowano go pod zarzutem handlu ludźmi
Archiwum prywatne

Tomasz S. zatrudniał Polaków do pracy przy zbiorach truskawek i malin w Norwegii. W internecie oferował pieniądze i zakwaterowanie. - Pracowaliśmy 7 dni w tygodniu, po 10-13 godzin. Nie dostaliśmy żadnych pieniędzy. Za barak, w którym mieszkaliśmy, musieliśmy sami zapłacić – powiedziała polsatnews.pl 19-letnia Julia ze Szczyrku, która przez miesiąc pracowała u Tomasza S. Polak został aresztowany.

Ofiarą mężczyzny, właściciela firmy w Fresvik (200 km na północ od Bergen) zatrudniającej polskich pracowników sezonowych, mogło paść ponad 40 osób. 

 

Tomasz S. działał w sposób zorganizowany. Zatrudniał ludzi, którzy nie mówili po angielsku, a potrzebowali gotówki lub byli studentami.

 

- Jest mi winien 21 tys. zł. Nie dostałam nic, a przez cały okres pobytu wydałam 2 tys. zł - powiedziała polsatnews.pl 19-letnia Julia Gałczyńska.

 

Na prysznic czekało się 2 godziny

 

Do Fresvik Julia przyjechała ze swoją przyjaciółką 14 lipca. - Ofertę pracy przy zbiorach znalazłyśmy przez internet. W ogłoszeniu nie było wielu szczegółów, więc zadzwoniłam do pana Tomasza S., aby dowiedzieć się więcej. Powiedział m.in., że jest to praca na akord, że zapewnia zakwaterowanie - opowiedziała 19-latka.

 

Na miejscu okazało się, że za barak trzeba zapłacić. Opłata wynosiła 1500 koron norweskich (ok. 600 zł). Według relacji kobiety w poprzednich latach, aby dostać pracę, trzeba było ponadto przywieźć ze sobą z Polski litr wódki, litr wina, papierosy oraz jednorazowo wpłacić 1200 koron (ok. 500 zł).

 

W baraku było ciasno. W pokoju o powierzchni 5 m2 mieszkały 3 osoby. - Na piętrowe łóżko wchodziłam przez biurko. Na parterze mieszkało około 30 osób. Były tylko dwie toalety i dwa prysznice. Gdy wracaliśmy z pola, każdy chciał się umyć, ale trzeba było czekać nawet 2 godziny, aby wejść do łazienki - relacjonowała pani Julia. 

 

Archiwum prywatne

 

Do pracy w polu trzeba było dojechać własnym autem, zazwyczaj w pięcioosobowym samochodzie jechało po 6-7 pracowników. Tomasz S. pobierał od pracowników zaliczki na paliwo, miał później zwracać kierowcom pełny koszt dojazdu, ale oni - według Julii Gałczyńska - nic nie dostali.

 

Tomasz S. według relacji 19-latki źle traktował pracowników. - Wyzywał za źle zebrane owoce. Jak za kimś nie przepadał to krzyczał, że źle rwie, zbiera zielone owoce, albo przejrzałe - wspominała nastolatka.

 

Czasami na polu była również żona pana Tomasza. - Ona również zwracała ludziom uwagę, krzyczała - mówiła 19-latka. 

 

Archiwum prywatne

 

"Usłyszałam, że przyjechałam tu i robię »burdel«"

 

Wszyscy pracownicy, którzy mieszkali w baraku, byli w Norwegii po raz pierwszy. - Baliśmy się, nie znaleźliśmy języka - mówiła Julia.

 

W piątek małżeństwo z Polski oraz 19-latka i jeden z mieszkańców, Sebastian, poszli do Tomasza S. i oznajmili, że wyjeżdżają. Zażądali wypłaty za przepracowane dni. - Usłyszałam, że przyjechałam tu i robię "burdel" - opowiada.

 

- Po tym, jak nie mogliśmy porozumieć się z szefem, zadzwoniliśmy na policję - mówiła pani Julia.

 

W poniedziałek na polu w Fresvik pojawiła się norweska Inspekcja Pracy - poinformował prokurator Bernt Dahlsveen zajmujący się sprawą. - Tomasz S. został aresztowany. Mężczyzna jest oskarżony o naruszenie przepisów dotyczących handlu ludźmi - dodał.

 

- Kiedy pana Tomasza zatrzymano, w końcu mogliśmy spokojnie położyć się spać. On stosował wobec nas przemoc psychiczną - przyznała Julia Gałczyńska.

 

"Ludzie byli zastraszani"

 

Tomasz S. nie tylko stosował przemoc psychiczną i nie płacił za pracę, ale miał również dokonywać fałszerstw podatkowych. - Ludzie pracujący u Tomasza S. musieli mu odsyłać swoje zeznania podatkowe. On ich rozliczał, a jak była nadpłata podatku, to przelewał ją na swoje konto - opowiada Agnieszka Wawrzycka, która w Norwegii zajmuje się prawem pracy. Wawrzecka zaangażowała się w sprawę pracowników sezonowych z Fresvik, kiedy 19-latka opowiedziała jej o warunkach mieszkalnych i pracy przy zbiorach.

 

Według relacji Wawrzeckiej, mężczyzna dysponował hasłami i loginami do platformy Internetowej, poprzez którą rozlicza się podatki w Norwegii. 

 

- Miał dostęp do konta podatnika, mógł nadpłatę podatku wpłacić na dowolne na konto - powiedziała polsatnews.pl Wawrzecka. - Mamy potwierdzone od urzędnika norweskiego, że Tomasz S. otrzymał pieniądze ludzi poszkodowanych. Ludzie byli zastraszani. Byli to młodzi ludzie, którzy nie wiedzieli jak się rozliczyć z urzędem skarbowym. Mężczyzna skorzystał z tego - wyjaśniała.

 

Sprawa rozwojowa. Norwedzy sprawdzą miejscowych rolników

 

Sprawa obozu pracy zorganizowanego przez Polaka jest rozwojowa. Jak podaje prokurator zajmujący się sprawą, zapewne zbadany zostanie również wątek rolników, którzy korzystali z usług pracowników zatrudnionych przez S.

 

Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło polsatnews.pl, że sprawa "osoby podejrzanej o handel ludźmi znana jest polskiej służbie konsularnej", ale z uwagi na "przepisy z zakresu danych osobowych" nie udziela szczegółowych informacji. 

las/grz/ polsatnews.pl, "Dagbladet"

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze