Chciała pomóc ofiarom wypadku, spadła z 14-metrowego wiaduktu i zginęła na miejscu

Polska

33-letnia kobieta przejeżdżająca w nocy obwodnicą Lublina zauważyła przewrócone auto dostawcze. Zatrzymała się natychmiast na pasie awaryjnym i ruszyła z pomocą. Próbowała przejść przez barierki, prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, że jest na wiadukcie. Spadła z niego i zginęła na miejscu.

Było chwilę po północy, gdy kierująca ciężarówką 33-latka, mieszkanka Pabianic, zauważyła na drodze ekspresowej S19 niedaleko Lublina wypadek samochodu dostawczego. Zatrzymała się, założyła kamizelkę i ruszyła na pomoc.

 

"Kierowała się ludzkim odruchem"


- Nie zauważyła, że przestrzeń między jezdniami wynosi około półtora metra, spadła z wysokości około 14 metrów i zginęła na miejscu - powiedział Polsat News kom. Andrzej Fijołek z lubelskiej policji.


- Kierowała się ludzkim odruchem - przyznał kom. Fijołek.


Kobieta nie zorientowała się, że jest na wiadukcie. Z samochodu wyskoczyła natychmiast, nie zdążyła wyłączyć świateł, ani silnika, zostawiła otwarte drzwi.


- Nie zadbała o siebie po prostu i mimo tego słusznego odruchu, to jednak zdarzyło się to nieszczęście – zauważył Zdzisław Tworek z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

 

"Szybkość. Brak oceny sytuacji" 


Obowiązek udzielenia pomocy spoczywa na każdym z kierowców. Za brak reakcji grożą nawet 3 lata więzienia. Ale najważniejsze jest to, by bezpieczeństwo najpierw zapewnić sobie.


Na wypadek złożyło się wiele przyczyn, sprawę wyjaśnia prokuratura.


- Szybkość. Brak oceny sytuacji w nocy miejsca wypadku - zastanawiał się nad przyczynami tragedii Piotr Sitarski z Prokuratury Okręgowej w Lublinie. - Oceniamy to nie jako zdarzenie komunikacyjne, ale jako nieumyślne spowodowanie śmierci – dodał prokurator.

grz/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze