Kolejny oskarżony ws. urodzin Hitlera nie przyznał się do winy

Polska
Kolejny oskarżony ws. urodzin Hitlera nie przyznał się do winy
PAP/Andrzej Grygiel

Ostatni z sześciorga uczestników obchodów urodzin Hitlera, oskarżonych o publiczne propagowanie nazizmu, nie przyznał się do winy, podobnie jak wcześniej pięcioro innych oskarżonych. Dziennikarze TVN, którzy sfilmowali obchody ukrytą kamerą, będą przesłuchani jako świadkowie we wrześniu.

We wtorek Sąd Rejonowy w Wodzisławiu kontynuował rozpoczęty dzień wcześniej proces w tej sprawie, nie udało się jednak - wbrew planom - przesłuchać autorów wyemitowanego w styczniu ub. roku reportażu "Superwizjera" TVN o polskich neonazistach, w którym pokazano sfilmowane ukrytą kamerą "obchody" poświęcone Hitlerowi z maja 2017 roku.

 

Przesłuchania świadków

 

Współautorka reportażu, dziennikarka Anna Sobolewska, nie stawiła się w sądzie z powodu wyjazdu za granicę, natomiast na przesłuchanie operatora Piotra Wacowskiego zabrakło we wtorek czasu - rozprawa zaczęła się z opóźnieniem z powodu awarii prądu. Termin przesłuchania dziennikarzy wyznaczono na 27 września tego roku.

 

Sąd przesłuchał czterech innych świadków: Adama B. - uczestnika "obchodów", który przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze, a także leśniczego z Wodzisławia, b. kierowniczkę restauracji znajdującej się niedaleko miejsca "obchodów" oraz kobietę mieszkającą w pobliżu, którzy wypowiadali się m.in. na temat tego, czy las, gdzie odbyło się wydarzenie, jest dostępny i uczęszczany przez osoby postronne - może to mieć znaczenie dla oceny, czy "obchody" zorganizowano w miejscu publicznym.

 

Na ławie oskarżonych zasiada sześcioro uczestników "obchodów". W poniedziałek pięcioro z nich, w tym główny organizator wydarzenia Mateusz S., nie przyznało się do propagowania nazistowskiego ustroju państwa i kwestionowało publiczny charakter tamtego spotkania w lesie. We wtorek również szósty oskarżony, nieobecny w poniedziałek Dawid K., oświadczył, że nie przyznaje się do winy.

 

"Naciskał, chciał wymusić jakieś informacje"

 

Przesłuchany we wtorek świadek - uczestnik "obchodów" Adam B., który wcześniej przyznał się do winy i dobrowolnie poddał się karze (wymierzono mu 13 tys. zł grzywny), zeznał, że podczas tamtego spotkania w lesie operator TVN Piotr Wacowski (wówczas świadek nie wiedział, kim jest Wacowski) stale częstował go piwem (świadek B. ocenił, że tego dnia wypił łącznie około 30 piw) i prowokował do proponowania działań wymierzonych przeciwko imigrantom.

 

- Naciskał, chciał wymusić jakieś informacje, próbował inicjować jakieś akcje wymierzone w imigrantów w różnych miastach. Twierdził, że pracuje na Zachodzie, że jego to wszystko (imigranci) denerwuje, wkurza, że trzeba zrobić z tym porządek. Próbował wymusić na mnie, żebym zaproponował jakąś akcję przeciwko imigrantom (...). Powiedziałem, że dopóki w naszym kraju rządzi Prawo i Sprawiedliwość, nie będziemy mieli problemu z imigrantami - mówił w sądzie świadek B., według którego Wacowski powinien odpowiadać "co najmniej za mowę nienawiści".

 

- Nikt nikogo nie chciał tam (podczas "obchodów") przekonywać, czy namawiać np. do czczenia Adolfa (Hitlera). To oni (dziennikarze TVN) próbowali mnie namówić, żebym ja coś sprowokował przeciwko imigrantom - powiedział Adam B., który - jak mówił - od początku uznał obecność na "obchodach" dwojga nieznanych mu osób (operatora i dziennikarki) za podejrzaną, przyjął jednak wyjaśnienie Mateusza S. (głównego organizatora spotkania), że są to jego "znajomi z Facebooka".

 

"Mam nadzieję, że prawda wyjdzie na światło dzienne"

 

W zeznaniach B. pojawił się wątek rzekomego zlecenia i opłacenia organizacji "obchodów" przez nieznanych mężczyzn, pod warunkiem zaproszenia na nie określonej osoby (dziennikarki TVN), o czym - według niektórych mediów - miał mówić w prokuraturze Mateusz S. Adam B. przyznał, że wiedzę na ten temat ma jedynie z mediów, a nie bezpośrednio od Mateusza S., uznaje to jednak za wiarygodne, ponieważ uważa, że S. nie miałby powodu, aby kłamać pod przysięgą. W tym wątku toczy się postępowanie w prokuraturze w Katowicach - w swoich poniedziałkowych wyjaśnieniach w sądzie S. nie mówił o tej sprawie.

 

Świadek Adam B. opisywał okoliczności spotkania w lesie (którego termin kilkakrotnie przekładano) oraz swoje zachowanie, m.in. wznoszenie faszystowskiego pozdrowienia. Jak mówił "obchody" trwały około 30-45 minut, natomiast do późnej nocy trwała jeszcze impreza przy ognisku. B. - jak zeznał - był zaskoczony przygotowaną scenografią (chodzi m.in. o flagi ze swastykami, mundury i przedmioty poświęcone Hitlerowi). Przyznał, że nikt z obecnych nie kwestionował zasadności zorganizowania "obchodów" i nie protestował przeciwko nim.

 

Adam B. powiedział, że w reportażu TVN rozpoznał swoje zachowanie, gesty i słowa, stąd jego gotowość do dobrowolnego poddania się karze, kibicuje jednak oskarżonym nie przyznającym się do winy, by zostali uniewinnieni, a "prawda wyszła na jaw".

 

- Mam nadzieję, że im się uda, że prawda wyjdzie na światło dzienne i w konsekwencji zostaną pociągnięci (do odpowiedzialności) stacja TVN i ci dziennikarze - mówił świadek Adam B., oceniając, iż prawdziwy - jego zdaniem - obraz zdarzenia mogłyby dać pełne nagrania, zrealizowane przez TVN, a nie tylko fragmenty pokazane w reportażu.

 

Świadek przyznał, że ma skrajnie prawicowe poglądy, ale zastrzegł, że nie obnosi się z nimi publicznie. Zaprzeczył, by do dobrowolnego poddania się karze namawiali go oficerowie ABW. Według Adama B., z miejsca "obchodów" nie było widać żadnych świateł ani domów, nie było też w pobliżu żadnych osób postronnych.

 

Miejsce "imprezy"

 

O to, na ile okolice miejsca obchodów są dostępne i uczęszczane, sąd, obrońcy i prokurator, pytali we wtorek troje świadków: leśniczego z Wodzisławia Śląskiego, kobietę mieszkającą w pobliżu oraz b. kierowniczkę restauracji Leśniczówka, gdzie organizowane są m.in. komunie i wesela.

 

Mieszkanka pobliskich Marklowic oceniła, że w porze letniej w okolicy spaceruje, biega lub jeździ na rowerach sporo osób, a w pobliżu biegnie leśna droga. Świadek nie słyszała jednak odgłosów z lasu i nie widziała świateł, które mogłyby świadczyć o odbywającej się tam imprezie.

 

B. kierowniczka restauracji potwierdziła, że w okolicy ludzie spacerują czy jeżdżą na rowerach. Nie widziała oznak leśnej imprezy, nie skarżyli się też na nią goście restauracji i pokoi gościnnych; przypomniała sobie natomiast, że o "imprezę neofaszystów na 200 osób w namiotach" pytali ją kiedyś policjanci. Leśniczy z Wodzisławia zeznał, że w lesie często pojawiają się rowerzyści i osoby uprawiające sport, a teren jest powszechnie dostępny i licznie odwiedzany, choć raczej nie nocą. W pobliżu biegnie szlak rowerowy. Leśne imprezy są tam organizowane "na dziko", bez zgody leśnictwa.

 

"Polscy neonaziści"

 

Śledztwo w sprawie, której dotyczy toczący się w Wodzisławiu Śląskim proces, wszczęto w styczniu 2018 r. po emisji reportażu w telewizji TVN pt. "Polscy neonaziści". Dziennikarze pokazali w nim m.in. obchody 128. rocznicy urodzin Hitlera, które miały miejsce ponad pół roku wcześniej w lesie koło Wodzisławia Śląskiego. Na polecenie prokuratury ABW zatrzymało wówczas uczestników tego spotkania i przeszukano ich mieszkania. Znaleziono w ich domach flagi, odznaki, naszywki i publikacje o symbolice nazistowskiej.

 

Materiał "Superwizjera" TVN pokazywał m.in. rozwieszone na drzewach czerwone flagi ze swastykami i "ołtarzyk" ku czci Adolfa Hitlera z jego czarno-białą podobizną oraz wielką drewnianą swastyką nasączoną podpałką do grilla, która po zmroku została podpalona. Widać było też uczestników spotkania przebranych w mundury Wehrmachtu i SS, wznoszenie toastów "za Adolfa Hitlera i naszą ojczyznę, ukochaną Polskę" i częstowanie tortem w kolorach flagi Trzeciej Rzeszy.

pgo/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze