Musiała wyprowadzić się z mieszkania, bo sąsiad z góry zalewa ją fekaliami

Polska

Pani Halina, mieszkanka jednej z kamienic w Opolu, od lat zmaga się z uciążliwym problemem. Sąsiad z góry - pan Waldemar regularnie zalewa ją fekaliami. Zdarza się to na tyle często, że kobieta musiała zamieszkać u córki. Sprawca zamieszania bagatelizuje problem. Zarząd wspólnoty mieszkaniowej chce wykluczyć z niej pana Waldemara, ale procedura może trwać latami. Zobacz materiał "Interwencji".

- Jest alkoholikiem, nie chce poddać się leczeniu, nie chce żadnej pomocy. Walczę z nim cztery lata i po prostu unikam własnego mieszkania ze względu na odór - mówi o sąsiedzie z góry pani Halina.

 

- Któregoś razu, to było tuż przed wigilią, okazało się, że z sufitu zaczyna coś kapać. Okazało się, że sąsiad załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne do miski, a jej zawartość wylewał na podłogę. Przez drewniane stropy zawartość tej miski znalazła się piętro niżej, u sąsiadów - mówi Mirela Mazurkiewicz, dziennikarka "Nowej Trybuny Opolskiej".

 

W rozmowie z reporterem "Interwencji", pan Waldemar zapewnił, że sytuacja z fekaliami zdarzyła się tylko raz, a pani Halina "cały czas ciągnie sprawę".

 

– Mam miskę, miałem miskę no i sikałem do miski. Może ją wylałem - dodaje mężczyzna.

 

"Przepraszał mnie i mówił, że wszystko ureguluje"

 

- Nieraz próbowałam rozmawiać z panem Waldemarem. Przytakiwał mi, przepraszał nawet, proponował mi jakieś pieniądze przekonując, że to wszystko ureguluje. Mówiłam wtedy: panie Waldku, tu nie chodzi o pieniądze, tu chodzi o to, żebym ja mogła mieszkać w swoim domu - mówi pani Halina.

 

Pani Halina zwracała się o pomoc do rozmaitych instytucji, ale żadna z nich jak dotychczas nie była w stanie jej pomóc. Pan Waldemar jest samotny, nieporadny życiowo. Ale to nie wystarczy, aby można było go ubezwłasnowolnić.

 

- Pan Waldemar jest niezaradny życiowo. To osoba, która po prostu machnęła ręką na życie. Szkoda go, to nie jest zły człowiek, nie ma tam awantur ani libacji, nigdy nie musiała interweniować policja. On po prostu nie daje sobie rady z życiem - mówi Sławomir Grzędziński, zarządca wspólnoty mieszkaniowej.

 

- Nie wolno nam pomagać osobom, które sobie tego nie życzą. Chyba że stwierdzilibyśmy zagrożenie zdrowia lub życia tej osoby, która byłaby potencjalnym adresatem tej pomocy. Pan Waldemar posiada takie zasoby, które w zasadzie nie upoważniają go do świadczeń pieniężnych. Zresztą o żadne świadczenia nie wnioskował, a wręcz oświadczył, że niczego od nas nie potrzebuje - mówi Zdzisław Markiewicz z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Opolu.

 

- Wszyscy twierdzą, że nie widzą problemu. MOPS mówi, że właściwie to jeszcze nie jest tak tragicznie - przypomina pani Halina.

 

Zdzisław Markiewicz przyznaje, że rzeczywiście pracownicy MOPR-u w lutym stwierdzili, że podłoga w mieszkaniu pana Waldemara była zalana. - Dopytałem przed chwilą, czy rzeczywiście dochodził tam fetor pochodzenia organicznego. Pracownicy mówią, że niekoniecznie - zapewnia.

 

Reporter "Interwencji" zwraca uwagę, że latem fetor w budynku jest nie do wytrzymania. - Absolutnie zgadzam z panem, że tak nie powinno być. Tylko ja się o tej sprawie dowiaduję teraz od pana, że jest aż taki dramat - mówi Zdzisław Markiewicz.

 

"Rozpoczęliśmy procedurę wykluczenia pana Waldemara ze wspólnoty"

 

- Rozpoczęliśmy procedurę wykluczenia pana Waldemara ze wspólnoty i będziemy finalizować sprzedaż tego mieszkania. To osoba, która w tej chwili uciążliwie zakłóca możliwość funkcjonowania sąsiadom. Fetor i zapach, który unosi się z tego mieszkania oraz płyny, które ściekają do mieszkania pani Haliny, są przykładem na to, że pan Waldemar uniemożliwia sąsiadce normalne korzystanie z mieszkania - mówi Sławomir Grzędziński, zarządca wspólnoty.

 

- Niestety taka procedura nie jest procedurą szybką. Musimy mieć uchwałę wspólnoty, właścicieli, którzy wyrażają zgodę na sprzedaż. Później rozpoczyna się proces i zobaczymy, ile to czasu zajmie w sądzie - dodaje Grzędziński.

 

Pani Halina z problemem zmaga się od 4 lat. Pomoc społeczna dopiero od nas dowiedziała się o jego skali. Wspólnota mieszkaniowa wszczęła procedurę, która może trwać nawet latami, a kobieta powoli traci nadzieję na to, że pewnego dnia będzie mogła normalnie żyć.

 

- Paradoks jest taki, że to pani Halina musi uciekać ze swojego mieszkania. Kiedy może, wyjeżdża do córki - przypomina dziennikarka Mirela Mazurkiewicz.

 

- Częściej przebywam u córki niż we własnym domu. Przez zapach. Jest też przykrość, że nikt nie jest w stanie mi pomóc - podsumowuje pani Halina.

bas/ Interwencja

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze