Influencerzy od szarego papieru i zupy z obierków. Być eko w świątyni konsumpcjonizmu

Polska
Influencerzy od szarego papieru i zupy z obierków. Być eko w świątyni konsumpcjonizmu
PAP/Jakub Kamiński
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny w Warszawie.

Nie przykuwają się do drzew i nie okupują fabryk. Zmienianie świata zaczynają od siebie. Choć podkreślają, że Ziemia potrzebuje natychmiastowego ratunku, wyznają zasadę "baby steps". Tylko tak zmiany stają się stylem życia. Podkreślają jednak, że nie uda się bez stworzenia dobrego systemu. W instagramowej świątyni konsumpcjonizmu edukują, by mniej znaczyło więcej.

Świat stoi u progu katastrofy klimatycznej, a Ziemia tonie w plastiku. Organizacje proekologiczne bombardują informacjami o porażających liczbach ton śmieci i hektolitrów chemikaliów, które niszczą planetę. Próbują zwrócić uwagę na temat strasząc wizją śmierci głodowej. Pokazują przerażające zdjęcia zabiedzonych zwierząt, martwych ryb z brzuchami pełnymi śmieci, wychudzonych ludzi, kataklizmów spowodowanych zmianami klimatu.

 

"Do 2050 roku mniej niż 10% ziemskiego lądu będzie wolne od śladów ingerencji człowieka. To będzie koniec różnorodności biologicznej na planecie" - alarmuje w raporcie WWF. Z kolei ONZ ostrzega, że zagrożonych jest 25 proc. gatunków, a ok. miliona wymrze w ciągu najbliższych dekad.

 

Krótkotrwały szok

 

Przykuwanie się do drzew w obronie Puszczy Białowieskiej czy wywieszanie transparentów na siedzibach partii politycznych ma zwrócić uwagę na problem rządzących i tych, którzy ich wybierają. Ale organizacje proekologiczne odbijają się od ściany, nie osiągając zamierzonego efektu i nierzadko ponosząc konsekwencje prawne swoich nielegalnych działań.

 

Efekt szoku jest przeważnie krótkotrwały. Chwila refleksji i powrót do codziennych zajęć. Z tymi samymi nawykami, które każdego dnia dokładają małą cegiełkę do degradacji Ziemi. I tak na całym świecie. Prawie osiem miliardów małych cegiełek.

 

Od Justina Biebera do Grety Thunberg

 

- Mam wrażenie, że zero-jedynkowe, negatywne, agresywne podejście do tego, zmuszanie kogoś do czegokolwiek, do niczego nie doprowadzi. Wręcz jeśli jesteśmy zmuszani, obrażani, to człowiek od razu się zamyka - stwierdziła w rozmowie z polsatnews.pl Areta Szpura.

  

W 2013 r. współtworzyła markę odzieżową LoCal Heroes, która szybko stała się jedną z najpopularniejszych marek streetwear’owych w Polsce aż zrobiła międzynarodową karierę. Jej ubrania nosili m.in. Justin Bieber , Rihanna czy Miley Cyrus. Areta porzuciła branżę mody, by mówić o zagrożeniu środowiska i dziś bliżej jej do Grety Thunberg, która trafia do młodych ludzi. Na Instagramie ma ponad 75 tys. followersów.

 

Zaczęła od uświadamiania, że plastikowe słomki zabijają morskie zwierzęta. Teraz wydała poradnik, w którym w przystępny sposób zebrała wszystkie wskazówki o tym "Jak uratować świat".

 

 

 

Po pierwsze - nie szkodzić

 

- Nie chodzi o to, żeby snuć jakieś apokaliptyczne wizje, bo istnieje siła przyciągania i jeśli będziemy w to wierzyć, to tak będzie, a mnie przy życiu trzyma taka wizja, jak może ten 2050 rok wyglądać w tej utopijnej wersji. Zawsze realia jakoś to zrównają, ale trzeba mierzyć wysoko. Ja lubię misje niemożliwe - zaznacza Areta.


Ludziom wciąż jednak wydaje się, że nawet ich głos w wyborach nie ma znaczenia, zastanawiają się więc, jak niby w pojedynkę mają ochronić świat przed zagładą?

 

- Wierzę, że da się jeszcze uratować Ziemię. Przyszłość będzie taka, jaką sami ją stworzymy i to mi daje nadzieję - podkreśla. - Ludzie wiedzą, że nigdy w historii nic nie zostało zmienione inaczej, niż dzięki jednostce, która zaczęła robić, mówić to, co myśli i nagle okazało się, że inni też tak myślą, tylko nie mieli odwagi z tym wyjść do ludzi - tłumaczy Areta.

 

- Nasze pokolenie zapomina o tym, że nigdy nie było tak dobrze na świecie, nie mieliśmy tylu możliwości, takich zasięgów, internetu. To oczywiście daje dużo złego, ale też dużo dobrego. Możliwość komunikacji, szerzenia informacji. Nie jest tak, że jak ktoś ma jakiś pomysł, to utknie w swojej wiosce i będzie uważany za jakiegoś wyrzutka, tylko ma szansę znaleźć ludzi, którzy myślą podobnie i razem z nimi działać - dodaje.

 

"Każde nasze działanie ma wpływ"

 

- Środowisko zero waste, jak każde inne środowisko skupione wokół jakiejś idei, żyje w bańce. Ludzie, którzy w niej siedzą, świetnie się rozumieją i mają podobne poglądy na świat i podobny kierunek działań, natomiast ze świadomością społeczeństwa bywa bardzo różnie, co pokazują m.in. szkolenia i spotkania, które prowadzę - tłumaczy Katarzyna Wągrowska, autorka książki "Życie Zero Waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej" oraz bloga ograniczamsie.com. W mediach społecznościowych śledzi ją prawie 17 tys. osób.

 

Jak dodaje, "dla wielu zero waste nadal jest zupełną nowością, podczas gdy ja myślałam, że to już jest taki trend, jak wegetarianizm czy weganizm kilka lat temu. To się dopiero powoli przebija".

 

- Nie wszystkie nasze aktywności życiowe kojarzymy z wpływem na środowisko. Myślimy, że trzeba się nazwać, że jest się "eko" albo wziąć własną torbę na zakupy, albo że trzeba kupić "eko" produkt. Nie kojarzymy, że praktycznie każde nasze działanie w życiu, ma jakiś wpływ - podkreśla.

 

- To, że wybierzemy samolot a nie pociąg ma wpływ, że wybierzemy komunikację publiczną, a auto zostawimy w garażu też ma bardzo duży wpływ, to, że wybierzemy produkt roślinny a nie odzwierzęcy, także. Ta świadomość się rodzi i jest tego coraz więcej, także w mediach, ale czasem nie mamy wskazówek, takich najprostszych, jak działać, żeby było choć trochę lepiej - wyjaśnia.

 

 

"Bez fanatyzmu"

 

Ideę zero waste szerzy także Joanna z bloga Szafa Sztywniary, szerszej publiczności znana jako Ryfka. Obserwuje ją ponad 31 tys. osób na Instagramie i ponad 26 tys. na Facebooku.

 

- Od początku ludzie pozytywnie reagowali, mówili, że sami na pewne rzeczy by nie wpadli. Później też zaczęli wysyłać mi swoje sukcesy. Zdarzyło się kilka przytyków, kiedy pokazałam coś np. w plastiku, że: "ale te żelki przecież są w folii, a taka niby z ciebie ekolożka". Później opublikowałam wpis na blogu "Zero waste bez fanatyzmu" i tam opisałam, co mi się udało wprowadzić, moje ogólne podejście do tematu i to, co sądzę na temat oceniania, że to nie jest takie zero-jedynkowe, że nie jestem idealna i nie zamierzam być - tłumaczy.

 

Jak mówi, "akcje ekologów wydają się ekstremalne, ale tematom ekologicznym ciężko jest się przebić do mediów". - Wszyscy wiedzą, że jest zanieczyszczenie, że jest dużo plastiku, a kiedy ekolodzy robią akcje, to zwracają uwagę na problem. To niestety też ma swoją drugą stronę, bo przez to wielu ludzi uważa, że ekolodzy to świry, które się tylko przykuwają łańcuchami do drzew - dodaje.

 

"Trzeba stworzyć system"

 

Podkreśla to też Katarzyna Wągrowska. - Duże akcje ekologów są szokujące i powodują, że są duże nagłówki, ale ludzie uważają wtedy "aha, ok, była taka akcja" i nie zastanawiają się, dlaczego ona była, bo widzą, że jakieś "ekooszołomy" wyszły na ulicę, o coś walczą, ale przecież każdy o coś walczy - zwraca uwagę.

 

- Żyjemy w natłoku informacyjnym, dlatego zawsze powtarzam, że najważniejsze są działania edukacyjne i rozwiązania systemowe. Tak, żeby zwykły Kowalski nie musiał się zastanawiać nad swoimi wyborami, tylko żeby one były już za niego poniekąd dokonane - zaznacza.

 

Jak tłumaczy, "chodzi o to, żebyśmy nie musieli mieć wyrzutów sumienia, że nie poświęciliśmy dwóch godzin dziennie na zastanawianie się, jaki produkt wybrać, tylko on już będzie przygotowany do tego, żeby zostać dobrze przetworzonym albo będzie w lepszej jakości opakowaniu, bo system za nas pomyślał".

 

- Tylko, żeby system za nas pomyślał, to najpierw trzeba go stworzyć. Powinni go stworzyć politycy, bo to oni są za to odpowiedzialni - zaznacza.

 

"Z tym papierem jest w ogóle szał"

 

Internet to morze możliwości. Każdy, kto chce zacząć zmianę stylu życia na bardziej przyjazny dla środowiska znajdzie wskazówki już nie tylko na stronach organizacji proekologicznych, ale także Facebooku, gdzie grupy zero waste radzą, jak kupować, by ograniczyć plastik. Ludzie wspierają się w postanowieniach wykluczenia z diety mięsa czy niekupowania nowych ubrań.


Popularność zyskują materiałowe woreczki na zakupy i akcje wymiany odzieży.

 

Także szafiarki między nowymi spodniami czy książkami, prezentują zupę z resztek i samotne banany. Albo jak Ryfka, idą dalej i zachwalają papier toaletowy z recyklingu.

 

- Z tym papierem jest w ogóle szał - opowiada Ryfka, przez swoich obserwatorów okrzyknięta influencerką od papieru toaletowego.

 

- Parę lat temu w ogóle nie pomyślałabym, że można mówić o takich rzeczach jak papier toaletowy, podpaski czy tampony, wydawało mi się to takie "fuj", po co o tym mówić, ale teraz nie mam hamulców - dodaje.

 

- Kiedyś po prostu pokazałam, że jest fajny papier z makulatury, który jest zupełnie inny niż ten, który był kiedyś szorstki i nieprzyjemny i że między tym ekologicznym, a białym, miękkim w zasadzie nie ma różnicy. Zażartowałam nawet, że on jest taki bardziej "hygge", że będzie fajnie w łazience wyglądał i były z tego śmiechy, ale ludzie naprawdę się wczuli w temat - podkreśla.

 

 

 

Wszystko w swoim czasie

 

- To, do czego teraz doszłam, to jeśli chcemy już kogoś zarazić do dobrego działania, to przez dawanie przykładu swoim działaniem. To jest najbardziej efektywna rzecz - zaznacza Areta.

 

- Na początku musiałam się nauczyć wyjść na imprezę i nie chcieć powyrzucać wszystkich plastikowych słomek w napojach. Nauczyć się, że każdy dojdzie do tego w swoim czasie. Internet jest świetnym środkiem. Często nie zwracałam komuś uwagi bezpośrednio, ale wrzucałam coś do internetu i robiłam taką presję społeczną. I to lepiej działało, bo nie było agresywne, ale pokazywało przykład, taki trochę "public shaming" - tłumaczy.

 

Areta zaznacza, że "większość naszych złych działań wynika po prostu z niewiedzy". - Jeśli ktoś już wie, że te słomki zabijają wieloryby, to może nie będzie chciał ich wziąć, bo one mu są niepotrzebne kompletnie. Wiadomo, że słomka, to jest tylko symbol wszystkich jednorazówek, konsumpcji i tego szybkiego życia, jako coś kompletnie zbędnego - dodaje.

 

Instagram/areta

 

 

"W internecie krzyczą ci najbardziej fanatyczni"

 

- Nienawidzę, jak mnie ktoś próbuje do czegoś zmuszać. Dawniej miałam tak z wegetarianizmem. Nie znałam żadnych wegetarian osobiście, tylko tych z internetu. Wtedy wydawało mi się, że oni wszyscy są jacyś porąbani, świry. Podczas dyskusji np. na forach kompletnie nie na temat wyzywali ludzi od morderców, bo ktoś wspomniał coś o mięsie. To mnie zniechęcało - opowiada Joanna.

 

- Kiedy poznała wegetarian okazało się, że w większości to są normalni ludzie, tylko w internecie najgłośniejsi są ci najbardziej fanatyczni. Ja się zorientowałam, że z dbaniem o środowisko, to nie jest tak, że wszystko albo nic. To nie musi być takie zero-jedynkowe. Nie jestem wegetarianką i weganką, ale staram się ograniczać mięso - tłumaczy.

 

Jak dodaje, "chciałam zrezygnować z mięsa ze względu na zwierzęta, ale czasem po prostu chcę zjeść kotleta. Mogę przecież ograniczać to mięso i jeść np. 70 proc. posiłków roślinnych, i to już jest dużo. Zero waste to nie jest sekta, że jak jednej rzeczy nie robisz, to cię już wyrzucają".

 

"Świadomość ekologiczna rodzi się, kiedy inne potrzeby są zaspokojone"

 

Na ten aspekt zwraca uwagę także Katarzyna Wągrowska. - Nie możemy ludzi zmuszać, hejtować za to, że oni nie wprowadzają jakichś zmian, nie możemy określać ich idiotami czy głupkami, bo czegoś nie wiedzą - podkreśla.

 

Jak dodaje, "dla wielu osób dbanie o środowisko to nie jest jakaś priorytetowa sprawa, bo kluczową sprawą dla nich jest to, żeby w ogóle zadbać o swoje życie, bo mają trudną sytuację".

 

- Świadomość ekologiczna rodzi się, kiedy mamy wszystkie inne pozostałe potrzeby już zaspokojone, nie musimy się martwić innymi rzeczami i wtedy dopiero do głosu dochodzą te wyższe wartości związane z ochroną środowiska. Nie mam złudzeń, że jak ktoś ma trudną sytuację życiową, to będzie nagle poświęcał swój czas na ratowanie planety. Można pokazywać jakieś małe kroczki, które każdy może robić w swoim życiu, ale na pewno nie można do tego nikogo zmuszać - tłumaczy.

 

 

"Wiem, że nic nie wiem"

 

Areta zapytana o kierunek, w którym powinny iść zmiany dla dobra Ziemi, odpowiada: "doszłam do momentu, w którym wiem, że nic nie wiem".

 

- Nie wiem, czy to ma być ewolucja czy rewolucja, czy coś zupełnie innego, czy coś pomiędzy tym wszystkim. Nie możemy szukać odpowiedzi w systemie, który jest, bo on się zupełnie nie sprawdza. Wiadomo, że nie mamy czasu na małe rzeczy, ale nie możemy oczekiwać, że nagle każdy zmieni całe życie, bo to jest trudne - podkreśla.

 

Jej zdaniem, "kluczem są małe kroki wprowadzane w miarę sprawnie. Ważne, żeby zrobić pierwszy krok, żebyśmy się domagali od góry wprowadzania zmian, ale wprowadzali je także w swoim codziennym życiu, tyle, ile możemy. Jest sporo rzeczy, które można robić, żeby być mniej szkodliwym".

 

"Głosowanie pieniędzmi"

 

Wielu osobom wydaje się, że ekologia jest droga. Jednak działania na rzecz środowiska przynoszą pożytek nie tylko Ziemi, ale także konsumentom.

 

- Rzeczywiście ekologia może być droga, jeśli chcemy, żeby taka była. Jeśli będziemy kupować tylko organiczne importowane rzeczy z certyfikatem, to jest drogie – tłumaczy Areta i podkreśla, że "bycie eko to nie tylko kupowanie organicznych rzeczy. Bycie eko to kupowanie lokalnie, pójście do lokalnego warzywniaka, w którym żywność nie jest dużo droższa, a jest bez plastiku i wspieramy lokalny biznes".

 

- Trzeba spojrzeć na w szerszej skali. Jeśli zainwestujemy w dobrą żywność, to oszczędzimy później na lekarzach i lekach, bo będziemy zdrowsi. Kupowanie wody w plastikowych butelkach jest droższe, niż picie wody z kranu. Niekupowanie słomek jest tańsze, niż kupowanie słomek - wyjaśnia.

 

Jak podkreśla, "bycie eko zachęca po postu do mniejszej konsumpcji i mniejszego wydawania pieniędzy, a jeśli już wydawania, to w rozsądny sposób".

 

- Ale też "głosowania pieniędzmi". Nawet 10 zł, które codziennie wydajemy, jest naszym głosem za światem, w którym chcemy żyć. Ktoś siedzi w tych firmach i w tabelkach w Excelu zlicza to wszystko i później zdaje raport do góry, która na tej postawie podejmuje kolejne kroki - tłumaczy Areta.

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 

Ryneczki, targowiska, bazarki - nie ważna nazwa, ważne, że super rzeczy można na nich kupić! Może ten makaron i twarożek nie wyszły mi najlepiej, ale cała reszta #bezplastiku i #zerowaste 🥕🥐🍓🧀🥚 ————— Ostatnio na stories sporo mówię i piszę o ryneczkach. Dla mnie ich rola nie sprowadza się tylko do robienia zakupów. To porównywanie produktów. To rozmowa z rolnikiem. To wybieranie, przebieranie, polecanie tego, ci najlepsze. To zakupy bez obciążenia folią (o ile moja ręka jest szybsza niż ręka sprzedawcy)😅 ——————- Piszecie, że dziś już nie rolnicy sprzedają, ale handlarze, którzy kupują towar na giełdzie. Częściowo macie rację! Są jednak takie stoiska, na których widać tylko kilka produktów. Marchew bywa ubrudzoną ziemią. Jajka bez oznaczeń. Zioła jeszcze z korzonkami. Takie stragany wybieram, gdy robię zakupy na rynku. Dodatkowo pytam, gdzie jest położone gospodarstwo, które produkty są ich, które mi polecą ze względu na szczególnie dobry smak. Taka rozmowa pomaga dokonać wyboru. —————- A co jeszcze dają ryneczki? Są miejscem spotkań. Wspólną przestrzenią, na której rodzi się zaufanie społeczne. W marketach takie zaufanie nie ma szansy się zrodzić, bo wszystko kontroluje jedna marka, a cel jest wyłącznie komercyjny. —————— „Klient chce najtaniej” słyszę od Was. To pomyślcie, co jesteście za to „tanio” poświecić. Bioróżnorodność? Pielęgnowanie produktów regionalnych? Lokalność jedzenia na Waszym talerzu? Zrozumienie między grupami społecznymi? ————- Dooooobra, po prostu idźcie czasem na bazarek i zobaczcie, jak tam wyglada sezonowość. Ja chodze rzadko, bo są krótko otwarte, ale nadrabiam w weekendy, kiedy mam czas być tam w trakcie dnia. —————— A Wy gdzie najbardziej lubicie robić zakupy spożywcze?

Post udostępniony przez Kasia Wągrowska (@kasia_ograniczamsie)

 

Presja ma sens

 

- Nagle w dużych sieciach są bambusowe szczoteczki do zębów, sklepy się chwalą, że mają produkty bez plastiku, że walczą, bo ludziom zależy. Zmiana musi iść z dwóch stron. My, jako świadomi konsumenci, domagamy się, a sklepy odpowiadają na te potrzeby. Nieważne kogo kochamy, na kogo głosujemy, w co wierzymy, wszyscy chcemy mieć gdzie mieszkać, co jeść, co pić i czym oddychać i to nas łączy – dodaje.

 

To, że presja ma sens pokazują realne działania. Od 2021 r. obowiązywać ma wprowadzony przez Parlament Europejski zakaz sprzedaży w UE jednorazowych naczyń, sztućców, opakowań na wynos czy plastikowych patyczków do uszu.

 

Coraz więcej ekspedientów nie ma obiekcji, by produkty pakować do pojemników klientów.

 

"Byłam w epicentrum konsumpcjonizmu"

 

Mniejszy konsumpcjonizm nie idzie w parze z Instagramem, gdzie niemal każde konto krzyczy "rób więcej, chciej więcej, kupuj więcej" i sprawia, że odbiorcy wydaje się, że musi mieć rzeczy, których nie potrzebuje. Areta zna ten biznes od środka.

 

- Dzięki temu, co robiłam wcześniej, stałam się tym brakującym ogniwem. Byłam w tym świecie. Nie byłam eko-blogerką, która mówi do ludzi, którzy już wiedzą sporo o problemie, tylko byłam w epicentrum konsumpcjonizmu i zaczęłam o tym mówić, wbiłam kij w mrowisko - podkreśla.

 

- Mam wrażenie, że to też dlatego tak nagle tyle udało się zdziałać. Połączyłam te dwa światy. Miałam swoją markę, od zawsze siedziałam w Instagramie, więc wiedziałam też, jak to sprzedać. Wykorzystałam to, żeby sprzedawać idee i dobre rzeczy. Najpierw w ogóle chciałam skasować Instagram, uciec i mieszkać w lesie, ale to byłoby najłatwiejsze rozwiązanie, a fajnie użyć swoich sił w dobrym celu - tłumaczy.

 

Jak dodaje, "to nie było tak, że obudziłam się pewnego dnia i zmieniłam wszystko. To był powolny proces. Ludzie przeżywali tą wędrówkę razem ze mną".

 

"Przekaz ekologiczny jest na Instagramie bardzo potrzebny"

 

Wpływ na innych widzi także Joanna. - Naprawdę teraz dostaję dużo zdjęć od ludzi, nie tylko z papierem z makulatury, ale np. owocami kupionymi do własnego woreczka, ludzie piszą mi, że kupują samotne banany - podkreśla.

 

- Jeśli ktoś chce być instagramowym influencerem, to w moim odczuciu, cały przekaz opiera się na reklamowaniu produktu, nawet jak się pokazuje siebie, to za tym jest jakiś produkt, na którym influencer może zarabiać. W kontrze do tego stoi przekaz kont, które pokazują jakąś ideę życia - podkreśla z kolei Katarzyna Wągrowska.

 

Jak dodaje, "przekaz ekologiczny bardzo fajnie trafia w Instagram". - Jesteśmy przesyceni już postaciami, które reklamują konkretne produkty i konsumpcyjny styl życia. Jesteśmy bardzo chłonni na takie przekazy, które chwytamy wręcz podprogowo. Wydaje mi się, że taki przekaz: "hej, nie musisz kupować, zatrzymaj się na chwilę, może masz już wszystko, czego potrzebujesz", jest na Instagramie bardzo potrzebny - zwraca uwagę.

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 

Tak wyglądają osoby, które przeczuwają, że świat się kończy. A skończy się jeszcze szybciej, jeśli nie przestaniemy kupować nowych ubrań. Już, teraz! ——————- Kilogram bawełny potrzebuje tyle wody ile 1 osoba w trakcie 2,5 lat. A jeden t-shirt z takiej bawełny nosimy średnio kilka-kilkadziesiąt razy. @hello_pieta Ania Pięta od ponad roku nie kupiła żadnego ubrania i oczy polskich mediów są na nią zwrócone, no bo... jak? To w czym Ania chodzi? A Ania otwiera szafę i nakłada to, co już w niej ma. 🤷‍♀️ ——————— Dla środowiska można zmienić dietę i nie jeść mięsa, nie latać samolotami, ograniczyć użycie jednorazowego plastiku albo przestać kupować nową odzież. Czy to duże wyrzeczenia?

Post udostępniony przez Kasia Wągrowska (@kasia_ograniczamsie)

 

"Bardziej przydałaby się edukacja dorosłych"

 

Areta podkreśla jest jeszcze masa rzeczy do zrobienia. Teraz często wspiera uczniów w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym. - Podoba mi się, że to nie jest coś bardzo agresywnego. To świetne, że młodzież na całym świecie wychodzi na ulicę, bo dzięki temu to jest w mediach, trzeba to nagłaśniać, bo to spowoduje kolejną lawinę dobrych rzeczy - tłumaczy.

 

Zapytana o edukację ekologiczną w szkołach, odpowiada: "dla dzieciaków to jest proste, one mają swoje źródła, mają internet".

 

- Bardziej przydałaby się edukacja dorosłych, bo zanim młodzi będą mogli głosować i funkcjonować w społeczeństwie, mamy teraz to, co mamy. Każda z osób, które zasiadają w urzędach czy firmach, powinna przejść obowiązkową lekcję dbania o planetę, żeby ludzie zdali sobie sprawę, do czego doprowadzili i ile mogą zrobić, żeby to zmienić. Jeśli każdy odbyłby taki kurs i naprawdę coś zrozumiał, nie tylko w głowie, ale i w sercu, to naprawdę bylibyśmy w innym miejscu - podkreśla.

 

 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 

JUTRO! 💥💚 #dlaklimatu24 @mlodziezowystrajkklimatyczny

Post udostępniony przez Areta Szpura (@areta)

 

 

 

"Gdyby Ziemia była firmą, liczyliby się z nią wszyscy"

 

- Ja potrzebuję świeżego spojrzenia, bo doszłam do ściany. Zastanawiam się, co jeszcze możemy zrobić. Charles Eisenstein porównuje to, jak my traktujemy globalne ocieplenie i te wszystkie zmiany, do wojny - mówi Areta.

 

Jak dodaje, "dużo ludzi ma takie podejście zero-jedynkowe, że musimy rzucić wszystko, co robimy i zająć się tylko jednym. W przypadku wojny jest tak samo - nieważna jest gospodarka, kultura, pewien rozwój człowieka, tylko wszystko skupione jest na wojnie".

 

- Myślimy o zmianach bardzo skutkowo, skupiamy się w tym momencie, żeby zmienić źródło energii. I OK, to bardzo ważne, ale to nie jest jedyne. Jeśli nie zmienimy w swoim życiu nic, oprócz zmiany źródła energii, to nasza konsumpcja przemieni się w eko-konsumpcję - tłumaczy Areta.


- Dopóki skupiamy się na zaleczeniu objawów choroby, ale nie szukamy przyczyny, nasze działania będą krótkotrwałe, krótkowzroczne. Musimy sprawdzić, co doprowadziło do tego, że jako ludzie straciliśmy tak bardzo kontakt z naturą, że zaczęliśmy się odgradzać betonem, że człowiek nie widział, jak jego zachowanie wpływa na resztę świata - podkreśla.

 

- Wszystko, co mamy, dostajemy od Ziemi za darmo. WWF policzył, jaka jest wartość usług Ziemi dla świata. To jest 125 bln dolarów rocznie. Gdyby Ziemia była firmą, to liczyliby się z nią wszyscy - dodaje.

 

"Kolejny zwariowany pomysł"

 

Sama objeżdża teraz kraj i spotyka się z ludźmi promując swoją książkę "Jak uratować świat" i nie zatrzymuje się. W poniedziałek w centrum Warszawy startuje Eko-Poradnia.

 

- To kolejny z naszych zwariowanych pomysłów. Internet internetem, ale kontakt w realu jest dużo bardziej wartościowy. Mam nadzieję, że się super przyjmie i będziemy jeździć po Polsce. Każdy z nas żyje w jakiejś bańce i możliwość spotkania z tymi innymi bańkami jest super, to powoduje poszerzanie horyzontów - opowiada.

 

Do końca maja będzie się tam można spotkać z ekospecjalistami, który doradzą, jak mądrze jeść, etycznie podróżować i pokonać plagę plastiku.

 

Małgorzata Przepióra/ polsatnews.pl

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze