Obserwatorzy wyborów w Tajlandii: były mankamenty, ale to pierwszy krok do prawdziwej demokracji

Świat
Obserwatorzy wyborów w Tajlandii: były mankamenty, ale to pierwszy krok do prawdziwej demokracji
PAP/EPA/DIEGO AZUBEL

W wyborach parlamentarnych w Tajlandii pojawiły się poważne mankamenty, warunki prowadzenia kampanii sprzyjały rządzącej juncie, a jednak głosowanie było pierwszym krokiem do prawdziwej demokracji - oceniła we wtorek grupa monitorująca wybory ANFREL.

Oficjalne wyniki niedzielnych wyborów parlamentarnych w Tajlandii zostaną ogłoszone dopiero w maju, ale obie główne siły polityczne w kraju ogłosiły już zamiar stworzenia koalicji rządzącej.

 

Były to pierwsze wybory w Tajlandii, drugiej gospodarce Azji Południowo-Wschodniej, odkąd w 2014 roku wojskowa junta obaliła demokratycznie wybrany rząd.

 

Częściowe wyniki wyborów

 

Komisja wyborcza podała jak dotąd tylko częściowe wyniki wyborów - dotyczące 350 spośród 500 dostępnych mandatów w niższej izbie parlamentu. Najwięcej z nich zdobyła opozycyjna partia Pheu Thai, choć największą liczbę głosów otrzymała Palang Pracharat (PPRP), która popiera juntę.

 

Sekretarz generalny Pheu Thai Phumtham Wechayachai oświadczył we wtorek, że jego partia zapewniła już sobie poparcie ponad 250 przyszłych posłów. W planowanym przez to ugrupowanie "froncie demokratycznym" będzie jego zdaniem m.in. partia Future Forward (FFP), która według prognoz tajlandzkich mediów będzie trzecią największą siłą w niższej izbie parlamentu.

 

Zamiar przewodzenia koalicji rządzącej wyraziła również PPRP. Jej przedstawiciel Sonthirat Sontijirawong oświadczył, że ktokolwiek wejdzie w skład koalicji, będzie musiał zaakceptować przywódcę junty generała Prayuta Chan-ochę jako premiera. - Nie oddamy tego stanowiska nikomu innemu - powiedział.

 

"Olbrzymi społeczny wysiłek"

 

Organizacja Asian Network for Free Elections (ANFREL) z siedzibą w Bangkoku pogratulowała mieszkańcom Tajlandii skutecznego i pokojowego przeprowadzenia wyborów. Na podstawie obserwacji głosowania odnotowała "olbrzymi społeczny wysiłek i pragnienie przywrócenia procesów demokratycznych w kraju po latach wojskowych rządów".

 

"Choć proces wyjawił fundamentalne niedostatki demokracji, ANFREL uznaje te wybory za pierwszy krok w stronę prawdziwej reprezentacji narodu w rządzie" - napisała grupa w podsumowaniu raportu opublikowanym na jej stronie internetowej.

 

ANFREL zwraca uwagę, że środowisko prowadzenia kampanii w znacznym stopniu sprzyjało rządzącej juncie i popieranym przez nią kandydatom. Odnotowuje również obecność "mnóstwa przepisów prawnych, utrudniających wykonywanie swoich zadań przez media, społeczeństwo obywatelskie i wyborców".

 

"Co najwyżej pierwszy krok do prawdziwej demokracji"

 

Związany z Pheu Thai były premier Tajlandii Thaksin Shinawatra, obalony w 2006 przez wojsko, ocenił na łamach "New York Timesa", że junta "zmanipulowała niedzielne wybory". Partie z obozu Thaksina i jego siostry Yingluck Shinawatry wygrały wszystkie wybory w Tajlandii od 2001 roku, ale wprowadzone przez juntę przepisy znacznie utrudniają im tym razem zwycięstwo.

 

Według obowiązującej konstytucji, uchwalonej przez juntę, obsada 250-osobowego senatu jest w praktyce w rękach wojskowych. Przyszłego premiera wybiorą wspólnie obie izby parlamentu, co oznacza, że Pheu Thai i jej stronnicy musieliby zdobyć aż 376 z 500 mandatów w izbie niższej, by przeforsować swojego kandydata.

 

Część zachodnich komentatorów oceniała niedzielne wybory jako fałszywe i stanowiące co najwyżej pierwszy krok do prawdziwej demokracji. Obserwatorzy w Bangkoku podkreślają jednak, że lepszy taki krok niż żaden, wskazując, że jeśli nawet generałowie utrzymają się przy władzy, będą teraz musieli się mierzyć z legalną opozycją.

pgo/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze