Komisja weryfikacyjna badała reprywatyzację działek obejmujących Jezioro Gocławskie

Polska
Komisja weryfikacyjna badała reprywatyzację działek obejmujących Jezioro Gocławskie
PAP/Rafał Guz

Komisja weryfikacja badała w środę sprawę reprywatyzacji działek obejmujących Jezioro Gocławskie oraz nieruchomości, przez które miałaby przebiegać linia tramwajowa na Gocław. - Nie miałem świadomości, że osoba, na rzecz której wydaję decyzję zwrotową, nie żyje - zeznał były urzędnik BGN Krzysztof R.

Rozprawa komisji trwała ponad osiem godzin i poświęcona była reprywatyzacji nieruchomościom w rejonie Jeziora Gocławskiego, alei Stanów Zjednoczonych oraz ul. gen. T. Bora-Komorowskiego; decyzje zwrotowe w ich sprawie zostały wydane w lutym 2000 r. i w marcu 2011 r. Komisja przesłuchała pięciu świadków.

 

Jeszcze przed zeznaniami pierwszego świadka pełnomocnicy ratusza zawnioskowali, aby pominąć dowody z przesłuchań świadków, zamknąć rozprawę oraz wydać decyzję stwierdzającą nieważność decyzji zwrotowych prezydenta m.st. Warszawy.

 

Mecenas Bartosz Przeciechowski argumentował, że "zarówno członkowie komisji, jak i miasto, są zgodni co do tego, że osoba, co do której w 1/12 ustanowiono użytkowanie wieczyste na podstawie decyzji objętych środowym postępowaniem nie żyła w chwili wydawania tych decyzji". Komisja odrzuciła wniosek ratusza.

 

"Zmowa pomijania nieprawidłowości"

 

Jako pierwsza, reprezentując stronę społeczną, zeznawała Magdalena Rubenfeld-Koralewska ze stowarzyszenia "Wiatrak", która przekonywała, że miasto dopuściło się wielu nieprawidłowości przygotowując plany budowy trasy tramwajowej na Gocław.

 

- Od samego początku realizacji inwestycji - zarówno na poziomie ratusza, jak i na poziomie urzędu dzielnicy, funkcjonowała taka zmowa pomijania wszelkich nieprawidłowości i niejasnych sytuacji - mówiła świadek. Jak podkreśliła, inwestycja była niezgodna ze studium zagospodarowania przestrzennego, a wybrany wariant przebiegu trasy tramwajowej nie był konsultowany z mieszkańcami.

 

"Nie pamiętam, wydałem ponad tysiąc decyzji"

 

Drugi na pytania komisji odpowiadał były urzędnik stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami Krzysztof R., który podpisał decyzję zwrotową dla działek, przez które miałaby przebiegać linia tramwajowa na Gocław.

 

Przewodniczący komisji Patryk Jaki pytał, co świadek pamięta, w sprawie podejmowania decyzji zwrotowej i czy prawidłowo zbadano krąg spadkobierców. - Nie pamiętam szczegółów tego postępowania, wydałem pewnie ponad tysiąc decyzji administracyjnych w okresie, kiedy pełniłem funkcję kierownika - powiedział świadek.

 

Patryk Jaki pytał R. o komentarz do wydania decyzji na rzecz osoby, która od lat nie żyła. - Z pewnością nie miałem tej świadomości, żeby osoba na którą wydaję decyzję nie żyła. Nic mi nie wiadomo o tym, aby w dokumentacji, którą posiadałem była informacji o śmierci strony postępowania - zapewnił świadek.

 

"Nie kojarzę żadnych nacisków"


Jaki zwrócił uwagę, że w przypadku analizowanych nieruchomości występował kurator dla osoby nieznanej z miejsca pobytu.

 

- Jeżeli był ustanowiony kurator przez organ administracji, czyli przez nas, to należało zbadać to (ustanowienie kuratora) w ramach administracji. Natomiast, jeżeli kurator był ustanowiony przez organ sądowy, to w moim rozumieniu nie mamy kognicji badania decyzji sądowych. Jeśli jest kurator dla osoby nieznanej z miejsca zamieszkania ustanowiony przez niezawisły sąd, (to) nie mam podstawy twierdzić, że ta osoba nie żyje - podkreślił b. urzędnik.

 

Pytany przez Jakiego, czy były jakieś naciski w sprawie zwrotu nieruchomości na Gocławiu, odparł: "nie kojarzę żadnych nacisków w tej sprawie".

 

"Praca miała iść do przodu"

 

B. naczelnik w stołecznym BGN Gertruda J.-F. mówiła, że jej pracy zawsze towarzyszył chroniczny brak czasu i sprawowanie nadzoru nad podległymi pracownikami w dużej mierze musiało opierać się na zaufaniu do ich lojalności, doświadczenia zawodowego, profesjonalizmu i uczciwości.

 

Odnosząc się do kuratora, który występował w sprawie zwrotu gruntów na Gocławiu, podkreśliła, że działania kuratorów spadku, czy kuratorów dla osób nieznanych z miejsca pobytu, miało oparcie w przepisach prawa, m.in. Kodeksie cywilnym.

 

- Funkcje te sprawowały osoby wyznaczone przez sądy powszechne, a ich działania podlegały nadzorowi tych sądów - zaznaczyła świadek. Stwierdziła, że to rodzina Natalii Wolfram vel Zofii Natalii Wolfram zawnioskowała do sądu o wyznaczenie kuratora dla osoby nieznanej z miejsca pobytu.

 

Świadek przypomniano zeznania byłych urzędników ratusza, którzy mówili, że w urzędzie przyznawano nagrody za większą liczbę decyzji reprywatyzacyjnych. - Doceniałam ilość i jakość pracy i po prostu, jeżeli ktoś pracował sumiennie, przygotowywał większą ilość projektów rozstrzygnięć, miał u mnie wyższe notowania - powiedziała.

 

- Było oczekiwanie, żeby zapadało jak najwięcej decyzji z wyjaśnionym stanem prawnym i faktycznym. Praca miała iść do przodu, urząd miał działać sprawnie - podkreśliła.

 

Dopytywana przez wiceszefa komisji Sebastiana Kaletę, czy to było jej polecenie, żeby wydawać jak najwięcej decyzji i czy prawdą jest, że pracownicy mieli wydawać 300 decyzji rocznie, jak zeznawali wcześniej świadkowie, byli pracownicy ratusza, powiedziała: "O ile pamiętam taka liczba nigdy nie została osiągnięta, więc siłą rzeczy nie wykonałabym zadania".

 

- Pracownicy mieli wydawać dużo decyzji, natomiast nie przypominam sobie konkretnie liczby 300. Po prostu jak najwięcej - mówiła.

 

"Proszę nie doszukiwać się sensacji"

 

Kolejny świadek, adw. Bożena Dobrzyńska, która była kuratorem dla nieznanej z miejsca pobytu Natalii Wolfram, oceniła, że "zupełnie nieuprawnione jest dopatrywanie się elementu skandalizmu czy jakiejś drakońskiej, nie wiadomo jakiej afery".

 

- Grunty (na Gocławiu) (...) zostały odziedziczone przez legalnych i właściwych spadkobierców. Pani Natalia Wolfram, dla której zostałam ustanowiona jako kurator dla osoby nieobecnej posiadała w tej masie spadkowej 1/12 część, więc proszę nie doszukiwać się żadnych sensacji - podkreśliła Dobrzyńska. Mówiła, że nie dostrzega żadnego błędu w swoim działaniu.

 

Jaki zauważył, że świadek miała obowiązek sprawdzić, co w danej chwili dzieje się z Natalią Wolfram, czy w ogóle żyje. - Przede wszystkim obowiązkiem moim jako kuratora (...) jest ochrona praw majątkowych osoby nieobecnej - odparła Dobrzyńska.

 

Pełnomocnik miasta mec. Bartosz Przeciechowski pytał świadek, czy dostarczono jej postanowienie Sądu Rejonowego dla m.st. Warszawy, który uchylił jej kuratelę ustanowioną w 2016 roku dla nieobecnej Zofii Wolfram. Według niego sąd argumentował, że "w stosunku do Zofii Wolfram mogą obecnie zachodzić przesłanki do uznania jej za osobę zmarłą".

 

Dobrzyńska mówiła, że wydaje jej się, że dostała takie postanowienie. - Ale chciałam powiedzieć, że to dotyczy jakiejś sprawy, która nie jest przedmiotem dzisiejszego postępowania - zaznaczyła.

 

Przeciechowski dopytywał, czy po otrzymaniu postanowienia sądu, podjęła jakieś czynności w celu weryfikacji, czy Natalia Wolfram żyję. "Nie miałam żadnego tytułu, ponieważ wygasły kuratele" - odpowiedziała świadek.

 

"To nieładnie brzmi"

 

Ostatnią osobą, która złożyła zeznania przed komisją, był spadkobierca po jednej z beneficjentek decyzji Jerzy Rdzanek. Deklarował on, że próbował bezskutecznie znaleźć Natalię Wolfram. Przyznał, że wystąpił do centralnego biura adresowego o podanie informacji, czy Natalia Wolfram figuruje w rejestrze PESEL, ale po czasie otrzymał informacje, że takiej osoby nie znaleziono.

 

Patryk Jaki zapytał Rdzanka czy zna grób na warszawskim cmentarzu ewangelicko-augsburskim; wymienił numer alei, w której on się znajduje.

 

- Na cmentarzu ewangelicko-augsburskim mamy rodzinnie kilka grobów. Na cmentarzu ewangelicko-augsburskim kilka Zofii spoczywa - odparł Rdzanek. Na uwagę, że spoczywa tam Zofia Natalia Wolfram, odpowiedział: "Mam od niedawna wiedzę, że tam spoczywa Zofia Wolfram, Irena Wolfram, Cezary Wolfram".

 

Rdzanek potwierdził też, że dowiedział się z dokumentów, że poszukiwana przez niego kobieta jest tą samą kobietą, która jest pochowana w grobie, którym on się opiekuje. Jak zaznaczył, wcześniej do nich nie zaglądał. Zaznaczył, że wcześniej grobem Wolframów opiekowała się jego matka.

 

Grób Wolframów - jak mówił - opłacała jego babka, a po jej śmierci jedna z córek. Jaki odpowiedział na to: "Pan musiał za ten grób płacić, inaczej nie byłby pan dysponentem. Wcześniej płaciła pana mama, która była beneficjentem (decyzji reprywatyzacyjnej ws. gruntów na Gocławiu) za grób Zofii Wolfram. I państwo twierdzicie, że nie wiedzieliście, że pani Zofia Wolfram nie żyje, tak?".

 

Na to Rdzanek powiedział: "To pan tak twierdzi i insynuuje, że ja czegoś wiedziałem, czy nie wiedziałem, ja nie wiedziałem".

 

Jaki odparł: "płacicie od lat za grób osoby, na którą robicie różne interesy twierdząc, że nie wiecie, czy ona żyje".

 

- To nieładnie brzmi - oświadczył Rdzanek.

prz/ PAP

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze