74. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz. "Zagłady nie zrobili naziści, tylko hitlerowskie Niemcy"

Polska

- Tej Zagłady, która szła wtedy, nie zrobili żadni naziści, tylko zrobiły ją Niemcy hitlerowskie. (...) Państwo polskie stoi na straży prawdy, która nie może być relatywizowana; taką obietnicę prawdy o tamtych czasach chcę tutaj złożyć - powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas głównej uroczystości 74. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz.

W uroczystości w budynku tzw. Centralnej Sauny w byłym Auschwitz II-Birkenau uczestniczy m.in. około 50 byłych więźniów obóz, premier Mateusz Morawiecki i wicepremier Beata Szydło.

 

- To Niemcy hitlerowskie karmiły się ideologią faszystowską, którą potem, też do dzisiaj, wszyscy historycy tak określają. Ale całe zło wzięło się z tego państwa i o tym nie wolno zapominać, bo inaczej następuje relatywizacja zła - dodał szef rządu, który przypomniał też słowa Jana Pawła II, które wygłosił on podczas wcześniejszych uroczystości na terenie Auschwitz-Birkenau.

 

 

Przypomniał też, że 2019 r. jest rokiem okrągłych rocznic, m.in. 30-lecia transformacji ustrojowej i upadku komunizmu.

 

- Ale 80 lat wcześniej z rozkazu Niemiec hitlerowskich Polacy i inne narody zamieszkujące II Rzeczpospolitą nie tylko straciły wolność, ale Żydzi polscy skazani zostali na Zagładę, a Polacy zostali skazani również na Zagładę - podkreślił.

 

- Musimy prawdzie patrzeć prostu w oczy, po to, żeby ta straszna, okrutna śmierć, która dotknęła wszystkich więzionych tutaj i w innych niemieckich obozach zagłady, żeby oni nie zginęli jeszcze raz - stwierdził Morawiecki.

 

"Moim życzeniem jest, by młodzi nie musieli iść drogą, którą ja przebyłam"

 

Wcześniej głos zabrała m.in. Janina Iwańska, Polka pochodząca z Warszawy. Gdy trafiła do Auschwitz miała 14 lat. Była sama; bez rodziców. W tym obozie Niemcy więzili ją aż do jego ewakuacji w styczniu 1945 r. W Marszu Śmierci przeszła w kolumnie z innymi więźniami do Wodzisławia, a stamtąd otwartymi wagonami przy trzaskającym mrozie do obozu Ravensbrueck. Potem została przewieziona do Neustadt-Glewe, gdzie 2 maja doczekała wyzwolenia. Po wojnie wróciła do Warszawy. Jej najbliżsi przeżyli. Po wojnie ukończyła studia farmaceutyczne. Uzyskała tytuł doktora.

 

- Moim życzeniem jest, żeby młodzi, żeby młode pokolenia nie musiały iść drogą, którą ja musiałam przebyć - podkreślił Iwańska.

 

W trakcie uroczystości wspominała, czym dla niej był wagon towarowy, którym przywożono więźniów do obozu. - Kiedy w 1944 r. po Powstaniu Warszawskim, z obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie zostałam wprowadzona do tego rodzaju wagonu, dla mnie była to droga, właściwie pierwszy krok do śmierci, bo ja tylko wiedziałam, że te wagony służą przewożeniu ludzi do śmierci lub uśmiercania na miejscu, bo większość tych ludzi nie doczekała nawet krematorium, tylko już zmarli w tych wagonach - opowiadała b. więźniarka.

 

Jak mówiła, kiedy otwarto ich wagon na rampie w Auschwitz to "pierwszy oddech był, że w pociągu nie umrę i to była już pierwsza ulga, że w pociągu nie umrę".

 

- Otwarto nam drzwi, kazano wychodzić z tych wagonów, gdy wyszłam z wagonu z oddechem "tu nie umrę" poczułam zapach, który znałam z Treblinki, zapach palonych ciał. Wobec tego radość minęła, bo wiedziałam, że czeka mnie to samo, co tych ludzi w Treblince - mówiła Iwańska.

 

"Ubolewam, że w naszym kraju bezkarnie maszerują osoby w uniformach zbliżonych do nazistowskich"

 

Głos zabrał także inny ocalały z Auschwitz więzień - Leon Weintraub. - W Auschwitz tym nazistowskim obozie, miejscu symbolizującym niespotykany dotąd w historii naszej cywilizacji okrucieństwo w traktowaniu ludzi, w miejscu, w którym wprowadzono technikę masowego i przemysłowego mordowania naziści urzeczywistnili swoją ideologią. I stąd wynika, że odczuwam wielki ból, ubolewam bardzo, że w wielu krajach Europy, ale także i w naszym kraju, bezkarnie maszerują osoby w uniformach zbliżonych do nazistowskich - powiedział Weintraub.

 

Jak mówił: "Osoby te otwarcie nazywają się nazistami i utożsamiają się z nazizmem. głoszą hasła zbliżone do nazistowskich. I ta ideologia, która pod znakiem złamanego krzyża mordowała tych, których uważali za podludzi".

 

- Przyznawanie się dzisiaj do nazizmu to bezsprzecznie określanie się jako morderca i ludobójca, gdyż taki jest nieuchronnie ostateczny wynik takiego nastawienia, które na początku głosi niechęć, wrogość do innych tylko, które określa rasizm, antysemityzm i homofobię jako "zalety" takie, jak to czynili wyznawcy nazizmu. I to dzieje się w naszym kraju, który doznał tyle szkód, tak wiele ucierpiał podczas nazistowskiej okupacji - podkreślił były więzień obozu Auschwitz.

 

Weintraub urodził się w 1926 r. w Łodzi. Po wybuchu wojny i wkroczeniu Niemców wraz z rodziną musiał zamieszkać w utworzonym przez nich getcie. Uczęszczał do szkoły, która została zlikwidowana jesienią 1940 r. Później pracował w warsztacie galwanizatorskim, blacharskim i jako elektryk. Do Auschwitz został deportowany w sierpniu 1944 r. Tam został oddzielony od rodziny. Po kilku tygodniach - niezauważony przez strażników - dołączył do transportu do Głuszyc. Trafił do obozu Doernhau. Przebywał tam do końca lutego 1945 r. Później został deportowany do kolejnych obozów pracy. Wyzwolenia doczekał 23 kwietnia 1945 r. Po wojnie został lekarzem. W 1950 r. wrócił do Polski. W marcu 1969 r. z powodu wzrastającego w PRL antysemityzmu stracił pracę jako ordynator w szpitalu w Otwocku i wyemigrował wraz z rodziną do Szwecji, gdzie mieszka. 

 

"Słowa są bezradne"

 

- Prawda o Auschwitz, o zbrodni Holocaustu, nigdy nie przestanie być głoszona - zapewnił byłych więźniów niemieckich obozów w imieniu prezydenta RP jego przedstawiciel minister Wojciech Kolarski.

 

Jak podkreślił, Auschwitz było piekłem na ziemi. - Słowa są bezradne, aby oddać męczeństwo tych, którzy tu cierpieli i ginęli. Są bezradne, aby wyrazić potworność zbrodni Holokaustu, wyjątkowej w dziejach świata. Wiemy jednak, że nasza pamięć o ofiarach Zagłady nie może być pamięcią milczącą. Musimy i chcemy mówić - solidarnie, z samej głębi naszego człowieczeństwa. Aby oddać cześć umęczonym. Aby przywoływać ich imiona. Aby świadectwem o zbrodni ustrzec ludzkość przed groźbą jej powtórzenia - mówił.

 

Minister Kolarski w imieniu prezydenta i wszystkich Polaków obiecał ocalonym, że "prawda o Auschwitz, o zbrodni Holocaustu, nigdy nie przestanie być głoszona".

 

- Tak jak głoszona jest od dnia wyzwolenia tego obozu i będzie trwać przez pokolenia. Przekazujemy ją naszym dzieciom i wnukom, a one z kolei przekazywać ją będą następnym generacjom. W imię dobrej przyszłości pragniemy także wyciągać wnioski z tragicznej historii. Chronić świat przed konsekwencjami pogardy i nienawiści, przed bagatelizowaniem i usprawiedliwianiem zła. To powinność naszych serc i sumień, której nigdy nie wolno zaniedbać - podkreślił.

 

Przedstawiciel prezydenta zwrócił również uwagę, że w br. przypada także 80. rocznica wybuchu II wojny światowej. - Powstanie niemieckich "fabryk śmierci" i zbrodnia Holokaustu nierozerwalnie związane są z wojną, którą naziści sprowadzili na świat. Związane są z ideologią rasizmu, antysemityzmu i nienawiści, która znalazła się u podłoża agresywnej polityki, podbojów i okrucieństw niemieckiej III Rzeszy. (…) Oddajemy cześć wszystkim ofiarom Szoa. Holokaust odebrał życie 6 mln Żydów, z czego połowę stanowili polscy obywatele. Pochylamy głowy przed ludzkim cierpieniem, którego symbolem jest Auschwitz. Masowo ginęli tu przede wszystkim Żydzi, a także Polacy, Romowie i jeńcy z Armii Czerwonej - powiedział Wojciech Kolarski.

 

"Powinniśmy opisać najlepsze i najgorsze oblicza świadków tamtych wydarzeń"

 

- Holokaust wydobywał z każdego jego prawdziwe oblicze - czasami najlepsze, czasami najgorsze - powiedziała ambasador Izraela Anna Azari, cytując pisarkę Hannę Krall, która w rozmowie z nią wyraziła tę myśl.

 

Przedstawicielka Izraela wskazała, że "Oświęcim został wybrany na miejsce fabryki śmierci z powodu istniejącej tu wcześniej kolejowej infrastruktury". Podkreśliła, że w zbrodniach XX w. "wagon towarowy pełen ludzi stał się symbolem okropnych zbrodni przeciwko ludzkości".

 

- Hanna Krall powiedziała mi, że Holokaust wydobywał z każdego jego prawdziwe oblicze - czasami najlepsze, czasami najgorsze. Te wagony też były takim papierkiem lakmusowym. Znamy relację o biednych ludziach, którzy wrzucali do wagonów co mogli, ale też o takich, którzy na oczach więźniów wylewali na ziemię opłaconą przez nich wodę. Wierzę, że jesteśmy winni pamięć każdemu, kto tutaj dojechał lub zmarł w podróży, ale także powinniśmy opisać te najlepsze i te najgorsze oblicza świadków tamtych wydarzeń - podkreśliła.

 

Azari powiedziała, że w historii ludzkości ludobójstwo niestety nie zaczęło się od Holokaustu i nie skończyło na nim. - Zagładę Żydów podczas II wojny światowej wyróżnia to, że była dokładnie zaplanowana, wykonana z przerażającą precyzją przy użyciu najlepszych wówczas technologii - stwierdziła.

 

"Nigdy nie pogodzimy się ze znieważaniem pamięci naszych przodków"

 

Ambasador Rosji Siergiej Andriejew mówił, że często odpowiada na pytania, dlaczego Rosja wraca do historii II wojny i w tak bezkompromisowy sposób reaguje "na próby przepisywania lub skorygowania tej historii, a w szczególności obwołania wyzwolicieli - »okupantami«, a zbrodniarzy - »walczącymi o wolność«".

 

- Po pierwsze, dla nas - zarówno w Rosji i innych państwach byłego Związku Radzieckiego, jak i w Polsce, Izraelu - są to nie tylko dzieje naszych krajów, lecz część naszej głęboko osobistej, rodzinnej historii: nie ma w Rosji takiej rodziny, w której nie pamiętałoby się o swoim bohaterze - mówił.

 

Ambasador przypomniał, że w niedzielę minęło 75 lat od przerwania niemieckiej blokady Leningradu. To okrążenie pochłonęło ponad 1 mln istnień mieszkańców. - Jest to prawie tyle, ile zostało zakatowanych przez faszystów tu w Auschwitz - dodał. Andriejew wspomniał też o 26,5 mln obywateli sowieckich, którzy polegli w wojnie. - Dwie trzecie z nich to ludność cywilna, która zginęła w czasie okupacji, w obozach, w oblężeniach. Jest to ogromna cena, którą nasz kraj zapłacił za zwycięstwo - podkreślił.

 

Siergiej Andriejew mówił, że dla "naszych narodów - bez żadnej przesady - była to wojna na śmierć i życie". Zaznaczył, że Rosja ceni wkład sojuszników we wspólne zwycięstwo, ale to na Związku Sowieckim spoczął główny ciężar walki. To Armia Czerwona zmiażdżyła główne siły hitlerowskich Niemiec. Wspomniał, że wspólnie walczył z nią też żołnierz polski.

 

- Pamiętać o ofiarach jest naszym obowiązkiem, być dumnym ze zwycięstwa jest naszym niezaprzeczalnym prawem. Nigdy nie pogodzimy się ze znieważaniem pamięci naszych przodków, którzy zgnietli faszyzm. Niech nikt nie żywi żadnych złudzeń na ten temat - zaznaczył.

 

"Świat się trzęsie w posadach"

 

Dyplomata podkreślił w wystąpieniu, że lekcja Auschwitz jest dziś ważna. - Wszyscy postrzegamy, że w stosunkach międzynarodowych rośnie niestabilność, świat się trzęsie w posadach. Szczególnie zatrważające jest to, że w wielu krajach już nie działa szczepionka przeciw pladze nazizmu i pokusom różnego rodzaju awantur wojennych. Militarne rozwiązania są przyjmowane jako coś dopuszczalnego. Nie można się z tym godzić. (…) Przez wiele dziesięcioleci pamięć o II wojnie światowej i jej ofiarach była najpotężniejszym czynnikiem odrzucenia w świecie pomysłu na wojnę. Auschwitz jest tym miejscem, gdzie miliony ludzi otrzymują tak potrzebne obecnie w naszym świecie szczepienie przeciwko amnezji historycznej - wyjaśnił.

 

Andriejew zwrócił też uwagę na Muzeum Auschwitz, które powstało, by przekazywać nowym pokoleniom pamięć o tym, do jakich skutków prowadzą "wiara we własną wyjątkowość, wyższość cywilizacyjną, rasową, narodową, wiara we własne prawo do decydowania o losach całych narodów - Żydów, Słowian, Romów i innych".

 

"Słowa nienawiści zatruwają wyobraźnię i otępiają sumienia"

 

- Na początku było słowo. A potem, gdy było już u ludzi, okazało się, że słowo potrafiło także niszczyć. (…) Rampa to nie to samo, co peron. Numer to nie to samo, co imię. Segregacja czy selekcja to nie to samo, co wybór. Barak to nie to samo, co budynek - powiedział dyrektor Muzeum Auschwitz Piotr Cywiński.

 

Jak podkreślił, współcześnie słowa mają niszczycielską moc. - W Internecie, w dyskusji, na forum, w komentarzach. W mediach, tytułach, podpisach. W zestawieniach pojęć, gdy ukazuje się ludzi biednych, zastraszonych, uciekających, z zarazkami i chorobami. W języku debaty politycznej, w demagogii, w populizmie. W brutalnych zdaniach tych, którzy - mając służyć - chcą przewodzić - wskazał.

 

Zdaniem Piotra Cywińskiego, "słowa nienawiści zatruwają wyobraźnię i otępiają sumienia". - Może dlatego tak wielu milczy wobec zła. Cały niemalże świat milczał wobec zeszłorocznego ludobójstwa w Birmie. Słowa nienawiści tworzą nienawiść. Słowa dehumanizacji odczłowieczają. Słowa gróźb zwiększają zagrożenie - podkreślił.

 

- Dlaczego o tych prawdach nie uczymy w szkołach? Dlaczego nasze prawo tworzy na to przyzwolenie? Dlaczego homilie to przemilczają? Dlaczego media używają języka wojny dla opisania pokoju? Już zaczęliśmy za to płacić. W Polsce, w Europie, na świecie - dodał przypominając zarazem, że pozostał tylko rok do obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, "które powinny być świętem zwycięstwa".

 

- Tymczasem boimy się, jak wiele zniszczenia można jeszcze dokonać słowami - zakończył.

 

Dyrektor zacytował w swoim wystąpieniu Raphaela Esraila, który powiedział, że obóz nie jest wspomnieniem, a jego świat jest wszechobecny w codzienności. - Nie znam straszniejszego ostrzeżenia przed naszymi własnymi słowami - podkreślił Piotr Cywiński.

 

Weszli bramą z napisem "Arbeit macht frei"

 

Byli więźniowie weszli na teren byłego obozu przez bramę główną z napisem "Arbeit macht frei". Większość z nich pokonała poobozowe alejki pieszo. Wielu miało zawiązane chusty w biało-niebieskie pasy, przypominające obozowe pasiaki.

 

Zabrzmiał polski hymn narodowy. Przed Ścianą Straceń na dziedzińcu Bloku 11. byli więźniowie, którym towarzyszył m.in. dyrektor Muzeum Auschwitz Piotr Cywiński, złożyli wieniec z biało-niebieskich kwiatów, układających się w pasy. W jego centrum widniał czerwony trójkąt z literą "P". Symbolizuje on polskich więźniów politycznych, których Niemcy osadzali w swoich obozach.

 

Muzeum Auschwitz

 

 

"Straciłyśmy dzieciństwo, starsi - młodość"

 

W uroczystości uczestniczyła Barbara Doniecka, która w chwili deportacji z powstańczej Warszawy do Auschwitz w sierpniu 1944 r. miała 10 lat. - Przyjeżdżamy tu jak na cmentarz, największy cmentarz. Wspominamy tych, co zmarli. Obok mnie na koi umarła dziewczynka. Miała może z sześć lat. Zawsze, gdy tu jestem, idę na Brzezinkę i na blok 13. Na tej koi, gdzie zmarła, zawsze jej stawiam figurkę aniołka. Dziś też ją mam. (…) Ta dziewczynka, która zmarła rozpaczała za matką. Ja i starsze koleżanki pielęgnowałyśmy ją, ale ona nie chciała ani jeść, ani pić. Przyjeżdżam tu właśnie dla niej - powiedziała Barbara Doniecka.

 

Hołd ofiarom Auschwitz przed Ścianą Straceń złożyła Barbara Wojnarowska, także przywieziona z Warszawy w sierpniu 1944 r. - Miałam wtedy cztery lata. Ciągle żyję i tu przychodzę co roku. Nie było to sanatorium. My, dzieci, straciłyśmy dzieciństwo, starsi - młodość. Ważne, że jeszcze jesteśmy i możemy to przekazać następnym pokoleniom. Ale jak długo? Ilu więźniów jeszcze żyje? Ilu będzie w przyszłym roku? - mówiła Wojnarowska, która do obozu została przywieziona z najbliższymi. Wszyscy przeżyli.

 

W uroczystości uczestniczył Andrzej Zasępa z Sosnowca. - Byłem więźniem już jako trzylatek. Zabrano mnie z rodzicami. Oni trafili do Auschwitz, ja do Polenlager (system 26 niemieckich obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej dla Polaków na Górnym Śląsku i Zagłębiu Dąbrowskim - red.). To trauma niesamowita. Niemiec wyrwał mnie rodzicom. Potem było jeszcze gorzej. Najważniejsze jest jednak, że cała nasza rodzina przetrwała. Ojciec, matka i ja - powiedział.

 

"W naszych rękach jest, by taka tragedia nigdy się nie wydarzyła"

 

"Dzisiejsza 74. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz to także Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. W naszych rękach jest to, żeby taka tragedia już nigdy się nie wydarzyła i aby przyszłe pokolenia pamiętały, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka" - głosi wpis zamieszczony na Twitterze ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher.

 

 

Ściana Straceń zwana też Czarną Ścianą lub Ścianą Śmierci stała na dziedzińcu Bloku 11. Od jesieni 1941 r. esesmani przez dwa lata wykonywali przed nią egzekucje przez rozstrzelanie. Zgładzili w ten sposób wiele tysięcy osób, głównie Polaków. Ściana została zdemontowana przez Niemców w lutym 1944 r. Obecnie stoi tam jej replika. To tradycyjne miejsce, w którym wszystkie oficjalne wizyty składają hołd pomordowanym.

 

"Zderzenie ludzi idących spokojnie i nas"

 

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej otworzyli bramy niemieckiego obozu Auschwitz. Skrajnie wyczerpani więźniowie, których było tam jeszcze ok. 7 tys. - w tym pół tysiąca dzieci - witali ich jako wyzwolicieli.

 

W transporcie do KL Auschwitz obecnie 93-letni Stanisław Zalewski, prezes Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, znalazł się 5 października 1943 r. Był to największy transport więźniów Pawiaka, liczący około 1500 mężczyzn i kobiet.

 

- Sam przyjazd do Auschwitz wyglądał bardzo ponuro, bo przyjechaliśmy w nocy, pochmurna noc i księżyc wysuwający się od czasu do czasu zza chmur, a z wagonów wyszli żywi, a umarłych wyniesiono. I tak kolumna pieszych i tych, co umarli, niesionych na plecach, szła do miejsca, gdzie był napis "Arbeit Macht Frei". Ja jako młody chłopiec, bo miałem wtedy 18 lat, nie zdawałem sobie sprawy, co oznacza ten napis (...) dopiero później okazało się, co oznaczają te słowa "Arbeit Macht Frei" - opowiadał.

 

Zalewski w Auschwitz był zatrudniony przy rozładunku wagonów, bo obóz cały czas się rozbudowywał. Jak mówił, dźwigał 50-kilogramowe worki z cementem. - Był sznurek więźniów, każdy dostawał worek, musiał zanieść na określone miejsce. Kto upadał pod ciężarem, to już się więcej nie podnosił, bo albo nie mógł, albo po prostu był dobijany - podkreślił.

 

Opowiadał o kilku obrazkach z Auschwitz, które utkwiły mu w pamięci. - Któregoś dnia przyjechał pociąg z wagonami, tak zwanymi pulmanami, to były ichnie super wagony, obecnie Intercity, z których wysiedli dobrze ubrani Żydzi. (...) Im mówiono, jak się później dowiedziałem z literatury, że jadą do pracy na Wschód. Ale my, więźniowie, stojąc przed barakiem, bo nie wolno było wtedy wychodzić, wiedzieliśmy, co się z nimi stanie. I teraz takie zderzenie - ludzi idących spokojnie i nas, którzy wiemy co, jaka będzie ich dalsza kolej, jak dojdą tam, do tego miejsca - wspominał Zalewski.

 

"Krzyk kobiet słyszę do dzisiaj"

 

Drugi obrazek, który zapamiętał, to wożenie do krematorium. - Obok naszego baraku był barak, gdzie lokowano więźniów niezdolnych do pracy. Oczywiście ci więźniowie byli z czasem dostarczani do komór gazowych i spalani w krematorium. Kiedyś zrobiono zbiórkę tego baraku, gdzie były kobiety. To był listopad. Kazano kobietom się rozbierać do naga, podjeżdżały samochody ciężarowe i ładowano te kobiety jak jakiś ładunek, towar, następnie zamykano i samochody jechały wiadomo, w jakim kierunku, prosto do krematorium. Krzyk tych kobiet słyszę jeszcze do dzisiaj - mówił ze wzruszeniem.

 

Zalewski zapamiętał także selekcje indywidualne, które odbywały się w obozie. "Po kolacji dostawało się kromkę chleba malutką, byle co, była zbiórka wszystkich w danym baraku w dwuszeregu i przychodził zarządzający tym barakiem, z reguły z formacji SS, był tam także pisarz blokowy. I ten z formacji SS, tak zwany Blockfuehrer, szedł i przyglądał się więźniom. Jeżeli zobaczył kogoś, który już wiadomo, że jego dni albo miesiące są policzone, pokazywał tylko kijkiem, a pisarz spisywał numer więźnia. (...) Ci więźniowie jedli kolację i później wywoływano tych, których ten esesman wskazał, ustawiano ich w szereg i prościutko w kierunku komory gazowej do krematorium" - opowiadał.

 

"Ludzkość nie wyciągnęła wniosków"

 

Pytany, co było najgorszego w Auschwitz, odpowiadał: "dla mnie najgorszym był nie głód, nie to, że nas zmuszano do niewolniczej pracy, ale to, że nas pozbawiono człowieczeństwa". - My nie byliśmy ludźmi, traktowano nas jak coś takiego niepotrzebnego, zbędnego, które trzeba wykorzystać maksymalnie, a później zgładzić. Tak jak jakieś stworzenia inne. I to było najgorsze - zaznaczył.

 

Zalewski podkreśla, że po 74 latach od wyzwolenia obozu najważniejsze jest to, żeby ta tragedia się więcej nie powtórzyła. - Według mnie ludzkość nie wyciągnęła wniosków z tego, co się wydarzyło w XX wieku w obozach. W dalszym ciągu w innych częściach świata ludzie w imię własnych ambicji czy też jakichś dążeń ideologicznych dokonują zbrojnych aktów przemocy i to pochłania tysiące ludzi, i to ma znamiona ludobójstwa - ocenił.

 

- Ci, co przyjeżdżają (na obchody rocznicy wyzwolenia obozu - red.), i ci, co mogą coś zrobić na tym świecie, powinni podejmować postanowienia, żeby to już więcej się nigdy nie powtórzyło - wskazał Zalewski. 

 

Pierwsze jedzenie

 

Wśród ocalonych była Anna Stachowiak. - Gdy nadszedł ten dzień myślałam, że ci żołnierze są w piżamach, bo mieli takie białe ochronne ubrania. Otworzyły się drzwi baraku. Stało ich kliku. Mówili po rosyjsku. Zrozumiałam: "Giermańcow uże niet". Dzieci wołały, że są głodne. Kobieta, Rosjanka, wyjęła bułkę z kapustą, przełamała i chciała nam dać, ale oficer zabronił. Nie mogłam tego zrozumieć. Dziś wiem, że gdybym zjadła, to "skręciło by mi kiszki". Potem starsze dziewczyny przyniosły trochę mąki i ugotowały kluchy. To było pierwsze jedzenie - wspominała podczas ubiegłorocznych uroczystości rocznicowych.

 

Aleksandra Borisow również była dzieckiem. - Najpierw weszli zwiadowcy. Młody żołnierz wziął mnie na ręce. Byłam chora, wycieńczona, ale szczęśliwa. Potem oni odeszli, ale powiedzieli, że wkrótce przyjdzie Armia Czerwona. To było szczęście, radość - wspominała moment wkroczenia wojsk sowieckich.

 

"Najtragiczniejsze było wyjście"

 

Halina Brzozowska-Zduńczyk, jako 12-letnia dziewczynka została deportowana do Auschwitz w 1944 r. z młodszą o sześć lat siostrą Marysią z ogarniętej powstaniem Warszawy. 27 stycznia do ich baraku wpadli żołnierze. - Byli w innych mundurach - zielonych, wełnianych, grubych. Mówili, że są Rosjanami i już jesteśmy wolne. (…) Najtragiczniejsze było wyjście z baraku. Całe obejście, dojścia i drogi były pokryte leżącymi ludźmi, skrajnie wyniszczonymi, konającymi, żebrzącymi o pomoc, albo trupami. Nie było gdzie postawić nogi - mówiła w 2016 r.

 

Niemcy rozpoczęli przygotowania do likwidacji Auschwitz w sierpniu 1944 r. Sukcesywnie ewakuowali więźniów w głąb Rzeszy. Do połowy stycznia 1945 r. wyekspediowali ok. 65 tys. osób, w tym niemal wszystkich Polaków, Rosjan i Czechów. Mimo zbliżania się oddziałów sowieckich Niemcy kontynuowali uśmiercanie Żydów. Komory gazowej po raz ostatni użyli 28 listopada 1944 r.

 

Pod koniec 1944 r. rozebrano kilkadziesiąt baraków w Birkenau. Niemcy palili dokumenty i zacierali świadectwa zbrodni: zasypywali doły z ludzkimi prochami, rozebrali do fundamentów krematorium IV i przygotowali do wysadzenia pozostałe trzy. Zniszczyli je tuż przed opuszczeniem obozu.

 

Niszczone dokumenty i listy zmarłych

 

17 stycznia 1945 r. odbył się w KL Auschwitz ostatni apel. Według zachowanego raportu więźniarskiego ruchu oporu, stanęło do niego łącznie 67 012 więźniarek i więźniów, w tym w obozie Auschwitz I i Auschwitz II-Birkenau 31 894, a w podobozach 35 118 osób.

 

Ostateczną likwidację obozu Niemcy zaczęli, gdy ruszyła ofensywa sowiecka. Rozpoczęli ewakuację więźniów "marszami śmierci". Z obozu macierzystego Auschwitz I oraz podobozów wyprowadzili 58 tys. osób.

 

Była więźniarka Auschwitz II-Birkenau, uczestniczka "marszu śmierci" Krystyna Żywulska wspominała, że wszędzie płonęły stosy papierów. - Przed blokfuehrersztubą esesmani depcą płonące stosy, dorzucają wciąż nowe dokumenty, listy zmarłych, niszczą wszystko, co świadczyłoby o prawdzie. Wychodząc śpiewamy: "Żegnaj, straszny Oświęcimie i koszmarne Birkenau, w twych barakach pustych w zimie, wiatr żałośnie będzie wiał" - napisała Żywulska we wspomnieniach.

 

Piesze kolumny z więźniami docierały głównie do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, skąd otwartymi wagonami transportowano ich do obozów w głębi Rzeszy. Podczas akcji zginęło co najmniej 9 tys. więźniów.

 

Ewakuacja do Ravensbrueck

 

Alina Dąbrowska została ewakuowana do obozu Ravensbrueck. - Sam marsz nie stanowił najgorszego wydarzenia. Szło się, było zimno, spaliśmy w stodołach, jechaliśmy otwartymi wagonami. Było potwornie zimno. Najstraszniejszy był jednak głód w Ravensbrueck. Nie byłyśmy tam mile widziane. Nazywano nas "bandą z Oświęcimia". Jeżeli w południe nie poszłam z miską i siłą, narażając się pobicie kijem, nie zabrałam z kotła choć trochę zupy, to nie miałam co jeść - wspominała po wielu latach.

 

W Auschwitz i Birkenau zostało ok. 9 tys. więźniów, w tym ok. 500 dzieci. Esesmani uznali, że nie nadają się do pieszej ewakuacji i zamierzali ich zgładzić. Zdążyli zabić ok. 700 z nich.

 

26 stycznia obóz opuściła większość załogi. Więźniowie, nie zważając na ostrzeliwujących ich ostatnich wartowników, szukali żywności i odzieży. Wielu zginęło od kul. Umierali też z powodu zjedzenia zbyt dużych ilości żywności. Część więźniów, głównie personelu szpitali obozowych, podjęła próbę samoorganizacji życia obozowego, a zwłaszcza pomocy obłożnie chorym. Samopomoc była naturalną kontynuacją ruchu oporu.

 

Informacje o obozie dotarły po zajęciu Krakowa

 

Historyk Andrzej Strzelecki wspominał w swoich pracach, że rozkaz zajęcia Oświęcimia otrzymała 60. armia I frontu ukraińskiego, która nacierała lewym brzegiem Wisły od strony Krakowa w kierunku Górnego Śląska. Celem było częściowe okrążenie Niemców i zmuszenie do wycofania się z niezwykle ważnego regionu przemysłowego.

 

26 stycznia czerwonoarmiści przekroczyli Wisłę. Dzień później zwiadowcy 100. lwowskiej dywizji piechoty przed południem weszli do podobozu Monowitz. W południe dotarli do centrum Oświęcimia, a krótko potem skierowali się w rejon obozu macierzystego Auschwitz I i obozu Auschwitz II-Birkenau. Przy pierwszym napotkali na opór wycofujących się Niemców, który przełamali. Obozy wyzwolili ok. godz. 15.

W walkach z Niemcami w rejonie Auschwitz I, Auschwitz II-Birkenau, podobozu Monowitz i miasta Oświęcim zginęło 231 żołnierzy Armii Czerwonej. 66 zginęło w strefie obozowej.

 

W Auschwitz, Birkenau i Monowitz wyzwolenia doczekało łącznie ok. 7 tys. więźniów. Armia Czerwona wyzwoliła też pół tysiąca więźniów w podobozach w Starej Kuźni, Blachowni Śląskiej, Świętochłowicach, Wesołej, Libiążu, Jawiszowicach i Jaworznie.

 

Zdaniem historyków Muzeum Auschwitz, Armia Czerwona nie była w stanie wcześniej dotrzeć do Auschwitz, gdyż bliższe informacje o obozie otrzymała dopiero po zajęciu Krakowa 18 stycznia.

 

Zgładzono ponad milion ludzi

 

Część byłych więźniów tuż po wyzwoleniu wróciła do domów. Pozostali zostali umieszczeni w szpitalach zorganizowanych w byłych już obozach przez sowieckie wojskowe służby medyczne oraz mieszkańców Oświęcimia i okolicy. Leczonych w nich było ponad 4,5 tys. byłych więźniów z ponad 20 krajów, w większości Żydów. Wśród nich było ponad 200 dzieci. Chorzy znajdowali gościnę w prywatnych domach. Większość byłych więźniów opuściła szpitale w ciągu trzech-czterech miesięcy po wyzwoleniu.

 

Niemcy założyli obóz Auschwitz w 1940 r., aby więzić w nim Polaków. Auschwitz II-Birkenau powstał dwa lata później. Stał się miejscem zagłady Żydów. W kompleksie obozowym funkcjonowała także sieć podobozów. W Auschwitz Niemcy zgładzili co najmniej 1,1 mln ludzi, głównie Żydów, a także Polaków, Romów, jeńców sowieckich i osób innej narodowości.

mta/prz/ PAP
Czytaj więcej

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze

Przeczytaj koniecznie