Sprawa zatrucia Warty w 2015 r. wraca do prokuratury

Polska
Sprawa zatrucia Warty w 2015 r. wraca do prokuratury
pixabay.com

Sąd Rejonowy w Poznaniu zadecydował w poniedziałek o zwrocie do tamtejszej prokuratury okręgowej aktu oskarżenia w sprawie zatrucia Warty w 2015 r. Posiedzenie sądu w tej sprawie, podobnie jak uzasadnienie decyzji, było niejawne.

W wyniku śledztwa biegli ustalili, że katastrofę sprzed 3 lat spowodowały odpady z firmy, produkującej insektycydy. 

 

Oskarżony Piotr M. jest udziałowcem "wykonującym faktycznie czynności zarządcze" w spółce B., która miała się dopuścić zatrucia rzeki.

 

Śledczy zarzucili Piotrowi M., że wbrew przepisom polecił składować w magazynach odpady zawierające substancje toksyczne. Następnie miał polecić usunięcie tych substancji przez ich wylanie do studzienki ściekowej połączonej kolektorem ściekowym z Wartą, "co spowodowało istotne obniżenie jakości wody i zniszczenie w świecie roślinnym i zwierzęcym ekosystemu rzeki Warty w znacznych rozmiarach".

 

Masowe śnięcie ryb

 

Wody w Warcie zostały zatrute od mostu Lecha w Poznaniu, aż do miejscowości Chojno w gminie Wronki. Trująca substancja dostała się do wody z kolektora ściekowego na 239. kilometrze Warty. Na tym odcinku stwierdzono masowe śnięcie ryb.

 

Śledztwo prokuratury wykazało, że substancja, która zabiła ryby w Warcie, to transflutryna wykorzystywana do produkcji preparatów przeciwko muchom, komarom i karaluchom. Transflutryna jest niebezpieczna dla zdrowia, działa toksycznie na organizmy wodne i powoduje utrzymywanie się niekorzystnych zmian w środowisku wodnym. Zanieczyszczenie to mogło również zagrozić życiu lub zdrowiu ludzi.

 

Ireneusz Sobiak, w tamtym czasie powiatowy lekarz weterynarii, wyjaśnił w rozmowie z polsatnews.pl, że "nikt nie jest w stanie stwierdzić dokładnie, ile substancji faktycznie trafiło do wód oraz ile trwało zanieczyszczanie rzeki trującymi ściekami".  

 

Polski Związek Wędkarski w Poznaniu, który odpowiadał za zebranie i utylizację śniętych ryb wskazał, że było ich około 20 ton, ale jak dodaje Sobiak i te szacunki są przybliżone.

 

- Śnięte ryby znajdowaliśmy nawet w okolicach Obornik, (ponad 40 km dalej w linii rzeki - red.). Nikt jednak nie był w stanie zebrać wszystkich martwych ryb, nie mówiąc już o innych bezkręgowcach, planktonie, które w wyniku tego wycieku ucierpiały - dodał lekarz.

 

Całkowity koszt zatrucia Warty wyniósł ponad 1,2 mln zł, tyle bowiem kosztowała natychmiastowa interwencja służb oraz odłów i utylizacja martwych zwierząt.

 

Odtworzenie rybostanu w Warcie potrwa prawdopodobnie do 2025 roku. 

 

Akt oskarżenia wobec biznesmena Piotra M.

 

W sprawie masowego śnięcia ryb rozpoczęło się śledztwo. Na początku podejrzewano kilka okolicznych firm, które korzystają z substancji chemicznych i mają bezpośrednie połączenie z rzeką. Biegli, na podstawie postępowania dowodowego, ostatecznie zawęzili swoje działania do jednego z poznańskich przedsiębiorstw.

 

"Na podstawie przeprowadzonych badań, ustalono związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy działalnością ustalonej Spółki, a zatruciem rzeki w dniu 24 października 2015 r. Dla potrzeb śledztwa ustalono zakres działalności Spółki, przestrzeganie wymagań ochrony środowiska w związku z rodzajem prowadzonej działalności gospodarczej, sposób magazynowania wytwarzanych środków i odpadów" - wynika z aktu oskarżenia opublikowanego 9 maja 2018 r.

 

Prokuratura Okręgowa w Poznaniu przedstawiła zarzuty Piotrowi M., współwłaścicielowi firmy B. produkującej preparaty do zwalczania owadów i gryzoni. Mężczyzna oskarżony jest o naruszenia przepisów o utylizacji odpadów i doprowadzenia do "istotnego obniżenia jakości wody i zniszczenie w świecie roślinnym i zwierzęcym ekosystemu rzeki Warty w znacznych rozmiarach". Biegli określili działania Piotra M. jako "bezprecedensowe barbarzyństwo ekologiczne i cywilizacyjne". W świetle zgromadzonego materiału dowodowego wykazano, że było to działanie umyślne. Nie zdołano jednak ustalić, komu zlecono dokonanie wpuszczenia odpadów do rzeki, ustalono tylko, że dokonano tego na polecenie Piotra M.

 

Oskarżony nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa i skorzystał z prawa do odmowy składania wyjaśnień. Przestępstwo zarzucone Piotrowi M. zagrożone jest karą do 8 lat pozbawienia wolności.

 

"Nie podzielam argumentacji sądu"

 

W poniedziałek sąd rejonowy podjął decyzję o zwrocie sprawy do prokuratury w celu uzupełnienia akt. Posiedzenie sądu w tej sprawie, podobnie jak uzasadnienie decyzji, było niejawne. Sędzia Jan Kozaczuk poinformował jedynie media o swojej decyzji. Jak wskazał, "sąd wydał postanowienie o zwrocie sprawy do postępowania przygotowawczego w celu uzupełnienia braków (…) uzasadnienie decyzji objęte jest tajemnicą".

 

Poniedziałkowe postanowienie sądu nie jest prawomocne. Prokuratura zapowiedziała złożenie odwołania od tej decyzji.

 

- Nie podzielam argumentacji sądu, którą przedstawił w uzasadnieniu postanowienia. W ocenie prokuratora postępowanie przygotowawcze pozwoliło na zgromadzenie materiału dowodowego w sposób kompletny i prokurator wraz ze skierowaniem aktu oskarżenia był gotowy do procesu w tej sprawie - powiedziała w poniedziałek prokurator Anna Bręk.


ked/luq/ PAP, polsatnews.pl, Gazeta Wyborcza

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze