Pożar na budowie białoruskiej elektrowni atomowej. Władze zaprzeczają, aktywista dotarł do świadków

Świat
Pożar na budowie białoruskiej elektrowni atomowej. Władze zaprzeczają, aktywista dotarł do świadków
Zdjęcie ilustracyjne, fot. Wikimedia.org/centralniak
Temelińska elektrownia atomowa w krajobrazie Kraju południowoczeskiego.

Na budowie elektrowni atomowej zlokalizowanej w Ostrowcu na Białorusi (ok. 250 km od polskiej granicy) wybuchł pożar - przekonuje lokalny aktywista Mikałaj Ułasiewicz, który dotarł do świadków zdarzenia. Białoruskie Ministerstwo Spraw Nadzwyczajnych, któremu podlega służba pożarnicza, zaprzecza, że incydent miał miejsce.

Do zdarzenia miało dojść 18 lutego w awaryjnej instalacji bezpieczeństwa reaktora w czasie operacji rozruchu próbnego urządzenia. Ułasiewicz informuje, że całkowicie miała spłonąć stacja transformatorów. W efekcie wyremontowano budynek i wymieniono spalone urządzenia.


Aktywista o awarii poinformował dopiero teraz, gdyż niedawno znalazł naocznych świadków awarii, którzy potwierdzili wersję o pożarze.

 

Po incydentach zaczęto utajniać informacje

 

Ułasiewicz już wcześniej informował o kilku awariach na terenie budowy, z których wszystkie zostały potwierdzone po fakcie przez dyrekcję budowy. Najważniejszą z nich było upuszczenie podczas montażu korpusu reaktora. Dopiero gdy informacja została upubliczniona, rosyjski podwykonawca zobowiązał się do wymiany uszkodzonego urządzenia.


- Po tych głośnych zdarzeniach zaczęli mocno utajniać informacje (o incydentach - red.), tak by nie opuszczały one terenu budowy - podkreślił działacz ekologiczny w rozmowie z Biełsatem.

 

Ludzie boją się mówić


Zdaniem Ułasiewicza, ludzie boją się mówić ze strachu i z przekonania, że nie będą mieli wpływu na bezpieczeństwo na budowie. Jego zdaniem nie ziściły się również nadzieje okolicznych mieszkańców, że dzięki budowie pojawiają się miejsca pracy.

 
We wtorek Alaksandr Łukaszenka podczas swojego orędzia oburzał się, że dotychczas nie poinformowano go o tym, jak "elektrownia będzie wbudowana w gospodarkę kraju". Przy tym już wiadomo, że nie zostaną zrealizowane plany sprzedaży energii elektrycznej na zachód. Najbardziej protestują Litwini - odległość elektrowni od Wilna wynosi jednie 50 km. Litewskie władze zapowiadają demontaż transgranicznych linii elektrycznych łączących litewskie i białoruskie systemy energetyczne. Z zakupu białoruskiego prądu zrezygnował też polski rząd.

 

Pomysł na wykorzystanie energii do "kopania bitcoinów"


Zdaniem ekspertów, Białoruś nie potrzebuje takiej ilości dodatkowej energii elektrycznej. By zapełnić braki wystarczyłoby zmodernizować istniejące elektrownie. Na Białorusi tymczasem pojawiły się pomysły, żeby zbędną energię wykorzystać do "wykopywania bitcoinów", do czego potrzebne są superkomputery zużywające ogromnych ilości energii.


belsat.eu

grz/luq/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze