Pięć ofiar katastrofy śmigłowca w Nowym Jorku. Przeżył jedynie pilot

Świat

Nie udało się uratować życia trzech pasażerów, którzy w stanie krytycznym trafili do szpitala po katastrofie śmigłowca w Nowym Jorku. W niedzielę wieczorem czasu lokalnego maszyna spadła do wody w cieśninie East River i zatonęła. W sumie ofiar jest pięć, bo na miejscu zginęło dwóch pasażerów. Pilot wydostał się ze śmigłowca o własnych siłach.

Na miejscu wypadku bardzo szybko pojawiły się łodzie policji i straży pożarnej. Na pokładzie maszyny, oprócz pilota, znajdowało się pięciu pasażerów, którzy wynajęli śmigłowiec, by zrobić zdjęcia Nowego Jorku z powietrza. 

 

Żeby uwolnić poszkodowanych, płetwonurkowie musieli przeciąć pasy bezpieczeństwa. Akcję ratunkową prowadzono na głębokości ok. 15 metrów pod wodą. 

 

Płetwonurkom udało się wydostać trzy osoby. Przewieziono je do szpitala, ale nie udało się uratować ich życia. 

 

Cało z wypadku wyszedł pilot, który o własnych siłach wydostał się na zewnątrz. Został już wypisany ze szpitala, był w dobrym stanie. 

 

- Jedliśmy kolację i zobaczyliśmy jak czerwony śmigłowiec na pełnej prędkości leci w stronę wody. To wyglądało surrealistycznie, (...) potem maszyna wpadła do wody i zatonęła - powiedziała telewizji ABC7 Arineh Nazarian, która była świadkiem katastrofy.

 

Na filmach, które nagrali świadkowie zdarzenia widać, jak maszyna powoli zbliża się do tafli wody, a po częściowym zanurzeniu przechyla się na bok i tonie. 

 

 

PAP, Reuters, polsatnews.pl

mta/ml/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze