Połowa lekarzy w wielu miastach niemieckiej Saksonii pochodzi z Polski. Land kusi następnych

Świat
Połowa lekarzy w wielu miastach niemieckiej Saksonii pochodzi z Polski. Land kusi następnych
Pixabay

Niemal połowę zespołów szpitali i klinik w Goerlitz, Budziszynie (Bautzen) czy Hoyerswerdzie stanowią polscy specjaliści. Są dobrze wykształceni i znają niemiecki. Import lekarzy z Polski do Saksonii trwa od lat. - To jak wygrana na loterii, bo Niemcy borykają się z niedostatkiem medyków, szczególnie we wschodnich landach i na prowincji - mówi chirurg Nils Walter z kliniki w Goerlitz.

Nils Walter pracuje z polskimi lekarzami od ponad dziesięciu lat, początkowo w miejskiej klinice w Goerlitz, a obecnie jako dyrektor kliniki St. Carolus w tym samym mieście. W zespole liczącym 38 lekarzy, 13 pochodzi z Polski.

 

Lekarz bez specjalizacji zarabia od 2,4 tys. euro miesięcznie


Erik Bodendieck, szef Saksońskiej Izby Lekarskiej w Dreźnie wielokrotnie podkreślał, że bez zagranicznych lekarzy szpitale i kliniki w tym landzie zmuszone byłyby pozamykać niektóre z oddziałów i już od dłuższego czasu łatają dziury lekarzami z Europy Środkowo-Wschodniej.

 

Z danych izby wynika, że ponad 2,2 tys. z 17,3 tys. czynnych zawodowo lekarzy w Saksonii, to obcokrajowcy. Pochodzą głównie z Czech (376 ) ze Słowacji (273) oraz z Polski (223), Rumunii (180) a także z Rosji (152) i Bułgarii (114). W większości znajdują zatrudnienie w prowincjonalnych szpitalach i klinikach. Część z nich przejmuje także gabinety emerytowanych lekarzy lub otwiera własne.


Warunki pracy i pensja to dwa główne powody, dla których polscy lekarze opuszczając kraj wybierają m.in. Niemcy. Jak podaje portal Praktischarzt.de lekarz bez specjalizacji zarabia w niemieckim szpitalu od 2,4 tys. euro miesięcznie. A średnie dochody to nawet 80 tys. euro rocznie, gdy dla porównania w Polsce ten sam lekarz wg danych portalu money.pl zarabia średnio miesięcznie od około 3,2 tys. do 4,6 tys. zł brutto.

 

"Zamierzałem wrócić, ale zrezygnowałem"


Dla pochodzącego z Radzynia Podlaskiego urologa Urbana Kowalika, który przyjechał do Goerlitz w 2007 r., sytuacja na rynku pracy w Polsce była wtedy nie do wytrzymania. Lekarz pracował w warszawskim szpitalu. - Były problemy z robieniem specjalizacji. Żeby się utrzymać, musiałem brać dodatkowe dyżury - wspomina. A ponieważ miał już w Niemczech polskich kolegów lekarzy, którzy namawiali go do emigracji, zaczął starać się o miejsce w jednym ze szpitali w zachodnich landach.


Goerlitz potraktował jako plan B. Ale właśnie z Saksonii nadeszła pozytywna odpowiedź i bez wielkiej biurokracji zatrudniono go w klinice St. Carolus. - Po zrobieniu specjalizacji zamierzałem nawet wrócić w rodzinne strony, ale zrezygnowałem, bo organizacji pracy w Polsce daleko jeszcze do niemieckiej - tłumaczy Kowalik.


Dzisiaj bardzo chwali sobie życie w Goerlitz, bliskość granicy, niskie ceny wynajmu mieszkań, niskie koszty życia. - My tu na granicy mamy łatwiej. Bo możemy mieszkać u siebie i jeździć do pracy za granicę i na odwrót. Natomiast w innych niemieckich miastach jest to okupione większym stresem - wyjaśnia urolog.

 

W Goerlitz szukają nawet ordynatora


Dla Jakuba Kozłowskiego, absolwenta Akademii Medycznej we Wrocławiu, oprócz lepszych zarobków liczyła się też chęć poznania czegoś nowego. W klinice w Goerlitz pracuje od 2013 r. i właśnie kończy specjalizację z urologii.

 

- Kiedy zamierzałem wyjechać z Polski wielu kolegów, którzy jeździli po świecie, pracowali w ramach stypendiów w różnych szpitalach, odradzało mi ten krok, bo uważało, że się nie opłaca, a już na pewno nie do Niemiec -  mówi Polak. Ale się uparł, bo Niemcy wydawały mu się najbardziej przyjaznym krajem, zarówno pod względem uzyskania prawa do wykonywania zawodu, jak i szybkiego zdobycia specjalizacji. - I nie żałuję, a moi koledzy teraz walczą. Żeby wyjechać, trzeba chcieć. Europa, to nie tylko Niemcy, także Skandynawia czy Szwajcaria stoją otworem - zachęca.

 

W klinice St. Carolus brakuje gastroenterologów. Jest ich w Niemczech zdecydowanie za mało, ale, jak twierdzi szef kliniki Nils Walter, pozyskanie takiego specjalisty nie jest łatwe także w Polsce. - Mielibyśmy nawet dla chętnego stanowisko ordynatora - mówi Walter. - Byle miał odpowiednie przygotowanie zawodowe oraz komunikatywną znajomość niemieckiego na poziomie B1.

 

W przypadku problemów klinika zapewni dodatkowe kursy językowe. Chociaż w opinii Nilsa Waltera lekarze z Polski rzadko z nich korzystają, bo zazwyczaj płynnie mówią po niemiecku.

 

Leczą jednocześnie w Niemczech i w Polsce


Praca w Goerlitz ma dla polskich lekarzy jeszcze jedną zaletę wynikającą ze współistnienia po obu stronach granicy dwóch różnych systemów regulujących prawo do otwierania gabinetów lekarskich. W Niemczech inaczej niż w Polsce lekarz może pracować wyłącznie w szpitalu lub ambulatoryjnie. Dlatego Urban Kowalik wykorzystał te różnice i posiadając etat w niemieckiej klinice, prowadzi także po polskiej stronie w Zgorzelcu prywatny gabinet urologiczny. Nie on jeden.


Coraz więcej polskich lekarzy przejmuje też w Goerlitz i w okolicy praktyki lekarskie od emerytowanych kolegów. Z ich porad korzystają nie tylko Niemcy, lecz także Polacy, którzy żyją po niemieckiej stronie, ale mają kłopoty ze znajomością języka.

 

Urban Kowalik kieruje wielu swoich pacjentów z gabinetu w Zgorzelcu do kliniki St. Carolus po drugiej stronie Nysy Łużyckiej. Zazwyczaj płacą prywatnie za niektóre badania czy zabiegi, ale jak zapewnia lekarz, są one i tak niejednokrotnie tańsze niż po polskiej stronie. Istnieją także możliwości leczenia transgranicznego, ale procedury są bardzo skomplikowane i nie zawsze polscy pacjenci mają chęć i siły, by walczyć z Narodowym Funduszem Zdrowia o refinansowanie.

 

"W Niemczech wszystko kręci się wokół pacjenta" 


W opinii polskich lekarzy, mimo że pacjent w Niemczech też musi czekać w kolejce do specjalisty, system opieki zdrowotnej jest lepiej zorganizowany niż w Polsce.

 

Lekarz rodzinny wręcz przypomina pacjentowi o potrzebie przeprowadzenia określonych badań.


- W Niemczech system opieki zdrowotnej ma charakter bardziej biznesowy. Pacjent jest klientem i szpital na nim zarabia. Czyli wszystko kręci się w gruncie rzeczy wokół pacjenta - tłumaczy różnice Urban Kowalik.

 

Lekarze w Saksonii popierają protesty lekarzy w Polsce


Kowalik, Kozłowski, ale i - jak zapewniają - także ich koledzy w Goerlitz, śledzą uważnie walkę polskich służb medycznych o poprawę warunków pracy. Rozumieją i popierają protesty lekarzy w Polsce.

 

- Dobrze pamiętam, jak jeszcze wiele lat temu zaczynałem dyżur o siódmej rano w piątek i kończyłem go o szesnastej w poniedziałek. Młode pokolenie lekarzy myśli już po europejsku i domaga się godnego wynagrodzenia, które jest adekwatne do nakładu pracy oraz wykształcenia - uważa Urban Kowalik.


Zdaniem dyrektora kliniki St. Carolus  Nilsa Waltera trudna sytuacja w Polsce jest wodą na młyn niemieckich szpitali, szczególnie tych prowincjonalnych we wschodnich Niemczech.

 

Niemcy chcą przyjąć 5 tys. lekarzy


Jak poinformowała Federalna Izba Lekarska, w ciągu ostatnich siedmiu lat liczba zagranicznych lekarzy w Republice Federalnej więcej niż podwoiła się.

 

W 2016 roku zarejestrowano ich około 41,6  tys. Niemcy deklarują tymczasem chęć przyjęcia kolejnych co najmniej 5 tys. medyków.


Deutsche Welle

grz/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze