W Brukseli protest zwolenników i przeciwników Puigdemonta

Świat

Wśród okazujących wsparcie dla przebywającego w Belgii Carlesa Puigdemonta i czworga jego współpracowników było niemal dwustu burmistrzów miast Katalonii. Apelowali do unijnych instytucji, by zdecydowały się na mediacje w hiszpańskim sporze. Po drugiej stronie ulicy manifestowali zwolennicy rządu w Madrycie, w tym przedsiębiorcy, którzy trzymali kartki z napisem #bettertogether (lepiej razem).

Burmistrzowie przekonywali, że represje rządu w Madrycie naruszają europejskie standardy i dziękowali belgijskim władzom za udzielenie schronienia zdymisjonowanym władzom Katalonii. Na transparencie napisali "wolność więźniowie polityczni".

 

- Ponad siedmiuset katalońskich burmistrzów ryzykuje, że w najbliższych dniach zostaną skazani przez sądy, ponieważ są oni za niepodległością - powiedział Jordi Solé, burmistrz miasta Caldes de Montbui i poseł do PE cytowany przez belgijską rozgłośnię RTBF. Na zakończenie manifestacji popierający Puigdemonta śpiewali kataloński hymn.

 

 

Po drugiej stronie ronda Schumana w Brukseli zgromadzili się zwolennicy władz w Madrycie. Wsparli ich przedsiębiorcy, którzy w Parlamencie Europejskim przekonywali, że od września Katalonię opuściło kilkaset firm, niektórzy mówią nawet o ponad tysiącu takich firm.

 

Trzymali transparenty z napisem "Nie dla niepodległości Katalonii" i "#lepiej razem" z grafikami łączącymi flagi europejskie i Hiszpanii.

 

 

17 listopada proces ws. ekstradycji katalońskich polityków

 

Władze Unii Europejskiej liczą na to, że Hiszpania sama rozwiąże swój spór. Rzecznik Komisji Europejskiej Margaritis Schinas jeszcze przed referendum stwierdził, że komisja nie ma kompetencji do mediacji w tej sprawie.

 

Europejski Nakaz Aresztowania katalońskich polityków podzielił także członków belgijskiego rządu: w mediach udzielali sprzecznych wypowiedzi na ten temat, na co zareagował szef MSZ. Stwierdził, że "pobudzenie, jakie wywołuje ta sprawa w Belgii, przekroczyło granice zdrowego rozsądku", a niektórzy zabierają głos w sprawie działań rzadu Mariana Rajoya, choć nie jest to ich rolą.

 

W związku z Europejskim Nakazem Aresztowania wydanym przez sąd w Madrycie, Carles Puigdemont i czworo jego współpracowników mają pojawić się przed belgijskim sądem 17 listopada. Ich ekstradycji domagają się władze Hiszpanii.

 

W oczekiwaniu na decyzję sądu Puigdemont i czworo jego ministrów nie mogą opuszczać Belgii i muszą przebywać pod stałym adresem. Dziewięciu pozostałych złożonych z urzędu członków jego gabinetu jest aresztowanych w Madrycie. Jeden z nich został zwolniony za kaucją.

 

Prowadzi kampanię wyborczą

 

Puigdemont twierdzi, że przebywając w Belgii, może prowadzić kampanię wyborczą przed zarządzonymi przez Madryt na 21 grudnia wyborami w Katalonii.

 

W poniedziałek na Twitterze napisał: "Wolni i bez kaucji", "myślami jesteśmy z naszymi towarzyszami niesprawiedliwie uwięzionymi przez państwo, które daleko odeszło od praktyk demokratycznych". Kiedy rząd Mariano Rajoya zdymisjonował Puigdemonta, Katalończyk wraz z czworgiem współpracowników uciekł do Belgii.

 

Według Puigdemonta, wraz ze swymi współpracownikami stał się on ofiarą "brutalnej ofensywy sądowniczej" rozpoczętej przez Madryt w reakcji na ogłoszenie niepodległości autonomicznego regionu.

 

27 października hiszpański Senat zaaprobował przejęcie przez rząd Rajoya władzy w Katalonii, by zahamować proces odrywania się tego regionu od reszty kraju. Nastąpiło to krótko po jednostronnym przyjęciu przez kataloński parlament w tajnym głosowaniu rezolucji o ustanowieniu niezależnej od Hiszpanii Republiki Katalonii.

 

Puigdemont i jego współpracownicy: Antoni Comin, Clara Ponsati, Meritxell Serret oraz Lluis Puig zgłosili się w Belgii na policję w niedzielę rano. Według belgijskich mediów zdecydowali się na ten krok, by uniknąć aresztowania niekorzystnego z wizerunkowego punktu widzenia.

 

Rebelia i działalność wywrotowa

 

Madrycki sąd wydał Europejski Nakaz Aresztowania w piątek.

 

Władze Hiszpanii zarzucają w nim politykom katalońskim m.in. "rebelię, działalność wywrotową, sprzeniewierzenie środków publicznych i nieposłuszeństwo wobec władz centralnych”. Według prawa hiszpańskiego za czyny te może grozić nawet do 30 lat więzienia.

 

W sobotę minister sprawiedliwości Belgii Koen Geens powiedział, że po wydaniu ENA przez Hiszpanię jego rząd nie ma żadnego wpływu na dalsze losy objętych nim osób, ponieważ ENA jest "całkowitą procedurą prawną" i "wszystko odbywa się poprzez bezpośrednie kontakty pomiędzy władzami wymiaru sprawiedliwości".

 

polsatnews.pl, PAP

Dorota Bawołek/mta/dro/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze