- Jak karetka przyjechała, to potraktowali mnie jak zwierzaka. Dali mi jakiś lek, spojrzała się na mnie i dała pod język. Dopóki lek działał, to ja usnęłam. Za jakiś czas zaczęła mnie tak głowa boleć, że ratunku wołałam - mówi Jolanta Strupczewska.


12 godzin później kobieta trafiła do szpitala w Płońsku. Tego samego, z którego nad ranem przysłano karetkę. Na izbę przyjęć dojechała już na własną rękę, po skierowaniu od lekarza rodzinnego. Tym razem stwierdzono udar.

 

"Nie było wskazań do hospitalizacji"


- Podjechałyśmy pod płoński szpital, posadziłam ją na fotelu na izbie przyjęć. Było skierowanie pilne - mówi Weronika Strupczewska, córka pani Jolanty.


Czy ekipa ze szpitala zachowała się odpowiednio? Czy miała rację zostawiając kobietę nad ranem w domu? Czy w końcu w placówce odpowiednio zajęto się panią Jolantą? Ostatecznie szpital wypowiedział się w tej sprawie wyłącznie pisemnie:


"W dniu 20.06.2018 o godz. 6:35 pomocy medycznej pani Jolancie udzielił lekarz nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej w ramach wizyty domowej (…) gdzie jedynym powodem wezwania był silny ból głowy. (…) Nie było wskazań do hospitalizacji. Przedstawienie sprawy przez rodzinę jest niesprawiedliwe i krzywdzące dla szpitala. (…) Lekarze nocnej pomocy wyjazdowej nie stwierdzili u pacjentki konieczności hospitalizacji. Zastępca Dyrektora ds. opieki zdrowotnej lekarz Marek Gołębiewski".

 

Zawiadomienie do prokuratury

 

Pani Jolanta wypisała się ze szpitala w Płońsku na własną prośbę. Córka zawiozła ją do szpitala w Płocku. Ten jednak także nie chce zabierać głosu w sprawie. Czy lekarze z Płońska popełnili błąd? Czy powinni od razu zabrać panią Jolantę na leczenie do szpitala? Co groziło pani Jolancie, kiedy ta została w domu?

 

To będzie wyjaśniać prokuratura. Pani Weronika zdecydowała się zawiadomić organy ścigania.

 

- Sprawiedliwość jest u pana Boga w rękach. Kiedyś oni za to zapłacą - mówi pani Jolanta.

 

Interwencja, polsatnews.pl