Nawiedzony dom. Rodzina woli mieszkać w przytulisku Caritasu niż u siebie

Polska

Latające noże, łyżki, kłódki i dziwne dźwięki. Sześcioosobowa rodzina woli mieszkać w przytulisku Caritasu niż we własnym domu. Powód? Duchy. Co gorsza, nic ich nie odstrasza. - Tu mamy przedmioty, które miały odstraszyć duchy - pokazuje na zastawiony stół Krystyna Pokropska, która mieszkała w nawiedzonym domu. Niestety duchy nie odeszły. Nie pomógł proboszcz, na egzorcystę rodzina dopiero czeka.

Nawiedzony dom znajduje się w miejscowości Turza Wielka w województwie warmińsko-mazurskim. 

 

Rodzina Pokropskich od kilku dni nocuje w przytulisku Caritasu. Raczej "nocuje", niż "śpi". - Spać, no, śpimy, ale cały czas jest ten stres, bo opisać tego się nie da, bo to trzeba przeżyć. To jest naprawdę straszne, nikomu tego nie życzę - wyjaśnia pani Krystyna Pokropska.


Trzeba mieć ważny powód, żeby z czworgiem dzieci uciekać z własnego domu. Solidnego, poniemieckiego, w którym pomimo wieku ściany są równe, a sufit nie wali się na głowę. Rzecz w tym, że ten dom, oprócz Pokropskich ma podobno jeszcze innych lokatorów.

 

"Boję tam wrócić. Bo tam rzuca przedmiotami i nożami"


12-letnia Martyna Pokropska pytana czy chce wrócić do swojego domu odpowiada szybko: - No właśnie nie, bo się boję tam wrócić. Bo tam rzuca przedmiotami i nożami, trochę się boję i mnie trochę tam straszy.


Dzikiego lokatora nikt nie widział, w przeciwieństwie do skutków jego telekinetycznych brewerii. - Widzę, jak to właśnie leci, ale nie widzę właśnie tego człowieka... tego ducha jakby - wyjaśnia dziewczynka.


Rekonstrukcja akcji przeprowadzona przez dziewczynkę przy użyciu zabawek ani trochę nie oddaje grozy sytuacji, choćby dlatego, że ów duch, ciska podobno po pokojach stalowymi przedmiotami.


- Rzuca kłódką, rzuca łyżkami - wyjaśnia Krystyna Pokropska.

 

Podczas rozmowy coś faktycznie zabrzęczało


Krystyna Pokropska zgodziła się wrócić do rodzinnego domu tylko w towarzystwie naszej ekipy i tylko za dnia.


- Zaczęło się to od tego, ja od koleżanki kupiłam wersalkę. Przynieśliśmy ją i właśnie to licho, podejrzewam, że to licho, przyszło od tego - mówi Krystyna Pokropska, która z rodziną uciekła z nawiedzonego domu.


Podczas rozmowy z Krystyną Pokropską z dziennikarzami coś faktycznie zabrzęczało. - To od tej wersalki - wyjaśnia.


Z duchem zaimportowanym w wersalce koliduje nieco wyjaśnienie numer dwa, mówiące o zemście zza grobu byłych właścicieli - pruskiej rodziny Sternów, zamordowanej przez czerwonoarmistów.

 

Proboszcz pomodlił się i pospiesznie wyszedł


Rodzina zaprosiła egzorcystów. - Egzorcysta ma przyjechać, ale nie wiadomo kiedy, bo ma tyle spraw swoich - powiedziała pani Krystyna.


Był za to proboszcz. Pomodlił się i pospiesznie wyszedł. - Dzwoniłem do naszego księdza proboszcza i ksiądz proboszcz mi potwierdził, powiedział, że coś się dzieje - stwierdził sołtys Turzy Wielkiej Marek Waśkowiak.


Po tym telefonie życie towarzyskie Pokropskich, mówiąc delikatnie, wyhamowało. - Kocham swoją żonę, żona mówi, nie wchodź, żebyś mi czegoś nie przyprowadził - wyjaśnił sołtys Waśkowiak.


Nie trzeba chyba dodawać, że do opowieści o nawiedzonym domu trzeba zachować zdrowy dystans, ale, posłuchać warto.

 

polsatnews.pl

grz/

Chcesz być na bieżąco z najnowszymi newsami?

Jesteśmy w aplikacji na Twój telefon. Sprawdź nas!

Komentarze