"Co stanowi aktualnie największy problem systemu? Upokarzające pacjenta i medyka kolejki (pilna wizyta u kardiologa dziecięcego 4 miesiące, oczekiwanie na diagnozę raka piersi jedyne 37 tygodni, braki personelu medycznego (W Polsce na 1000 mieszkańców mamy tylko 24,6 osób zatrudnianych w sektorze medycznym w tym lekarze 2,2, pielęgniarki 5,1. Dla porównania w Niemczech 61,4 a we Francji 63,5 (...)" - przypominają lekarze na stronie Porozumienia Rezydentów OZZL. Podkreślają, że nie chodzi jedynie o wzrost pensji, ale o systemową naprawę służby zdrowia.

 

"Jeżeli pani premier pojawi się na proteście, rozważymy przerwanie protestu" 

 

Od poniedziałku młodzi lekarze prowadzą protest głodowy w hallu głównym Dziecięcego Szpitala Klinicznego przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Liczba medyków, którzy zdecydowali się na tę formę protestu, zwiększa się; obecnie jest ich ok. 30.

 

Protestujący domagają się wzrostu finansowania ochrony zdrowia do poziomu 6,8 proc. PKB w trzy lata, z drogą dojścia do 9 proc. przez najbliższe dziesięć lat. Chcą też zmniejszenia biurokracji, skrócenia kolejek, zwiększenia liczby pracowników medycznych, poprawy warunków pracy i podwyższenia wynagrodzeń.

 

- Mamy wrażenie, że nie są oni (premier, prezes PiS i wicepremier Morawiecki - red.) do końca poinformowania o nadchodzącej katastrofie demograficznej i o realnej sytuacji w ochronie zdrowia - powiedział przewodniczący porozumienia rezydentów OZZL Łukasz Jankowski.

 

Poprosił, by premier, wicepremier i prezes PiS przyszli do głodujących i porozmawiali z nimi. - Wypracujmy dobrą zmianę, w ochronie zdrowia - zaapelował.

 

- Jeżeli pani premier pojawi się jutro na proteście, rozważymy przerwanie protestu głodowego - dodał Jankowski. Zaznaczył, że protestujący będą domagali się formalnego zagwarantowania wzrostu nakładów na ochronę zdrowia.

 

"Zostali do tego zmuszeni"

 

- To jest przykre, że ci młodzi ludzie są tak zdesperowani, że muszą sięgać po takie narzędzia. Oni zostali do tego zmuszeni - stwierdził prof. Mirosław Wielgoś, rektor Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, który wspiera protest rezydentów.

 

Wsparcie protestujący mają również od pozostałych zawodów medycznych.

 

 

"Konkretne propozycje na stole"

 

Rząd dziwi się, że lekarze głodują. - Mi bardzo przykro oczywiście patrzeć na te obrazki, natomiast warto zwrócić uwagę, że właśnie lekarze rezydenci (...) są w nieustannym kontakcie z Ministerstwem Zdrowia - mówił w Polsat News rzecznik rządu Rafał Bochenek.

 

Na uwagę prowadzącego, że ministerstwo jedynie wysłuchało postulatów protestujących i zaproponowało takie, które były nie do przyjęcia, Bochenek odpowiedział, że "spotkań z rezydentami na przestrzeni ostatnich dwóch lat było kilkanaście".

 

- Były zespoły eksperckie, które pracowały bezpośrednio nad rozwiązaniami - mówił rzecznik, podkreślając, że "są bardzo konkretne propozycje na stole".

 

 

"Historyczne podwyżki"

 

- Na przestrzeni chociażby ostatnich dwóch lat pula środków przeznaczonych na wynagrodzenia dla rezydentów wzrosła o 40 proc. - wyliczał Bochenek. - Jest propozycja również wzrostu wynagrodzeń o 1,2 tys. zł, można powiedzieć, że to jest historyczna podwyżka, czegoś takiego dla rezydentów wcześniej nikt nie proponował - mówił.

 

Warto podkreślić, że to, o czym mówi rzecznik rządu, to propozycja podwyżek tylko dla sześciu specjalizacji, i tylko dla przyszłych, a nie obecnych rezydentów.

 

W poniedziałek na konferencji prasowej minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, odnosząc się do postulatów lekarzy rezydentów, powiedział, że ich oczekiwania, jeśli chodzi o wynagrodzenie, są nierealne.

 

Zaapelował, by nie sięgali po narzędzia, które wydają się być nieproporcjonalne do oczekiwań. Wyraził także nadzieję, że protest nie zagrozi pacjentom. Przypomniał, że jest otwarty na dialog z rezydentami i wielokrotnie się z nimi spotykał.

 

Polsat News, polsatnews.pl