W związku z odmową szefowej rządu, która nie zgodziła się na udział w debatach, Partię Konserwatywną reprezentowała w BBC - pomimo śmierci ojca zaledwie dwa dni wcześniej - minister spraw wewnętrznych Amber Rudd, która tłumaczyła, że "częścią dobrego przywództwa jest posiadanie dobrego, silnego zespołu".

 

"Ogłasza wybory, a potem się nie zjawia"

 

Nieobecność May została wykorzystana przez lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy'ego Corbyna, który na kilka godzin przed wydarzeniem zdecydował się na wzięcie udziału w debacie. - Gdzie jest Theresa May, co się jej stało? - kpił z absencji szefowej rządu kandydat laburzystów na premiera.

 

W dyskusji wzięli udział także Tim Farron (Liberalni Demokraci), Angus Robertson (Szkocka Partia Narodowa), Paul Nuttall (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, UKIP), Caroline Lucas (Zieloni) i Leanne Wood (walijskie ugrupowanie Plaid Cymru).

 

Lucas podkreślała, że "pierwszą zasadą przywództwa jest odwaga, żeby się pojawić (na miejscu)". - Nie powinno być tak, że ktoś ogłasza wybory i potem się nie zjawia - krytykowała nieobecność May.

 

Z kolei Farron żartował, że wyborcy lepiej spożytkują czas, oglądając telewizyjny program o pieczeniu ciast niż przejmując się premier. "Nie jesteście warci jej czasu, więc nie udzielajcie jej uwagi" - tłumaczył.

 

Brexit, wydatki publiczne, polityka bezpieczeństwa

 

W trakcie 90-minutowego programu transmitowanego na głównym kanale brytyjskiej telewizji publicznej BBC One liderzy dyskutowali m.in. o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wydatkach publicznych, polityce bezpieczeństwa, imigracji i zmianach klimatu.

 

Liderzy progresywnych ugrupowań atakowali rząd Partii Konserwatywnej za obniżenie standardu życia w ciągu ostatnich siedmiu lat rządów torysów oraz wprowadzone cięcia budżetowe, skutkujące m.in. obniżeniem świadczeń socjalnych, a także zmniejszeniem liczby funkcjonariuszy policji oraz lekarzy i pielęgniarek.

 

Rudd broniła jednak dokonań konserwatywnej administracji, podkreślając, że "podjęto wyraźną decyzję, aby chronić najbiedniejszych w społeczeństwie", a także oskarżając opozycyjne ugrupowania o składanie "kuszących, ładnie się świecących obietnic wyborczych", które nie mają jednak oparcia w rzeczywistości.

 

- Głównym pytaniem jest to, kto powinien być na Downing Street (...): Jeremy Corbyn ze swoimi pieniędzmi spadającymi z nieba, listą marzeń i brakiem planu dot. Brexitu czy Theresa May, która realizuje swoje zobowiązania - argumentowała, oskarżając lidera opozycji o "fantazyjne podejście do ekonomii".

 

Zamach w Manchesterze i jego przyczyny

 

Szefowie najważniejszych partii dyskutowali także m.in. o przyczynach i konsekwencjach ubiegłotygodniowego zamachu terrorystycznego w Manchesterze. Corbyn podkreślał, że brytyjska polityka zagraniczna jest poprzez interwencje zbrojne na Bliskim Wschodzie częściowo odpowiedzialna za powstawanie obszarów chaosu i niestabilności, które stanowią dobre środowisko dla radykalizacji.

 

Szefowa MSW Rudd atakowała w odpowiedzi szefa laburzystów za "chwalenie się tym, że sprzeciwiał się proponowanym ustawom antyterrorystycznym". Corbyn tłumaczył, że podobnie do niego głosowali inni członkowie rządu May, m.in. minister ds. wyjścia z Unii Europejskiej David Davis. - Nie chodzi o sprzeciw dla ustawy, ale pozostawienie służb pod kontrolą sądów - podkreślił.

 

Jednocześnie - ku oburzeniu pozostałych uczestników dyskusji - lider UKIP Paul Nuttall podkreślił, że głównym problemem jest "islamistyczny ekstremizm", a społeczność brytyjskich muzułmanów "nie robi wystarczająco dużo", żeby zgłaszać przypadki radykalizacji władzom.

 

Angus Robertson z SNP zaatakował Nuttalla za to, że połączył terroryzm bezpośrednio z islamem, wspominając m.in. ubiegłoroczne morderstwo posłanki Partii Pracy Jo Cox przez radykalnie prawicowego fanatyka. - To znacznie szerszy problem - podkreślił.

 

Wybory już 8 czerwca

 

Brytyjskie wybory parlamentarne odbędą się 8 czerwca. Według najnowszych sondaży, rządząca Partia Konserwatywna pozostaje faworytem, ale jej przewaga nad opozycyjną Partią Pracy stopniała z ponad 20 pp. na początku kampanii do - w zależności od firmy badawczej - od 3 do 12 pp.

 

Według sondażu przeprowadzonego przez Yougov i opublikowanego w czwartek przez "The Times" torysi mogą liczyć na 42 proc., podczas gdy labourzyści na 39 proc.

 

PAP